O czym chcesz poczytać?
  • Słowa kluczowe

  • Tematyka

  • Rodzaj

  • Artysta

Stanisław Wyspiański o sobie samym



Potrzebujemy Twojej pomocy. Wesprzyj nas na PATRONITE »

Urodziłem się 15 stycznia 1869 roku w Krakowie. Mój ojciec Franciszek był rzeźbiarzem. Matka miała na imię Maria, pochodziła z kupieckiej rodziny Rogowskich, mocno zubożałej po klęsce powstania styczniowego. Dwa lata po mnie na świat przyszedł mój młodszy braciszek, Tadeusz. Wczesne dzieciństwo spędziłem w rodzinnej kamienicy przy ul. Krupniczej, niedługo jednak przenieśliśmy się na ul. Kanoniczą, do tak zwanego Domu Długosza. Tam ojciec miał swoją pracownię, w której tłoczno było od majestatycznych rzeźb królów, świętych i innych znamienitych postaci zastygłych w kamiennym bezruchu.

stanisław wyspiański

Portret Stanisława Wyspiańskiego w wieku 8 lat | 1876, fot. Muzeum Narodowe w Warszawie

Pracownia leżała w dodatku u stóp królewskiego Wawelu i nic tedy dziwnego, że jako chłopiec byłem zafascynowany tym fantastycznym, tajemniczym miejscem. Chłonąłem jego atmosferę, której ślady po latach odbijały się w mojej twórczości.

Stanisław Wyspiański Autoportret, 1904

Stanisław Wyspiański Autoportret w serdaku  |  1904
pastel, papier, 35 × 35 cm, Muzeum Narodowe w Warszawie

Ojcu coraz trudniej było utrzymać rodzinę… ukojenie swej duszy znajdował, niestety, w butelce. Na domiar złego na nasz dom rychło spadły wielkie nieszczęścia: najpierw zmarł niespełna czteroletni Tadek, a niedługo później mama. Miałem wtedy siedem lat, dlatego ich śmierć była dla mnie, małego przecież chłopaczka, ogromną tragedią. Od tego czasu pieczę nad moim wychowaniem przejęły ciotki: najpierw mieszkająca z nami Albina, siostra ojca, a później siostra matki, Joanna Stankiewiczowa, która wzięła mnie do swojego domu. Szczęśliwie ona i jej mąż, wuj Kazimierz, traktowali mnie bez mała jak własnego syna.

Ojciec Stanisława Wyspiańskiego, MNW

Stanisław Wyspiański Portret Franciszka Wyspiańskiego, ojca artysty  |  1894-1895
pastel, papier, 54 × 45 cm, Muzeum Narodowe w Warszawie

Pierwsze kroki w nauce stawiałem w Szkole Ćwiczeń mieszczącej się w pałacu Larischa. To tam spotkałem Józefa Mehoffera, zwanego przez nas „Junkiem”. Byliśmy z chłopakami nierozłączni także później, już w Gimnazjum św. Anny. Do naszego grona dołączyli wtedy nowi koledzy, między innymi Lucjan Rydel. Razem szwendaliśmy się po Krakowie i odwiedzaliśmy w domach, a kiedy tylko się dało, chodziliśmy do Teatru Miejskiego. Stać nas było oczywiście tylko na najtańsze bilety, więc oglądaliśmy wszystkie sztuki na stojąco (ale kto wtedy na to zważał!). Nieraz szkicowałem to, co działo się na scenie – jako pulpit służyły mi plecy Lucka Rydla. Sami też próbowaliśmy swoich sił w szkolnym kółku dramatycznym. Daleko nam jednak było do zachowania wzorowych uczniów – wielki zapał mieliśmy zarówno do teatru, jak i najzwyklejszych, szczenięcych psot. Naszym najbardziej widowiskowym wyczynem było rozbujanie słynnego Dzwonu Zygmunt. Ależ byliśmy z siebie dumni!

W szkole nie przykładałem się do większości przedmiotów, dlatego oceny miałem dość mierne. Od nauki matematyki czy łaciny zdecydowanie wolałem rysowanie i czytanie książek. Wuj Kazimierz rozniecił we mnie miłość do literatury. Był wspaniałym nauczycielem, który potrafił wskazać takiemu młokosowi, jak ja wtedy, prawdziwe arcydzieła oraz podpowiadać, co warto czytać. Ciocia jednak bardzo martwiła się o moją edukację, dlatego przez nasz dom przewinęło się wielu korepetytorów. Po książkę mogłem sięgnąć dopiero wtedy, gdy wyrecytowałem zadane lekcje. Mimo kilku poprawek dotarłem w końcu do matury. Pomyślny jej wynik świętowaliśmy z kolegami tradycyjnym przemarszem przez Rynek i Planty oraz czterema butelkami cienkiego wina.

Stanisław Wyspiański, Planty z widokiem na Wawel, 1894

Stanisław Wyspiański Planty z widokiem na Wawel  |  1894
olej, płótno, 201,5 × 101 cm, Muzeum Narodowe w Krakowie, © Własność prywatna, depozyt w Muzeum Narodowym w Krakowie

Od dawna wiedziałem, co chcę robić w przyszłości. Miałem pewność, że chcę zajmować się sztuką! Jeszcze w gimnazjum uczęszczałem na zajęcia do krakowskiej Szkoły Sztuk Pięknych kierowanej wówczas przez Jana Matejkę. Gdy po maturze postanowiłem kontynuować tam naukę, Szkoła Matejki przyjęła mnie od razu na II Oddział Rysunku. Równolegle zacząłem studiować na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego, lecz bywałem tam głównie na zajęciach z historii sztuki i na spotkaniach Kółka Estetyków.

Stanisław Wyspiański, Autoportret, Muzeum Narodowe, Kraków, Niezła sztuka

Stanisław Wyspiański, Autoportret |1890, Muzeum Narodowe w Krakowie

Razem ze mną studia w SSP rozpoczął Junek Mehoffer, który zapisał się też na prawo. Obaj radziliśmy sobie nadzwyczaj dobrze i już po pół roku przeniesiono nas do wyższego oddziału. W 1889 roku spotkało nas nie lada wyróżnienie – mistrz Jan zaproponował nam bowiem pracę przy prowadzonej na szeroką skalę renowacji wnętrza Kościoła Mariackiego. Spędzaliśmy całe dnie, odbijając na kalce projekty Matejki, które potem z kolei przenosiliśmy na ściany.

Pracami w Kościele Mariackim kierował architekt Tadeusz Stryjeński. Był ode mnie starszy o bez mała 20 lat, lecz szybko pojawiła się między nami nić porozumienia. Stryjeński zdawał się dostrzegać mój talent i powierzał mi coraz poważniejsze zadania, aż w końcu stałem się jego prawą ręką.

Wyspiański, Maszkowski, Czynciel, Mehoffer w kościele w Libuszy | 1889, źródło: pauart.pl

Wyspiański, Maszkowski, Czynciel, Mehoffer w kościele w Libuszy | 1889, źródło: pauart.pl

Dopiero co wrócił z Paryża i gorąco namawiał mnie do wyjazdu, pomógł mi nawet zaoszczędzić pieniądze i zorganizować podróż. Uważał Kraków za zatęchły i skostniały zakamarek, w którym dobrze zapowiadający się artysta nie jest w stanie nauczyć się czegokolwiek. Tym sposobem w marcu 1890 roku wyruszyłem w podróż. Swoje plany trzymałem w ścisłej tajemnicy, znali je tylko Stryjeński i Mehoffer. Mojej wyprawie sprzeciwiali się wujostwo Stankiewiczowie oraz Matejko, dlatego przed nimi udawałem, że wybieram się tylko do Wiednia. Z austriackiej stolicy wyruszyłem jednak w dalszą drogę: do Wenecji, Mediolanu, Paryża, Chartres, Rouen, Monachium… Długo by wyliczać wszystkie przystanki. Czułem się wolny jak nigdy dotąd, całym sobą chłonąłem doznania estetyczne, jakie oferowała Europa.

Stanisław Wyspiański, Autoportret, Muzeum Narodowe, Wrocław, Niezła sztuka

Stanisław Wyspiański, Autoportret , 1892-94, Muzeum Narodowe we Wrocławiu

Zachwycały mnie imponujące gotyckie katedry, spektakularne dzieła wielkich mistrzów malarstwa i nieznane mi wcześniej opery Wagnera. Nie żyłem jednak tylko sztuką – wiele uwagi (ech, może nawet: zbyt wiele) poświęcałem także pięknym dziewczętom, które spotykałem na ulicach odwiedzanych miast. Po intensywnym pół roku spędzonym daleko od rodzinnych ziem wróciłem do Krakowa bogatszy o wiele doświadczeń. Szkoda, że nie miałem szansy poznać tego wszystkiego wcześniej!

Przez ten czas mimo wszystko zatęskniłem za grodem Kraka. Podjąłem znów pracę w Kościele Mariackim i muszę przyznać, że sprawiała mi ona prawdziwą radość. Czułem jednak, że za wszelką cenę muszę wrócić jeszcze do mekki wszystkich artystów – do Paryża. Udało mi się to ponad pół roku później, w maju 1891 roku. W stolicy Francji dołączyłem do Mehoffera, który przebywał tam już od marca. Ze względu na nasze ograniczone finanse, wynajmowaliśmy razem maleńkie mieszkanie. Obaj bezskutecznie próbowaliśmy dostać się do Académie des Beaux-Arts, lecz wreszcie zapisaliśmy się do znacznie bardziej liberalnej Académie Colarossi. Pracowaliśmy nad pierwszymi poważnymi przedsięwzięciami – tworzyliśmy wtedy kartony do witraży w Kościele Mariackim, lecz szczególnie zależało nam na pracach konkursowych. Pierwszy z konkursów polegał na zaprojektowaniu dekoracji do gmachu praskiego Rudolfinum, a drugi na przygotowaniu szkicu kurtyny dla krakowskiego teatru. Niestety, nie udało nam się wygrać w żadnym z nich.

Olga Boznańska Portret Stanisława Wyspiańskiego

Olga Boznańska Portret Stanisława Wyspiańskiego | 1905, olej, tektura, 67 × 47, Muzeum im. prof. Stanisława Fischera w Bochni

W tym czasie moje myśli coraz częściej zajmował teatr – potrafiłem oglądać sztuki w zasadzie codziennie, na niektórych spektaklach bywałem nawet po kilka razy. Paryskie sceny urzekały mnie swoją nowoczesnością, francuski teatr niewiarygodnie różnił się od tego, który znałem z Krakowa… Pod wpływem nowych wrażeń zacząłem podejmować pierwsze próby pisania.

Nie mogłem jednak tworzyć w spokoju, gdyż wspólne mieszkanie z Junkiem zaczęło bardzo mi ciążyć. Właściwie całe dnie spędzaliśmy razem – rano zaczynaliśmy dzień od wspólnej herbaty, a wieczorem razem wychodziliśmy do teatru. Mehoffer był moim najbliższym przyjacielem, ale irytowało mnie, że wie o wszystkim, czym się zajmuję, co maluję i do kogo piszę. Tak bardzo chciałem być sam! Z każdym dniem sytuacja stawała się coraz bardziej nieznośna, aż wreszcie w styczniu 1892 roku wyprowadziłem się do osobnej pracowni.

Stanisław Wyspiański Wnętrze paryskiej pracowni artysty

Stanisław Wyspiański Wnętrze paryskiej pracowni artysty  |  1893
pastel, papier, 45,5 × 59 cm, Muzeum Narodowe w Krakowie

Mimo tych napięć i mojej wyprowadzki pozostaliśmy z Junkiem w bliskich relacjach. We wrześniu otrzymaliśmy wspólnie wielkie zlecenie – mieliśmy wykonać projekt witraży do lwowskiej katedry. W październiku pojechałem do Lwowa, gdzie przyjęto mój wstępny szkic okna ze sceną ślubów Jana Kazimierza, a następnie wróciłem do Krakowa, gdzie zająłem przytulną, jasną pracownię. Była ona kolejnym pięknym gestem mego przyjaciela i opiekuna, Tadeusza Stryjeńskiego. Planowałem dokończyć projekt witraży w grudniu, jednak praca szła mi powoli. W tym czasie udzielałem się towarzysko, a szczególnie chętnie bywałem tam, gdzie pojawiała się urocza panna Zosia Pietraszkiewiczówna… Mimo wszystko nadal chciałem wrócić do Paryża i udało mi się to na początku 1893 roku.  Mehoffer już wcześniej wynalazł dla nas odpowiednie atelier, jednak pomny poprzednich doświadczeń, szybko przeniosłem się do osobnego, choć leżącego w tym samym podwórzu mieszkania. Praca nad lwowskim oknem postępowała bardzo dobrze. Niestety do czasu. W końcu bowiem wyczerpały się wszystkie otrzymane na poczet zaliczki środki. Bez pieniędzy nie mogłem zapłacić modelom ani zorganizować dla nich niezbędnych kostiumów… Nie było mnie stać nawet na wyjścia do teatru! Męczyłem się wprost niewiarygodnie, nie mogąc robić rzeczy dla mnie najistotniejszych i najbliższych sercu! Z braku lepszego zajęcia portretowałem pastelami moich znajomych, co nie przynosiło wprawdzie znaczącego dochodu, ale przynajmniej pozwoliło nabrać wprawy w tej technice.

Coraz rzadziej korzystałem za to z farb olejnych i zapewne dobrze się stało, gdyż czułem, że szkodziły one mojemu zdrowiu. Więcej czasu poświęcałem też na pisanie, pracowałem wtedy między innymi nad dramatem Warszawianka, a także literackim komentarzem do projektowanego okna Królowa polskiej Korony.

Do opłakanej i tak sytuacji doszły jeszcze stale pogarszające się stosunki z Mehofferem. Ogromnie drażniło mnie, gdy wciąż pytał o moje zdanie, jakby pozbawiony był własnego osądu. W końcu znajomość z przyjacielem ze szkolnej ławki stała mi się tak przykrą, że na jakiś czas całkiem zerwałem z nim stosunki i zakazałem mu przychodzić do mojego mieszkania.

Portret Józefa Mehoffera

Stanisław Wyspiański Portret Józefa Mehoffera  |  1898
pastel, papier, 60 × 57 cm, Muzeum Narodowe w Poznaniu, © Własność Fundacji im. Raczyńskich przy MNP

W grudniu opuściłem Paryż i znów pojechałem do Lwowa z kolejnymi projektami witraży. Później udałem się do Krakowa, gdzie prezentowałem na wystawie moje pastelowe portrety. Przez rok nie widywałem panny Zosi i gdy w końcu ją ujrzałem, dziewczyna od razu zawładnęła moimi myślami! Byłem tak zakochany, że zdecydowałem się oświadczyć, lecz… ku mojej rozpaczy nikt nie potraktował też propozycji poważnie. Wyjechałem do Paryża smutny i zdruzgotany, lecz nie zabawiłem w stolicy artystów długo, bowiem jesienią znów byłem w Krakowie. Jak się potem okazało, już nigdy nie dane mi było powrócić do Francji.

W kraju dowiedziałem się, że mój projekt witraża został ostatecznie odrzucony przez komisję. Rozpoczął się bodaj najgorszy okres w moim życiu. Nie otrzymawszy stypendium i straciwszy lwowskie zlecenie, pozostałem bez pieniędzy, za to z wieloma długami (wierzyciele ścigali mnie jeszcze z Paryża!). Krytyka nie rozumiała moich obrazów, a po śmierci życzliwego mi Matejki nie miałem stosunków, które ułatwiłyby zdobywanie zleceń. Chcąc nie chcąc, musiałem zamieszkać u Stankiewiczów. Niedługo po moim powrocie zmarł wuj Kazimierz i byliśmy z ciocią zmuszeni przeprowadzić się do mniejszego lokum. Mieszkanie z rodziną męczyło mnie prawie tak samo, jak wcześniej dzielenie lokum z Mehofferem. Najchętniej natychmiast bym się wyprowadził, lecz nie miałem dość środków. Między mną i ciocią często wybuchały gwałtowne kłótnie, na ogół dotyczące pieniędzy, których stale brakowało. Jakże potrzebowałem samotności!

Wkrótce sytuację skomplikował mój związek z Teodorą Pytko i narodziny naszej córeczki Helusi. Ku rozpaczy cioci Teosia nie pochodziła z szacownego, mieszczańskiego domu, tylko ze wsi Konary.

Stanisław Wyspiański Autoportret z żoną | 1904, Muzeum Narodowe w Krakowie

Stanisław Wyspiański Autoportret z żoną  |  1904
pastel, papier, 47,7 × 62,2 cm, Muzeum Narodowe w Krakowie

Poznaliśmy się w domu Stankiewiczów, gdzie zatrudniona była do rozmaitych posług. Ciocia na różne sposoby starała się przeszkodzić naszemu związkowi, a pewnego razu posunęła się nawet do nasłania na ciężarną Teosię policji! Tego znieść nie mogłem, stanąłem zdecydowanie po stronie matki mojego dziecka i starałem się chronić ją przed kolejnymi zniewagami. Ponieważ ciągle nie było mnie stać na wyprowadzkę od cioci, atmosfera w domu stała się prawdziwą udręką!

Stanisław Wyspiański Główka Helenki - córki artysty

Stanisław Wyspiański Główka Helenki, córki artysty  |  1900
pastel, papier, Muzeum Narodowe w Warszawie

W 1895 roku odmianę losu przyniosło mi nieoczekiwane zlecenie – miałem wykonać dekorację ścian w Kościele Franciszkanów. Jeszcze w Paryżu zacząłem na własną rękę, dla samej tylko satysfakcji, komponować wystrój tego wnętrza, mimo że w konkursie wyłoniono już zwycięski projekt. Szczęśliwym dla mnie zbiegiem okoliczności pierwsze roboty w kościele wypadły niepomyślnie i nadzorujący renowację architekt Władysław Ekielski zwrócił się wtedy do mnie. Natychmiast zabrałem się do wyczerpującej pracy.

Stanisław Wyspiański Studium anioła

Stanisław Wyspiański, Studium anioła do polichromii Strącone anioły w kościele Franciszkanów w Krakowie | 1895, Muzeum Narodowe w Warszawie

Gotowe kartony były potrzebne jak najszybciej, więc do rysunku wykorzystałem pastele – technikę znacznie szybszą niż akwarele. Ściany świątyni zapełniłem stylizowanymi polnymi kwiatami: liliami, makami, bratkami… Niestety wielu moich pomysłów nie zaakceptowano, przepadły na przykład postacie aniołów, które narysowałem, obserwując ministrantów – zwykłych chłopaków z ubogich domów, ubranych w znoszone buty.

Stanisław Wyspiański, Fragment polichromii z kościoła franciszkanów w Krakowie | 1895, fot.: pinakoteka.zascianek.pl

Stanisław Wyspiański Bratki,fragment polichromii z kościoła franciszkanów w Krakowie | 1895

Mimo wszystkich przeciwności zapał do pracy mnie nie opuszczał. Malowałem portrety, rysowałem w zielniku moje ukochane polne kwiaty, a dla „Tygodnika Ilustrowanego” wykonałem ilustracje do Iliady w przekładzie Rydla. Wielkie nadzieje obudziło we mnie zlecenie na projekt dekoracji do Kościoła św. Krzyża, które w 1896 roku powierzył mi Tadeusz Stryjeński. Ogromnie byłem rad z tego zadania, lecz niestety mój zapał na nic się zdał… W świątyni odkryto bowiem dawne malowidła i nie było już mowy o realizacji moich projektów. Mimo niepomyślnego obrotu sprawy całe dnie spędzałem w kościele, kopiując oryginalne polichromie i projektując ich restaurację. Stryjeńskiemu podobały się moje koncepcje, lecz mniej już przypadło mu do gustu zaproponowane przeze mnie honorarium. Ostatecznie, po długich sporach, zapłacono mi tylko za przerysy malowideł, a prace wykonał ktoś inny, oczywiście okrutnie szpecąc kościół. Ten incydent zdecydował o ostatecznym zerwaniu stosunków ze Stryjeńskim, mym dawnym opiekunem.

Wytężona praca i ciągłe napięcie źle wpływały na moje samopoczucie. Wkrótce okazało się, że nie tylko one są przyczyną ogólnego osłabienia, które odczuwałem. Zdiagnozowano u mnie śmiertelną chorobę – syfilis. Wiedziałem, że muszę się spieszyć i pracować za dwóch, żeby zrealizować wszystkie moje pomysły…

Stanisław Wyspiański, Autoportret, Muzeum Narodowe, Kraków, Niezła sztuka

Stanisław Wyspiański Portret własny  |  1907
kredka, papier, 20,7 × 17 cm, Muzeum Narodowe w Krakowie

Początkowo ciągle marzyłem o ponownym wyjeździe do Paryża. W porównaniu z nim, Kraków wydawał mi się pretensjonalnym i wysoce śmiesznym miasteczkiem! Ale przyznać musiałem, że miasto to przechodziło jednak znaczną przemianę, a tempa nabierało nade wszystko jego życie artystyczne. Impulsem do zmian stało się utworzenie Towarzystwa Artystów Polskich „Sztuka” i skromnie dodam, że do jego założycieli należałem i ja. Towarzystwo gromadziło artystów z całej Polski, którzy tchnęli trochę życia w zatęchłą, mieszczańską atmosferę grodu Kraka. Poza funkcjonowaniem Towarzystwa wielką radością i dumą napawała mnie propozycja Tadeusza Pawlikowskiego, dyrektora Teatru Miejskiego, który chciał wystawić u siebie mój dramat Warszawianka! Zacząłem godzić się z myślą o pozostaniu w Krakowie, po raz pierwszy dostrzegając, że mam tu wszystko, czego mi trzeba.

Stanisław Wyspiański Kościół Panny Maryi

Stanisław Wyspiański Kościół Panny Maryi | 1905, Muzeum Narodowe w Krakowie

Do pomyślnych wydarzeń 1897 roku należało zamówienie na witraże do krakowskiego kościoła Franciszkanów. Zaplanowałem wizerunki św. Franciszka oraz bł. Salomei, Kingi i Jolanty, ponadto personifikacje żywiołów, zaś w oknie nad chórem odważyłem się na umieszczenie postaci Boga Ojca. Już pierwsze kartony zaprezentowane publicznie spotkały się z bardzo dobrymi opiniami. Pracować nad nimi miałem przez kolejne pięć lat, choć nie bez komplikacji. Franciszkanom nie podobał się wizerunek „Trzech świętych mniszek”, dlatego zdecydowali, że przeznaczoną na niego część witraża zapełni projekt innego artysty. Efekt był wprost koszmarny. Przed rozbiciem szyby kamieniem brukowym powstrzymał mnie tylko Lucek Rydel!

W listopadzie 1898 roku odbyła się prapremiera Warszawianki i był to mój debiut w roli dramaturga. Praca nad spektaklem całkowicie mnie pochłonęła, marzyłem o stworzeniu dzieła na wskroś nowatorskiego. W mojej głowie kłębiło się tak wiele pomysłów! Samodzielnie zaplanowałem dekorację, chciałem bowiem, żeby różniła się od gotowych scenografii wyciąganych z teatralnego magazynu przy każdej okazji. Własnoręcznie wykonałem nawet obrazy na ściany oraz popiersie Napoleona. Z żalem musiałem porzucić kilka pomysłów, które okazały się zbyt drogie lub technicznie zbyt skomplikowane. Nie powiodło się na przykład wprowadzenie na scenę konnej defilady…

W tym okresie zacząłem też współpracę z nowo powstałym tygodnikiem „Życie”, wydawanym początkowo przez Ludwika Szczepańskiego, a później naszego naczelnego „szatana” – Stanisława Przybyszewskiego. W tygodniku publikowałem ilustracje, a potem nawet objąłem nad nim kierownictwo artystyczne. Projektowanie druku było zajęciem fascynującym, któremu oddawałem się z wielkim zapałem. Potrafiłem godzinami przesiadywać w drukarni, osobiście doglądając wszystkich szczegółów. Byłem gotów na każdą kłótnię, byle efekty były dokładnie takie, jak zaplanowałem.

Wieczory spędzałem teraz najczęściej w kawiarni „Paon” – miejscu spotkań całego artystycznego Krakowa. Jej właściciel, Ferdynand Turliński, nie szczędził nam papieru, na ścianach pełno więc było prac Jana Stanisławskiego, Jacka Malczewskiego czy Junka Mehoffera. Rysowałem tam często portrety innych bywalców. Powstawały szybko, maksymalnie w godzinę. Tylko w tak krótkim czasie da się zrobić dobry portret, gdyż człowiek zmienia się przecież nieustannie i już jutro nie będzie tą samą osobą, którą jest dziś.

Stanisław Wyspiański, Portret Jana Stanisławskiego, detal,

Stanisław Wyspiański Portret Jana Stanisławskiego  |  1904
pastel, papier

Od pewnego już czasu zajmowałem pracownię przy placu Mariackim 9 – bardzo skromną, ale ze wspaniałym widokiem na kościół. Mając wreszcie własny kąt, szybko wyprowadziłem się od cioci. Latem, razem z Teosią, wyjechaliśmy do jej rodzinnej wsi Konary pod Krakowem. W tym okresie bardzo zbliżyliśmy się do siebie. Wkrótce urodziło się nasze drugie dziecko – synek Mietek.

Stanisław Wyspiański Studium dziecka - Mietek | 1904, Muzeum Narodowe w Krakowie

Stanisław Wyspiański Mietek  |  1904
pastel, karton, 24,0 × 32,3 cm, Muzeum Narodowe w Krakowie

Wreszcie we wrześniu 1900 roku zdecydowałem się na ślub. Wahałem się długo i wielokrotnie pytałem samego siebie: czy ja ją mogę kochać? Sam już nie byłem pewien, czy to, co czułem, było miłością… A jednak nie mogłem jej porzucić, była przecież matką moich dzieci. Niemal wszyscy „życzliwie” odradzali mi to małżeństwo. Najgorętszą jego przeciwniczką była oczywiście ciocia Stankiewiczowa, która Teosi wprost nie-na-wi-dziła. Chcąc uniknąć rozgłosu i nieprzychylnych języków, zorganizowaliśmy dyskretny ślub w obecności nielicznych tylko znajomych. Nareszcie mogłem prawnie uznać moje dzieci, to było najważniejsze. Usynowiłem także Teodora – dziesięcioletniego syna Teosi z poprzedniego związku.

Stanisław Wyspiański, Macierzyństwo, 1905, Muzeum Narodowe w Krakowie

Stanisław Wyspiański Macierzyństwo  |  1905
pastel, karton, 58,8 × 91 cm, Muzeum Narodowe w Krakowie

Mój zapał do pracy nie malał po ślubie, a było wręcz odwrotnie – czułem się, jakbym dostał skrzydeł! Od bardzo dawna marzyłem o włączeniu się w prace na Wawelu. Pragnąłem tego od momentu, kiedy architekt Stanisław Odrzywolski, nadzorujący odnowę wawelskiej katedry, wpuścił mnie na rusztowania. Wawel wywierał ogromny wpływ na moją wyobraźnię już od dzieciństwa i często powracałem do niego w swoich dramatach. Niestety nie byłem w dobrych stosunkach z członkami Komitetu Restauracji Katedry na Wawelu, lecz mimo to na własną rękę postanowiłem zaprojektować witraże do świątyni. Bałem się, że Komitet nie udostępni mi nawet wymiarów okien, dlatego miarę zdejmowałem pod osłoną nocy z pomocą Juliana Nowaka, zaprzyjaźnionego lekarza. Tym sposobem na przełomie lat 1899/1900 zacząłem tworzyć projekty wizerunków postaci związanych z wawelskim wzgórzem. Jako pierwszy powstawał karton do Kazimierza Wielkiego, do którego pozwał mi… wypożyczony szkielet. Trochę straszno było mi zostawać z nim nocą sam na sam, po skończonej pracy ubierałem go więc w palto i wielkie sombrero. Jednocześnie pisałem historyczne poematy, będące uzupełnieniem pracy artystycznej nad oknem. Pierwsze kartony zaprezentowane publicznie wzbudziły niebagatelne zainteresowanie, lecz nawet ono nie przekonało Komitetu – projekty pozostały wciąż tylko szkicami na papierze.

Stanisław Wyspiański Kazimierz Wielki witraż karton

Stanisław Wyspiański Kazimierz Wielki. Projekt witraża do prezbiterium katedry krakowskiej  |  1900
pastel, papier, 436 × 148 cm, Muzeum Narodowe w Krakowie

Powodzenie przyszło nieoczekiwanie z innej strony. W listopadzie 1900 roku byłem świadkiem na ślubie Lucjana Rydla z Jadwigą Mikołajczykówną – panną z podkrakowskiej wsi Bronowice. Dzień później razem z Teosią i Helusią wybraliśmy się na ich wesele odbywające się w bronowickim domu malarza Włodzimierza Tetmajera. Podczas gdy Teosia tańczyła do upadłego, ja wnikliwie obserwowałem osobliwie wymieszane, wiejsko-krakowskie towarzystwo.

Stanisław Wyspiański Portret żony w serdaku, 1902, Muzeum Narodowe w Warszawie

Stanisław Wyspiański Portret żony w serdaku  |  1902
pastel, papier, 63 × 47,3 cm, Muzeum Narodowe w Warszawie

Po powrocie zacząłem pisać i już w lutym 1901 roku po raz pierwszy odczytałem dramat Wesele Józefowi Kotarbińskiemu, dyrektorowi krakowskiego teatru, oraz jego wpływowej żonie Lucynie. Kotarbińscy byli sceptyczni i jak się miało okazać – zupełnie niepotrzebnie. Prapremiera odbyła się 16 marca 1901 roku i wzbudziła tak ogromne zainteresowanie, że do końca sezonu Wesele zagrano aż 21 razy, a już w maju wystawiono je we Lwowie. Gorzej, że Lucek obraził się śmiertelnie za sposób, w jaki sportretowałem w dramacie jego rodzinę…

Stanisław Wyspiański Portret Lucjana Rydla

Stanisław Wyspiański Portret Lucjana Rydla  |  1898
pastel, papier, 57 × 57 cm, Muzeum Okręgowe im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy

Po pierwszym wielkim sukcesie nadeszły kolejne, czyniąc ze mnie całkiem popularnego artystę. Na początku 1901 roku przenieśliśmy się z zajmowanej wcześniej klitki do siedmiopokojowego mieszkania przy ul. Krowoderskiej. W nowym lokum znalazło się miejsce na obszerną pracownię, którą całą – łącznie z framugami okien i piecem – pomalowałem na szafirowo. Zawsze zapełniałem ją ukochanymi kwiatami. W grudniu, już w nowym domu, na świat przyszedł nasz najmłodszy synek, Staś. Rodzina bardzo mnie absorbowała. Czwórka dzieci oznaczała niekończący się harmider, lecz bardzo je kochałem i nie widziałem poza nimi świata!

Stanisław Wyspiański Śpiący Staś, 1904, Muzeum Narodowe w Poznaniu

Stanisław Wyspiański Śpiący Staś  |  1904
pastel, papier, 47 × 67 cm, Muzeum Narodowe w Poznaniu, © Fundacja Raczyńskich

Mając więcej pieniędzy, stroiłem żonę w tradycyjne krakowskie spódnice, a w niedziele zabierałem wszystkich na przejażdżki dorożką. Pisałem dla dzieci wierszyki i rysowałem obrazki, a na ścianie pokoju chłopców wymalowałem kozę i dwa bociany. Lubiłem obserwować Teosię tulącą do snu maluchy, z uwielbieniem słuchałem wiejskich przyśpiewek, które im nuciła. Te ponuro-smutne melodie urzekały mnie swym pięknem i sprawiały, że coraz to nowe historie chodziły mi po głowie. Często rysowałem żonę właśnie w takich chwilach macierzyńskiej czułości.

Stanisław Wyspiański, Macierzyństwo,malarstwo polskie, sztuka polska, Niezła Sztuka

Stanisław Wyspiański Macierzyństwo  |  1902
pastel, papier, 62 ×  46,5 cm, Muzeum Narodowe w Warszawie

Moimi ulubionymi modelami były jednak dzieci. Podpatrywałem je w najbardziej naturalnych pozach i nastrojach, gdy były znudzone, zamyślone, a czasem śpiące.

Stanisław Wyspiański Śpiący Mietek

Stanisław Wyspiański Śpiący Mietek  |  1904
pastel, papier, 46 × 61 cm, Muzeum Pałac Herbsta (Oddział Muzeum Sztuki w Łodzi)

Wkrótce mianowano mnie docentem malarstwa religijnego i monumentalnego w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Na inauguracji roku akademickiego powitała mnie długa owacja zgotowana przez studentów, poczułem wtedy ogromne wzruszenie. Moim uczniom starałem się pozostawiać jak najwięcej swobody twórczej i nie nadzorowałem ich nadto, aby sami mierzyli się z trudnościami, jakich nastręcza sztuka. Często przyjmowałem ich w mieszkaniu. Wprost uwielbiałem niekończące się dyskusje o ich pracach i sztuce w ogóle.

Z równym, a może i większym zaangażowaniem oddawałem się teatrowi. W 1903 roku zajmowały mnie przygotowania do premiery Bolesława Śmiałego, którego napisałem poprzedniej jesieni. Oczywiście sam zaprojektowałem scenografię, rekwizyty i kostiumy. Po raz pierwszy mogłem zrealizować tak spójną wizję sceniczną, choć oczywiście nie wszystkie pomysły udało się urzeczywistnić. Wielką pomocą służył mi mój bliski znajomy, historyk Adam Chmiel, którego zadręczałem pytaniami o najdrobniejsze szczegóły. Po chłodnym przyjęciu moich poprzednich dramatów – Wyzwolenia oraz Protesilasa i LaodamiiBolesław Śmiały znów ogromnie poruszył polską publiczność.

Inną dziedziną, która mnie wówczas pochłaniała, było projektowanie wnętrz. Jednym z moich przedsięwzięć była sala zwana „świetlicą Bolesławowską”, przygotowana na jubileuszową wystawę Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych. Meble, dekoracyjny fryz z pelargonii oraz układ obrazów powstały według mojej koncepcji. Takie podejście do organizacji wystaw było dotąd zupełnie niespotykane. Jednocześnie pracowałem wtedy nad wystrojem Domu Towarzystwa Lekarskiego, gdzie motywem przewodnim również uczyniłem rośliny. Zaprojektowałem tam wszystko: od witraża Apollo. System Kopernika na klatce schodowej po meble, balustrady, żyrandole i dekoracyjne kilimy.

Stanisław Wyspiański Apollo. System Kopernika

Stanisław Wyspiański Apollo. System Kopernika, projekt witraża do Domu Towarzystwa Lekarskiego w Krakowie | 1904, Muzeum Narodowe w Krakowie

Z tymi ostatnimi miałem zresztą kłopoty, bowiem pracownikom fabryki, w której je zamówiłem, najwyraźniej nie przypadły do gustu użyte przeze mnie kolory. Postanowili uczynić je bardziej delikatnymi, na przykład ostry, głęboki róż zmieniono w odcień cukierkowy! W tym samym roku urządziłem też mieszkanie dla Zofii z Pareńskich i jej świeżo poślubionego męża, Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Efekt był bardzo dobry, ale goście Żeleńskich zarzucali mi, że meble nie są dość komfortowe. Po co jednak miałyby takie być? Meble w salonie nie powinny być wygodne, inaczej goście zbyt długo marudzą u swych gospodarzy i marnotrawią ich czas.

Meble zaprojektowane przez Stanisława Wyspiańskiego

Meble zaprojektowane przez Stanisława Wyspiańskiego

W tych latach Kraków żył kwestią zagospodarowania wzgórza Wawelskiego, które wreszcie miało uwolnić się od wojsk austriackich. Uczestniczyłem w wielu debatach na ten temat i udało mi się nawet dostać pozwolenie na wymierzenie pomieszczeń. We współpracy z Ekielskim już w listopadzie rozpoczęliśmy pracę nad projektem, a było to ogromne wyzwanie! Planowaliśmy, by nasz Wawel-Akropolis znów stał się centrum życia narodowego, sercem polskości. Zakładaliśmy zachowanie oryginalnych budowli, odbudowanie niektórych zburzonych partii, a także uzupełnienie wzgórza m.in. o sejm, senat i Muzeum Narodowe. Pragnęliśmy, by Wawel – niczym miasta starożytnej Grecji – miał także amfiteatr i stadion.

wawel-wyspianski

W tym okresie coraz częściej dokuczały mi problemy ze zdrowiem. Niestety żadne wyjazdy lecznicze nie przynosiły znaczącej poprawy, nie pomógł ani pobyt w Rymanowie, ani w Wenecji, ani nawet w słynnym Bad Hall. Reagowałem też bardzo źle na podawane lekarstwa… W zagranicznych uzdrowiskach bardzo się nudziłem i tęskniłem za rodziną. Z braku lepszego zajęcia zaprojektowałem nowy układ ścieżek w rymanowskim parku, gdyż podczas spacerów ich poplątana sieć wydawała mi się bezsensowna.

Zimą na przełomie lat 1903/1904 czułem się tak źle, że nie opuszczałem nawet mieszkania. Rysowałem wtedy wiele portretów, przede wszystkim członków rodziny, a także odwiedzających mnie znajomych. To samo powtórzyło się kolejnej zimy. Tym razem wykonałem z okna serię widoków na Kopiec Kościuszki, obserwowany o różnych porach.

Stanisław Wyspiański, Widok z okna pracowni artysty na Kopiec Kościuszki, malarstwo polskie, sztuka polska, Niezła Sztuka

Stanisław Wyspiański Widok z okna pracowni artysty na Kopiec Kościuszki  |  1905
pastel, papier, Muzeum Narodowe w Warszawie

Dużo także pisałem. Latem 1905 roku po kolejnej zagranicznej kuracji wiedziałem już, że nic nie jest w stanie mi pomóc. Jesienią było tylko gorzej: wciąż miewałem omdlenia, nawiedzał mnie niepokój i dręczyły halucynacje spowodowane zatruciem lekami. Moje życie wyznaczały kolejne ataki choroby, które nasilały się i zdarzały coraz częściej. Najważniejsza była w tamtym momencie przyszłość Teosi i dzieci, dlatego w 1906 roku zdecydowałem się na zakup domu we wsi Węgrzce, który miał zabezpieczyć ich byt po mojej śmierci…

fleuron niezła sztuka pipsztok

Stan zdrowia Stanisława Wyspiańskiego po przeprowadzce na wieś stopniowo się pogarszał. W tym okresie niemal nie opuszczał już domu, a nawet łóżka, które z konieczności stawało się jego pracownią. Z unieruchomioną prawą ręką nie mógł pisać, dyktował więc wszystko ciotce Stankiewiczowej. W okresach chwilowego polepszenia wykonywał rysunki częściowo niewładną już dłonią, którą usztywniały deseczki. Pracował też intensywnie nad nowymi dramatami. W ostatnich miesiącach gorączkowo porządkował swoje utwory, na wiele z nich nanosząc jeszcze poprawki, inne – nie dość w jego mniemaniu dobre – niszcząc. Przez dom przewijało się wówczas wielu gości z Krakowa,  zmartwionych stanem zdrowia artysty i pragnących go pożegnać. Największą radością Wyspiańskiego pozostawały jednak dzieci, które często bawiły się przy jego łóżku.

Stanisław Wyspiański, Autoportret, Muzeum Narodowe, Kraków, Niezła sztuka

Stanisław Wyspiański Portret własny  |  1907
kredka, papier, 20,7 × 17 cm, Muzeum Narodowe w Krakowie

Jesienią 1907 r. stan artysty był krytyczny, przewieziono go więc do krakowskiego szpitala, gdzie zmarł 28 listopada. Po jego śmierci miasto pogrążyło się w żałobie, a pogrzeb przemienił się w wielką manifestację patriotyczną, w której uczestniczyły tysiące osób. Wyspiańskiego pochowano w Krypcie Zasłużonych na Skałce obok innych wybitnych Polaków. Podczas uroczystości zabił Dzwon Zygmunta. Ten sam, który wiele lat wcześniej Wyspiański rozbujał z chłopięcej, żywiołowej fantazji.

Pogrzeb Stanisława Wyspiańskiego, fot. NAC

Pogrzeb Stanisława Wyspiańskiego, fot. NAC


Redakcja: Anna Skurska

Joanna Jaśkiewicz

» Joanna Jaśkiewicz

Absolwentka historii sztuki i pedagogiki, zawodowo zajmuje się edukacją muzealną. Zafascynowana polskim malarstwem XIX w., a zwłaszcza twórczością kobiet w tym okresie. Miłośniczka autoportretów.

Portal NiezlaSztuka.net prowadzony jest przez Fundację Promocji Sztuki „Niezła Sztuka”. Jeśli chciałbyś/chciałabyś wesprzeć nas w tworzeniu miejsca w polskim internecie na temat sztuki, które nie ma reklam możesz przekazać nam darowiznę, nawet 1 zł ma dla nas ogromne znaczenie.

Wesprzyj »


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *



ns-wspieram-post

Spodobał Ci się artykuł? Wesprzyj nas »