W ciągu ostatnich dwóch dekad fotel kryjący się pod nazwą RM58 rozgościł się w domach wielbicieli designu, muzeach, przestrzeniach użyteczności publicznej. A przecież mogło być tak, że pozostałby w aptekarskich ilościach jako gratka dla wybrańców.

Roman Modzelewski, Fotel RM58 | 1958, kolekcja prywatna, źródło: Dom Aukcyjny DESA Unicum
Tymczasem moda na zapraszanie do swoich wnętrz i kolekcji polskiego powojennego wzornictwa trwa krócej niż dwie dekady. Szkło prasowane, dmuchane i wreszcie unikatowe. Ceramika produkowana w fabrykach, małych spółdzielniach i w pracowniach artystów. Meble z wielkich zakładów, cepeliowskich spółdzielni i wreszcie meblarskie rarytasy. Trudno nawet wpisać je na listę zakupową, bo szansa na ich spotkanie jest często zerowa. Ładowski zydelek Sarenka, krzesło Płucka Marii Chomentowskiej, fotel Danuty Kowalskiej i Romana Lisowskiego… fotele Romana Modzelewskiego. I nie, nie chodzi o te egzemplarze, które otrzymały już wdzięczne imiona takie jak RM56, RM57 i RM58. One należą do pokolenia Z i cenimy je za przebojowość, ale bardziej nas kręcą egzemplarze z pokolenia baby boomers. Co nam się w nich podoba i czemu nie ma nawet sensu wpisywać ich na listę must have? Drugie pytanie na razie zostawmy, a pierwsze? Może chodzi o to, że są przejawem geniuszu twórcy?

Roman Modzelewski, fot. Archiwum rodzinne Wery Modzelewskiej













