Przed południem 12 października Fabritius pracował w swoim domu przy Doelenstraat. Budynki przy tej uliczce były bardzo skromne, ale pokój służący za pracownię był przynajmniej na tyle duży, że mieścił sztalugi i pozwalał mu odejść od nich na kilka kroków, by objąć wzrokiem człowieka, który przyszedł tego dnia pozować do portretu, Simona Deckera, emerytowanego zakrystiana z Oude Kerk. Decker był ponad siedemdziesięcioletnim wytwornym dżentelmenem i przyjacielem artystów. Miał w swojej kolekcji obrazy De Hoocha, De Wittego i Van Goyena, a teraz miał dołożyć do nich także Fabritiusa.

Carel Fabritius, Autoportret | ok. 1645, Museum Boijmans Van Beuningen, Rotterdam
Wyobraźmy sobie ten portret: zakrystian w ciemnym kościelnym stroju na świetlistym, prawie białym tle; a może, na tym etapie twórczości, coś jeszcze bardziej wyrafinowanego? W pracowni przebywał również Matthias Spoors, pomocnik artysty, którego zadaniem było ucierać pigmenty, uczyć się od mistrza i tak dalej. Być może Spoors mieszał kolory, a Fabritius kładł pierwsze pociągnięcia pędzla; albo też obraz był już prawie ukończony. W domu była ponadto matka Agathy, Judith van Pruyssen. Żadna z tych osób miała nie dotrwać do końca tamtego dnia. Dom Fabritiusa znajdował się tak blisko prochowni, że jego konstrukcja runęła momentalnie, grzebiąc pod stertą dachówek, połamanych belek i rozkruszonych murów wszystkich, którzy znajdowali się w środku. Pomoc dotarła dopiero po prawie sześciu godzinach; nie żyli już wtedy wszyscy oprócz Fabritiusa. Ratownicy wydobyli go spod gruzów – ciągle oddychał – i przenieśli do urządzonego naprędce szpitala w pobliżu kościołów. Była to krótka trasa, ale tamta droga musiała dłużyć się w nieskończoność: przez płonące rumowisko na Doelenstraat i pozostałości Visstraat, przez malutki Most Westchnień, zapchany ludźmi śpieszącymi na ratunek ocalałym, w dymie i krztuszącym pyle, do lekarzy, którzy mogliby mu pomóc.
Kiedy myślę o Fabritiusie, gdy tak leżał pod gruzami swojego domu, zadaję sobie pytanie, czy mógł być świadomy, co się stało w tym ogłuszającym wybuchu albo jak wilekich doznał obrażeń. Albo czy żywił tylko próżną nadzieję; czy czekał na ratunek z ufnością, że nić jego życia nie zostanie zerwana, cierpliwie, nie dowierzając temu, co się stało, nie wznosząc modłów. Nie słyszę jego krzyku ani łkania. Być może jego rany były tak poważne, że nie był świadom swojego potwornego losu; chciałabym, żeby nie czuł bólu. Lecz leży pogrzebany pod zwałami gruzu, gdzieś obok ciała żywego jeszcze przed chwilą człowieka z jego obrazu, wdychając pył i dym. Wiemy, jak to wygląda, nie z malowideł z epoki, lecz dzięki kamerom i aparatom. Spowita całunem pyłu twarz, w oku nie drgnie powieka, nie zabłyśnie źrenica. Jakieś postacie rozpaczliwie szukają, przebierają w stertach pyłu, próbują przesunąć bryły betonu, w Delft, w Bejrucie.
Nie wyobrażam go sobie, jak pyta, co się stało. Kogo miałby zapytać? Wszyscy wokół niego są już martwi. Czy Agatha wybrała się w dzień targowy do Hagi, jak tylu innych obywateli, którym dopisało szczęście, czy może jest gdzieś blisko? Czy pędzi mu na ratunek? Czy woła o pomoc na ulicy, albo czy osłania siebie przed spadającymi belkami, kawałkami muru i strzaskanym szkłem? Ekipa ratunkowa przybyła stanowczo zbyt późno. Fabritius zmarł na skutek odniesionych obrażeń zaledwie pół godziny później; chwilę potem zachodzące słońce pożegnało dzień ostatnim gliskiem. Jego zwłoki owinięto całunem i przeniesiono do Oude Kerk, gdzie Decker był zakrystianem, na pogrzeb, który odbył się dwa dni później. Tam, pod tym wielkim sześcianem światła, złożono na wieczny spoczynek także pozostałych.
Zwiedzający wędrują dziś przez kościół, z jego strzelistymi niebieskosrebrnymi organami i zmieniającym położenie słonecznym blaskiem, szukając słynnych miejsc pochówku Vermeera i jego przyjaciela Leeuwenhoeka pod płytami z czarnego bazaltu. Obydwaj tam spoczywają, blisko ołtarza; ich pamięć głoszą pieśni pochwalne. Próżno jednak wypatrywać tam Carela Fabritiusa. Szukałam jego grobu niestrudzenie, ale nie mam pojęcia, gdzie leżą szczątki tego Pana Nikt. Jego obrazy znaczą dziś dla mnie więcej niż wtedy, gdy zobaczyłam je po raz pierwszy; ich sens polega po części na tym, że istnieje ktoś, kogo mogę prawie dosięgnąć, ale nigdy nie dotknę. Są może jak powieści dla czytelników – te światy, w których spotykają twórcę; albo jak wiersze dla miłośników poezji, owładniętych nagłym poczuciem obecności poety, jego oddechu, dostępu do jego najtajniejszych myśli. W jego sztuce zawiera się jego istnienie. Ta sztuka wydaje się podlegać jakiemuś ezoterycznemu prawu fizyki: skłania się ku końcowi, ma tendencję do dematerializowania się jak sam artysta. Umiera wraz z nim w eksplozji. Tak przynajmniej zawsze mówiono. Kiedyś dałam za wygraną i prawie sama zaczęłam w to wierzyć, do czasu, aż wyostrzył mi się wzrok.

Carel Fabritius, Widok Delft ze straganem sprzedawcy instrumentów muzycznych | 1652, National Gallery w Londynie
Przed laty znakomity duński konserwator Jørgen Wadum przystąpił do oczyszczania obrazu szczygła, z nieskończoną troskliwością, milimetr po milimetrze. Zabrało mu to prawie dwa lata. Konserwacja była przeprowadzana na oczach publiczności, w przeszklonej pracowni w muzeum Mauritshuis w Hadze. Wadum troszczył się o obraz dzień po dniu – zdejmując nagromadzony przez stulecia brud, opatrując każdą najmniejszą skazę i rankę, pomagając mu w powrocie do zdrowia. Po usunięciu warstw zżółkniętego werniksu odkrył na nowo żywe światło, które było tam od początku – sam porównał to do otwarcia drzwi słońcu. Odkrył ponadto, że Fabritius działał z rozmysłem: wykorzystał ponownie panel z połączonych desek, który rozpiłował na mniejsze kawałki, oraz że pracował bardzo ostrożnie i powoli: całkowicie przetworzył całość, zmienił krawędzie obrazu, podwoił wielkość poręczy, przesunął ptaszka i przemalował swój podpis. Robił to w głębokim poczuciu upływu czasu, z wytężoną, medytacyjną powolnością.

Carel Fabritius, Szczygieł | 1654, Mauritshuis, Haga
Wadum wykorzystał bezprecedensowo technikę zapożyczoną z medycyny: Szczygieł stał się pierwszym w historii obrazem poddanym tomografii komputerowej. Wadum przeskanował obraz, aby dowiedzieć się wszystkiego, co możliwe, o jego życiu wewnętrznym, tak jak czynimy to, zaglądając do wnętrza płuc albo do głów, by sprawdzić, co się dzieje w mózgu. Możemy dostrzec tam jaśniejsze partie w miejscu, gdzie doszło do udaru niedokrwiennego mózgu, lub zmiany w naczynkach krwionośnych świadczące o chorobie, którą nazywamy – niezrozumiale dla tej nieszczęsnej głowy – demencją. Zobaczymy tam gęstą masę, która może być nowotworem, albo falującą płynność krwiaka podtwardówkowego – wszystko, co może eksplodować, aż przyniesie, jak mojemu ojcu, pewną śmierć.
Szczygła już wcześniej prześwietlano promieniami rentgenowskimi. Kustosze zauważyli wówczas drobne wgniecenia na powierzchni. Z tomogramów można jednak wyczytać znacznie więcej. Ukazują one, że obraz nosi ślady wybuchu, minimalnej wielkości odciski rozpędzonej materii, rozbitych odłamków, twardych okruchów, które niesione podmuchem przez pokój, natychmiast pocętkowały jego powierzchnię. Skany ujawniły coś jeszcze, mianowicie, że wybuch odcisnął swoje ślady na powierzchni, która nie pękła ani się nie roztrzaskała, gdyż nie była sucha. Szczygieł jeszcze schnął, był przedsięwzięciem niedokończonym, tak jak życie jego twórcy; oznaką życia w pracowni, gdy Fabritius umierał. Pragnęłam dowiedzieć się o Fabritiusie czegoś jeszcze, choć jednej niepodważalnej prawdy, czegokolwiek, a teraz wiem z tomogramów, tych widocznych zapisów życia w jego trakcie, tej sztuki ucieleśnionej, że kiedy stoję przed tym obrazem, on niesie w sobie ostatek energii malującego go artysty. Portret Simona Deckera przepadł, ale ptak nie. Ktoś uratował go tamtego dnia z gruzów po wybuchu i dzięki temu szczygieł, rozedrgany życiem w każdym swoim atomie, jest tu dla nas na zawsze. Obraz żyje. Twórca ocalał.
Fragment pochodzi z książki:
Grom z jasnego nieba. Opowieść o sztuce, życiu i nagłej śmierci »
Laura Cumming
przeł. Anna Sak
Wydawnictwo Literackie
Kraków 2026






