O czym chcesz poczytać?
  • Słowa kluczowe

  • Tematyka

  • Rodzaj

  • Artysta

Kolekcjoner sztuki, właściciel wyspy, ekscentryczny przyjaciel artystów. Hrabia Ignacy Korwin-Milewski



Podziel się:

Wizytując Muzeum Narodowe w Warszawie nie wyobrażamy sobie nie odwiedzić Babiego lata pędzla Józefa Chełmońskiego, galeria byłaby niepełna bez Stańczyka Jana Matejki czy obrazów Aleksandra Gierymskiego.

Jan Matejko Stańczyk malarstwo polskie / niezlasztuka.net

Jan Matejko Stańczyk  |  1862
olej, płótno, 88 × 120 cm, Muzeum Narodowe w Warszawie

Autorzy tych arcydzieł są nam doskonale znani. Czy wiemy jednak kto przyczynił się do powstania tych prac? Czy wiemy do kogo należały nim trafiły do muzealnego inwentarza? Odpowiedzią jest nazwisko kolekcjonera – Ignacego Korwin-Milewskiego, twórcy jednej z ważniejszych polskich kolekcji sztuki, której dzieje od dziesięcioleci zaciera czas. W roku, gdy mija 170. rocznica urodzin i 90. rocznica śmierci tego zbieracza obrazów warto przywołać jego historię.

Litwa-Monachium-Rzym-cały świat

Leon Wyczółkowski, Portret Ignacego hr. Korwin-Milewskiego, 1901

Leon Wyczółkowski Portret Ignacego hr. Korwin-Milewskiego  |  1901
pastel, karton, Muzeum Narodowe w Krakowie

Ignacy Karol Korwin-Milewski urodził się 27 kwietnia 1846 roku w Gieranonach. Nie pochodził z rodziny o wielkich tradycjach, zaś o zasobnym zapleczu finansowym zdobytym szczególnie za sprawą wiana, jakie jego matka, Weronika Wołk-Łaniewska, wniosła do rodziny Milewskich. Stało się ono źródłem, z którego bić będą możliwości dostatniego życia i wykształcenia dwóch synów, starszego – Ignacego i młodszego – Hipolita. Obaj odebrali bardzo staranne cudzoziemskie wykształcenie. Od 1856 roku chłopcy edukowali się w Paryżu, choć wydarzenia powodowane Powstaniem Styczniowym przerwały ich pobyt we Francji.

Po uśpieniu walk powstańczych i ukończeniu wydziału prawa na uniwersytecie w Dorpacie drogi braci rozeszły się – Ignacy powrócił pod matczyne skrzydła do rodzinnej posiadłości, zaś Hipolit uzdolniony politycznie, kontynuował studia w Paryżu. W tym czasie Ignacy znalazł na siebie nowy, kontrastujący z dotychczasowym kierunkiem, pomysł. W 1870 roku zapragnął zostać artystą i w tym celu przeniósł się do Monachium, miasta skupiającego największą kolonię polskich artystów i adeptów sztuki.

Przez pięć lat studiował na jednej z ważniejszych uczelni artystycznych w Europie, zawiązując tam procentujące w przyszłości znajomości z artystami. W 1873 roku wystawił nawet swe prace w sekcji rosyjskiej na Wystawie Światowej w Wiedniu – ich temat okaże się zbieżny z tematyką obrazów, które już za kilka lat rozpocznie zbierać. Pięciu lat studiów potrzebował jednak przyszły kolekcjoner, by zrozumieć, że Bóg odmówił mu talentu. Zniechęcony do malarstwa i do Monachium porzuca Bawarię i kosztem rodzinnej fortuny udaje się w 1875 roku do Rzymu, by tam ze środków rodzinnego majątku zabiegać o uzyskanie z papieskiej kancelarii dziedzicznego hrabiowskiego tytułu! Od tego czasu swe nazwisko Ignacy będzie poprzedzał upragnionym tytułem, co wywoływało szydercze uśmiechy na twarzach członków jego rodziny.

Oryginał i warchoł

W ten sposób ze skromnego studenta Akademii Sztuk Pięknych Milewski przeistoczył się w awanturniczego snoba, lokującego swą fortunę w ekstrawaganckich rozrywkach i fatalnych romansach. Opinii „warchoła” przysparzała mecenasowi prowadzona działalność polityczna, w której pragnął za wszelką cenę rywalizować z bratem, wybitnym parlamentarzystą, posłem do Dumy Rosyjskiej. Poczynania Ignacego nie miały jednak nic wspólnego z realizowaniem dobra ogółu i sprawy polskiej, a podburzaniu opinii publicznej i zbijania kapitału dla własnych interesów. Dowodem na to są chociażby liczne decyzje o zmianie obywatelstwa, z rosyjskiego na austriackie, ponownie na rosyjskie, a pod koniec życia na włoskie.

Nim łamy prasy wypełniły się peanami na temat wartości kolekcji sztuki Milewskiego, strony czasopism i dzienników pełne były surowych komentarzy i ocen jego politycznych posunięć, a także karykatur rysunkowych – postawnej sylwetki mężczyzny o łysiejącej głowie okolonej okazałą brodą. Tak zbudowany mężczyzną niewątpliwie wzbudzać musiał respekt. Lecz czy mógł podobać się kobietom? Dwie kobiety odegrały znaczącą rolę w życiu osobistym Milewskiego.

Pierwszą była zamożna wdowa po Władysławie Umiastowskim, drugą zaś dużo młodsza Cecylia Włodzimierska. Ta zapisała się niechlubnymi literami na łamach prasy epoki, gdy to w „Kraju” w 1904 roku obszernie opisano jej burzliwy romans z kolekcjonerem-bogaczem, podczas trwania którego para uknuła niebywałą mistyfikację – Milewski odgrywał zaginionego dawniej ojca Cecylii, ta zaś jego oddaną córkę, opiekującą się z poświęceniem ojcem podczas zagranicznych podróży. Układ był nader pożądany, szczególnie przez hrabiego, który ratował w ten sposób swoją reputację przed reporterami i… kelnerami hotelowymi. Cały romans zakończyła huczna afera, podczas której młoda piękność starała się zapewnić sobie jak najlepsze zaplecze finansowe, Milewski zaś ciche rozstanie. Przywołując postać hrabiego-kolekcjonera nie należy zapominać, iż był także wielkim miłośnikiem morskich przygód. Neurotycznemu miotaniu się po świecie sprzyjała fortuna, za którą nabył od arcyksięcia Karola Stefana Habsburga z Żywca jacht, który ochrzci mianem „Litwa”, i na którym to rok w rok wypuszczał się w długie rejsy po Morzu Śródziemnym; te opisywane były chętnie przez kroniki sportowe ówczesnej prasy. Morskie eskapady natchnąć musiały Milewskiego do dokonania jednego z bardziej oryginalnych zakupów epoki, mianowicie wyspy eksterytorialnej Santa Catarina na Adriatyku u wybrzeży Chorwacji, nieopodal miasta Rovinj, na której zamieszkał na stałe w 1905 roku. Tam też niebotycznym kosztem wystawił pałac według projektu krakowskiego architekta, Teodora Talowskiego, pałac, który stał się domem dla gromadzonej już wtedy fantastycznej kolekcji obrazów.

Zachowane dla Ojczyzny

Swoją kolekcję Milewski zaczął gromadzić, jak sam wyliczał, od około 1880 roku. Zbiór gromadzony przez niego nie przypominał w żadnym stopniu jego nonszalanckiego życia osobistego, lecz był metodycznym zbiorem obrazów o konkretnym rodowodzie artystycznym. Redaktorowi „Kraju” udzielił w 1893 roku następującej wypowiedzi: „Życząc sobie mieć zbiór mniej więcej kompletny i stanowiący całość oryginalną, choćby w skromnych rozmiarach, muszę się ograniczyć pewnymi ramami, a za takowe wybrałem specjalność w rodzaju Nowej Pinakoteki w Monachium. Że więc nabywam obrazy artystów-rodaków, obecnie żyjących, a między takimi wyłącznie tych, co należą lub należeli do szkoły monachijskiej”. Malarstwo to wyróżniało się nie tylko tematyką narodową, ale także studiowaniem ojczyźnianego pejzażu z wplecionymi w niego scenami rodzajowymi oraz przedstawianiem kompozycji historycznych.

Swoją teorię kolekcjonowania Milewski rozwinął w 1895 roku przy okazji wystawy swych zbiorów w Wiedniu: „Każdy rozwój kulturalny związany jest ze swą ojczyzną tylko przez pewien, często krótki okres czasu. Tak więc na początku XIX wieku Polska wydała bohaterów, rycerzy, poetów o zabarwieniu narodowym, a w ostatnich 30 latach – malarzy, którzy zapewne nie będą mieli swych następców. Żeby te dzieła nie rozproszyły się, ale zostały zachowane dla Ojczyzny – gromadzę je, by świadczyły o kulturze Polski”. Wierzył, iż monachijski realizm, w odróżnieniu od sztuki francuskiej, działa kojąco na sztukę. Przyczynkiem do tego była niewątpliwie atmosfera uczelni w „Mnichowie” (jak nazywali Monachium Polacy), pełna docenienia indywidualności oraz czułości na naturalizm otaczającej rzeczywistości. Milewski pragnął, by „malarze polscy w szczęśliwy sposób połączyli swe narodowe właściwości z realistyczna sztuką szkoły monachijskiej”.

Jawiąc się jako prawdziwy koneser i esteta utrzymywał ścisłe kontakty z artystami, odwiedzał ich w pracowniach, zamawiał u nich obrazy, sowicie wynagradzał za pracę, a także oferował ciągłą opiekę materialną – wszystko celem asystowania przy narodzinach malarstwa, które powstawać miało dla samej idei artystycznego piękna i rozwoju sztuki narodowej, nie zaś jako działalność gwarantująca doczesne przeżycie. Niewątpliwie układ ten korzystny był dla obydwu stron – Korwin-Milewski gustując w artystycznej współczesności nie ponosił wysokich kosztów za okazy sztuki dawnej, ani również ryzyka, że do jego zbiorów trafi dzieło nieautentyczne. Do niedawna ikonografia obrazu i nazwisko jego twórcy przeważały nad walorami artystycznymi. Odmianę przyniósł schyłek wieku, gdy zaczęto poddawać sztukę interpretacji plastycznej. Pośród tej teorii kolekcja Ignacego Korwin-Milewskiego, najwybitniejszego zbieracza malarstwa polskiego swojej epoki, jawi się jako ważny przełom w rozdziale opowieści o polskich miłośnikach sztuki.

Aleksander Gierymski, Opera paryska w nocy, 1891

Aleksander Gierymski Opera paryska w nocy  |  1891
olej, płótno, 161 × 129,4 cm, Muzeum Narodowe w Warszawie

Kanoniczne nazwiska

Zgodnie ze sformułowaną przez siebie teorią kolekcjoner włączał kolejno do swego zbioru dzieła, które dziś uznawane są za kanon polskiego malarstwa. Wymienić pośród nich należy, między innymi Plac Opery Paryskiej nocą, Trumnę chłopską i Anioł Pański Aleksandra Gierymskiego, Targ na konie na Groblach w Krakowie Juliusza Kossaka, Babie lato Józefa Chełmońskiego, Pocztylion Alfreda Wierusza-Kowalskiego, Łowienie raków Leona Wyczółkowskiego, Stańczyka Jana Matejki czy Aktorów przed Hamletem pędzla Władysława Czachórskiego.

Aleksander Gierymski Trumna chłopska

Aleksander Gierymski Trumna chłopska  |  1894-1895
olej, płótno, 141 × 195 cm, Muzeum Narodowe w Warszawie

Leon Wyczółkowski, Rybacy brodzący; Połów raków | 1891, MNW

Leon Wyczółkowski Połów raków lub Rybacy brodzący  |  1891
olej, płótno, 113 × 146 cm, Muzeum Narodowe w Warszawie

Nazwiska, których pominąć nie wolno to również Piotr Michałowski, Stanisław Witkiewicz, Franciszek Żmurko, Wincenty Wodzinowski, Józef Brandt, a także nazwiska modernistów i symbolistów polskich, takich jak Józef Pankiewicz.

Z wieloma artystami ich opiekuna łączyła szczególna więź; czasem była to jedynie wymiana pieniądza za towar, innym razem oddana przyjaźń, szczera pomoc w najtrudniejszych chwilach. Malarzami, z którymi Milewski zawiązał szczególnie zażyłe relacje był Władysław Czachórski, przyjaciel i twórca jego portretu w mundurze kawalera maltańskiego (obecnie zaginiony) oraz Wincenty Wodzinowski, malarz, który tworzący przez pewien czas na wyłączne zlecenie swojego mecenasa, w rewanżu otrzymał wybudowaną dla niego pracownię w Swoszowicach.

Władysław Czachórski, Aktorzy przed Hamletem, 1875, MNW

Władysław Czachórski Aktorzy przed Hamletem  |  1875
olej, płótno, 116 × 226 cm, Muzeum Narodowe w Warszawie

Jednakże największym uznaniem Milewski darzył Aleksandra Gierymskiego, którego dzieła nie tylko sumiennie zbierał, ale także płacił za nie, zdaniem samego artysty „po królewsku”. Jak pisał sam artysta: „Pracuję bardzo; mam do skończenia przed wyjazdem pięć obrazów większych i trzy małe (…). Gdyby nie Milewski, który wziął cztery małe obrazki i obstalował jeden większy nie miałbym z czego żyć”. Za to wsparcie Aleksander Gierymski odwdzięczał się swojemu artystycznemu opiekunowi szczerym oddaniem i niekiedy składaną obietnicą, iż wszelkie dyspozycje Milewskiego będą wprowadzane do kompozycji obrazu.

Większej surowości doznawał natomiast Józef Pankiewicz. Podczas trwania Międzynarodowej Wystawy Powszechnej w Paryżu w 1889 roku miała mieć miejsce sytuacja, kiedy to Milewski raczył odwiedzić artystę w jego pracowni. Józef Pankiewicz pokazał mu rozpoczętą pracę nad Targiem na kwiaty. Milewski długo patrzył na obraz w milczeniu, aby orzec: „Zrobi pan takie samo płótno, ale nieba musi być o 40 centymetrów więcej i, przejeżdżając paznokciem po obrazie, musi być malowany zupełnie gładko !”.

Józef Pankiewicz, Targ na kwiaty przed kościołem Sainte-Madeleine w Paryżu, 1890, Muzeum Narodowe w Poznaniu

Józef Pankiewicz Targ na kwiaty przed kościołem Sainte-Madeleine w Paryżu  |  1890
olej, płótno, 94 × 129 cm, Muzeum Narodowe w Poznaniu

Ignacy Korwin-Milewski nie zawsze był zatem uprzejmym i pełnym wyrozumiałości dla wrażliwości artystycznej pasjonatem, ale także zarozumiałym i pysznym zbieraczem o silnie sprecyzowanych wymaganiach.

Wysoko cenionym malarzem przez mecenasa sztuki był Józef Chełmoński – obaj poznali się jeszcze w czasach studiów w Monachium. Uznanie sztuki Chełmońskiego nie szło jednak z grzecznością i poszanowaniem indywidualnej wizji, gdyż bardzo często Milewski pozwalał sobie listownie lub w samej pracowni na kąśliwe komentarze i ostro wyrażane wymagania odnośnie komponowanych obrazów, które do swojego zbioru miał zakupić. W liście do Milewskiego Chełmoński pisze w 1890 roku: „Hrabia widział już to uszkodzenie z lewej strony obrazu w rogu na niebie [chodzi o obraz Babie lato z 1875 roku – PA]; prosi mnie Krywult [właściciel salonu sztuki w Warszawie – PA], abym własnoręcznie uszkodzenie naprawił. Odpowiedziałem, że o to muszę się znieść listownie z Hrabią, czy sobie tego życzy (…)”. Malarza można uznać za jawnego konformistę w kontaktach ze swoim patronem.

Józef Chełmoński, Babie lato, 1875, MNW

Józef Chełmoński Babie lato  |  1875
olej, płótno, 119,7 × 156,5 cm, Muzeum Narodowe w Warszawie

W kolekcji ważną pozycję zajmował również Jan Matejko, artysta o niebywale ugruntowanej pozycji artystycznej w kraju. Wiadomo obecnie, iż w swych zbiorach posiadał jedynie Stańczyka i Autoportret tegoż malarza. I choć malarstwo historyczne, czy wręcz historiozoficzne, nie leżało w guście Milewskiego to jak sam przyznawał Stańczyk i Autoportret mistrza Matejki były, obok Modlących się Żydów Aleksandra Gierymskiego, najlepszymi obrazami w jego całej kolekcji.

Jan Matejko, Autoportret, 1892, MNW

Jan Matejko Autoportret  |  1892
olej, płótno, 160 × 110 cm, Muzeum Narodowe w Warszawie

Podobnego zdania był sam cesarz Franciszek Józef, gdy podziwiał kolekcję Milewskiego na wiedeńskiej wystawie w 1896 roku.

Galeria autoportretów

Poza kolekcjonowaniem obrazów, wychodzących spod pędzli „polskich monachijczyków”, ważną inicjatywą podjętą przez Milewskiego była chęć zgromadzenia galerii autoportretów malarzy swojej epoki. Idea zamierzenia była ambitna i o kosmopolitycznej proweniencji, gdyż galeria autoportretów została przez niego powołana do życia na wzór kolekcji Uffizich we Florencji, gdzie oglądać można własne konterfekty Berniniego, Rembrandta, Rubensa, van Dycka, Hogartha czy Delacroix.

Zamówieniom składnym malarzom towarzyszyły liczne obostrzenia, do których każdy z twórców, jeżeli chciał umiesić swój autoportret w zbiorze kolekcjonera, musiał się dostosować. Milewski pragnął posiadać wizerunki artystów wszystkie w tym samym formacie, modele mieli być tak samo upozowani: na wprost, w ujęciu do kolan z paletą w dłoni, zachowując przy tym naturalną wielkość malowanej postaci.

Jacek Malczewski, Autoportret z paletą, 1892, MNW

Jacek Malczewski Autoportret z paletą  |  1892
olej, płótno, 160,5 × 110 cm, Muzeum Narodowe w Warszawie

Galeria ta miała być czytelnym świadectwem próby ukształtowania nowego kanonu polskiego malarstwa. Swoisty poczet wielkich nazwisk miał sugerować, iż ten kto znajduje w nim swoją twarz należy do najważniejszych twórców epoki. Wielu artystów, bo blisko dwudziestu, przyjęło zamówienie kolekcjonera i jego surowe warunki. Swe autoportrety wykonali, między innymi Teodor Axentowicz, Tadeusz Ajdukiewicz, Aleksander Gierymski, Alfred Wierusz-Kowalski, Wincenty Wodzinowski, Antoni Piotrowski, Franciszek Żmurko.

Niepokorną indywidualnością okazał się być Jan Matejko. Jedynie on nie podporządkował się tej narzuconej konwencji, portretując siebie w obszernym fotelu, jedynie on zyskał od zleceniodawcy większą swobodę twórczą. Wielką ozdobą galerii autoportretów był wizerunek Anny Bilińskiej-Bohdanowiczowej, wybitnej malarki, zmarłej przedwcześnie. Anna Bilińska sportretowała siebie dla Milewskiego w 1892 roku.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa, Portret własny (niedokończony)

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa Portret własny (niedokończony)  |  1892
olej, płótno, 163 × 113,5 cm, Muzeum Narodowe w Warszawie

Należy zaznaczyć, iż Bilińska była jedyną kobietą, która znalazła się w gronie artystów wybranych przez Milewskiego do realizacji swojego założenia, co sugeruje, iż w opinii kolekcjonera dorównywała rangą swym kolegom-malarzom. Kompozycja portretu własnego malarki nie różni się zatem od pozostałych zamówionych, lecz to co czyni go intrygującym jest fakt, iż pozostał niedokończony… Artystka przerwała pracę nad nim w 1892 roku z uwagi na gwałtownie pogarszający się stan zdrowia nadszarpnięty latami ciężkiej pracy w trudnych warunkach paryskich pracowni. Pomocy w reumatyzmie i chorobie serca nie mógł znaleźć dla malarki nawet jej mąż, Antoni Bohdanowicz, lekarz. Sam nazwał on autoportret Anny „nieszczęsnym portretem”, ponieważ w skutek pospiesznej i wytężonej pracy nad nim artystka zmarła w 1893 roku. Dziś, kolekcja siedemnastu autoportretów wirtuozów pędzla znajduje się w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie.

Zmierzch i świt

Około 1883 roku przybyły do Galicji Milewski pragnie wspaniałomyślnie swą bogatą kolekcję ofiarować polskiemu społeczeństwu. Wahał się, czy dar złożyć w Krakowie, czy raczej we Lwowie, gdzie już w 1894 roku użyczył znaczną część swoich zbiorów na wystawę. Na wybór przeznaczenia kolekcji miały wpłynąć nie tyle własne sympatie, ale przede wszystkim względy natury artystycznej, bezpieczeństwo zbiorów i ich właściwa ekspozycja w wybranym mieście. Milewski chciał nawet własnym sumptem wystawić gmach „muzealny”, miasta miały za zadanie jedynie ofiarować grunt pod budowę.

Jednak brak odpowiedniej lokalizacji dla kolekcji i brak zaufania hrabiego do państwowej opieki nad obrazami sprawił, że wkrótce rozmowy z władzami obydwu miast zostały zerwane, a obrażony fundator wyjechał wraz ze swą kolekcją do Wiednia, gdzie w 1895 roku zorganizował wystawę swych zbiorów, cieszącą się ogromnym zainteresowaniem. Pozbawiony możliwości zakotwiczenia swych malarskich zasobów w kraju, ruszył w grand tour, by publiczność europejska mogła podziwiać talent „polskich monachijczyków”. Do Galicji już nie powrócił.

Dostatnie życie, drogie inicjatywy społeczne i kosztowne podróże wpędziły Korwin-Milewskiego w poważne kłopoty finansowe. Stracił majątki ziemskie i ruchomości pozostałe na terenach objętych przez Rosję. Jego papiery wartościowe warte były już niewielką część tego co przed I Wojną Światową. W 1922 roku wylew krwi do mózgu częściowo sparaliżował 76-letniego hrabiego. Wierzyciele i byłe kochanki usiłowali wyrwać jak najwięcej z jego majątku, nie cofając się przed szantażem. Sądy blokują więc w bankach konta hrabiego, zakładają sekwestry na jego nieruchomości, zajmują także obrazy zdeponowane wcześniej w wiedeńskich magazynach. Tymczasem Ignacy Korwin-Milewski nie ma za co żyć, a żyć zwykł ponad stan. Podejmuje ostateczną decyzję, która pomoże mu w ratowaniu swojej tragicznej sytuacji. Postanowił sprzedać swą kolekcję polskiego malarstwa! Marzy o sprzedaniu całej kolekcji w jedne ręce. To okazuję się jeszcze trudniejsze, ponieważ odrzuca pomysł sprzedaży obrazów Zbiorom Państwowym w Warszawie. Hrabia miał sarkastycznie opisać tę sytuację: „Nie dość, że stać je tylko na zaproponowanie śmiesznie małych pieniędzy, to będą próbowały odwoływać się do jego patriotyzmu, żeby zbić cenę”. Ruszyła więc wyprzedaż kufrów.

Gdy tylko wieść rozniosła się po ówczesnym środowisku kolekcjonerskim, handlarze sztuki ruszyli na aukcję w ekstazie. Warszawski antykwariusz Abel Gutnajer wybiera na aukcjach kolekcji Milewskiego dzieła najlepsze, między innymi płótna Aleksandra Gierymskiego, by wystawić je w swym warszawskim Salonie. Od niego część zbiorów nabywa Muzeum Narodowe w Warszawie, stając się tym samym największym „spadkobiercą” spuścizny po Milewskim (dziś dzieła te stanowią ozdobę Galerii sztuki XIX wieku); resztę dzieł przejął adwokat wiedeński dr Emil Merwin, by kontynuować sprzedaż, zagarniając część zysków dla siebie. Ówczesna prasa alarmowała i stosowała apele do władz państwowych, by uchronić przed rozproszeniem jedną z piękniejszych kolekcji malarstwa polskiego. Ta, z powodów między innymi finansowych, pozostawała głucha na słowa przestrogi, że oto kraj traci z pola widzenia perły polskiej sztuki. Tak jedna z ważniejszych i piękniejszych kolekcji – świadomie gromadzona – rozpierzchła się na wszystkie strony świata, grzebiąc pamięć swego twórcy. Odwiedzając zatem Muzeum Narodowe w Warszawie i przystając przy obrazie Babie lato lub Autoportrecie Jana Matejki warto wspomnieć przy nich prawdziwy „oryginał” – Ignacego Korwin-Milewskiego.

Paulina Adamczyk

» Paulina Adamczyk

Historyk sztuki, muzealnik, edukatorka muzealna, autorka artykułów i esejów o sztuce. Na co dzień współpracuje z Gabinetem Rycin i Rysunków Muzeum Narodowego w Warszawie. Miłośniczka literatury polskiej.


ns-wspieram-post

Spodobał Ci się artykuł? Wesprzyj nas »