O czym chcesz poczytać?
  • Słowa kluczowe

  • Tematyka

  • Rodzaj

  • Artysta

Witkacy o sobie samym



Potrzebujemy Twojej pomocy. Wesprzyj nas na PATRONITE »

Maciej Stuhr czyta Niezła Sztuka

Na samym początku tego wątpliwego dziełka chciałbym zaznaczyć, że jego charakter przekracza wszelkie granice wytrzymałości moich nerwowych żyłek i wywołuje we mnie wstręt wręcz straszliwy. W końcu o szanującym się artyście powinna świadczyć jego sztuka, w żadnym razie ohydne bebechy jego biografii (zapewne zresztą wyjątkowo nudnej lub wyjątkowo paskudnej). Ale skoro chcecie…

Stanisław Ignacy Witkiewicz (Witkacy), Autoportret | 1938, Muzeum Narodowe w Warszawie

Stanisław Ignacy Witkiewicz (Witkacy) Autoportret  |  1938
pastel, papier, 68,5 × 48,5 cm, Muzeum Narodowe w Warszawie

Urodziłem się 24 lutego 1885 roku w Warszawie, jestem jedynakiem. Moja matka Maria grała na pianinie, uczyła muzyki. Ojciec, też Stanisław, był wziętym malarzem, publicystą i działaczem społecznym. W przeciwieństwie do swego wyrodnego syna, sprawy wagi państwowej zawsze obchodziły go w najwyższym stopniu. Najbardziej kochali ojca podhalańscy górale, a on też szczerze ich uwielbiał. Spora część architektury Podhala to projekt mojego ojca. Dziś to piekielnie zabawne, ale muszę wspomnieć, że góralskie chaty w stworzonym przez niego stylu zakopiańskim były wyrazem najwyższego patriotyzmu i przykładem budownictwa, które w będącym wtedy pod zaborami kraju, miało stać się normą. Na koniec tego rodzinnego wprowadzenia dodam nieskromnie, że nasza rodzina spokrewniona była z familią Józefa Piłsudskiego.

Młody Witkacy, fot. Muzeum Tatrzańskie w Zakopanem

Młody Witkacy, fot. Muzeum Tatrzańskie w Zakopanem

W wieku pięciu lat spotkało mnie to nieszczęście, że musieliśmy na stałe przeprowadzić się do Zakopanego – tego odrażająco prowincjonalnego, zapadłego miasteczka naznaczonego rozkładem intelektualnym, gdzie psy szczekają… Ach, nie ma co strzępić ozora. Ojciec chorował na gruźlicę, a jak wiadomo, Zakopane ze swymi licznymi sanatoriami przyjmowało gruźlików z otwartymi ramionami (często ich już nie wypuszczało, ale to inna sprawa). Nigdy nie chodziłem do żadnych szkół, rodzice zatrudniali prywatnych nauczycieli albo uczyli mnie sami. Szkołę jednak skończyłem – wszystkie potrzebne egzaminy na koniec każdej klasy oraz maturę zdawałem osobiście w Wyższej Szkoły Realnej we Lwowie. Ojciec uważał, że szkoła pożre moją indywidualność i zabije we mnie talent artystyczny. A miałem talent! Już jako dzieciak pisałem „sztuki teatralne”, a ojciec uczył mnie też malowania. Kiedyś w moje młodociane łapy wpadł aparat fotograficzny, wprost cudowne narzędzie. Lubiłem robić zdjęcia, najchętniej portrety członkom rodziny i przyjaciołom, na przykład Bronkowi Malinowskiemu, znanemu później na całym globie antropologowi.

Stanisław Witkiewicz z synem Stanisławem Ignacym 1909, Muzeum Tatrzańskie w Zakopanem

Stanisław Witkiewicz z synem Stanisławem Ignacym
1909, Muzeum Tatrzańskie w Zakopanem

Miałem szesnaście lat, kiedy pierwszy raz pokazałem moje prace malarskie publicznie. Nic istotnego, dwa pejzaże zrobione u rodziny na Litwie. Wielce się wtedy napuszyłem, bo spotkały się z pozytywnym przyjęciem ówczesnej krytyki, a tu i ówdzie mówiło się, że będę lepszy niż ojciec, którego przecież powszechnie wielbiono. Dla takiego gołowąsa to sukces wręcz potworny! W tym czasie dużo czytałem, zacząłem też romansować z filozofią, królową istnienia.

W 1904 roku postanowiłem ruszyć się z tej okropnej wsi i nasycić wygłodniałą wyobraźnię nowymi doznaniami. Z moim kuzynem Jankiem Witkiewiczem zdecydowaliśmy się na podróż do Włoch. Po drodze odwiedziliśmy jeszcze Wiedeń i Monachium. Długie godziny spędzaliśmy w galeriach oraz innych miejscach uświęconej sztuki. Malarstwo realistyczne nie wzbudzało we mnie żadnych istotnych uczuć i bywało, że nudziłem się śmiertelnie, dopóki nie zobaczyłem dzieł Arnolda Böcklina, to był dopiero tytan sztuki!

Choć Zakopane potrafiło nabawić mnie wrzodów żołądka i hemoroidów, prawdziwą pociechą były Tatry, w które uwielbiałem się zapuszczać i które lubiłem ówcześnie malować. Stworzyłem wtedy na przykład Hińczowe Stawy, Granaty, czy Ranek w górach, a także cykl pejzaży, które nazwałem Przedwiośnie. Nie oceniajcie mnie źle, byłem za młody i zbyt nieopierzony, by móc tworzyć rzeczy naprawdę istotne…

Stanisław Ignacy Witkiewicz Witkacy, Wiosna w górach

Stanisław Ignacy Witkiewicz (Witkacy) Wiosna w górach  |  1932
olej, tektura, 43,2 × 49,3 cm, Muzeum Śląskie w Katowicach

W tym czasie pogarsza się zdrowie mojego ojca, który decyduje się na zagraniczną terapię w Lovranie na Półwyspie Istryjskim (dziś Lovran to miasteczko w Chorwacji). Wyjechałem z nim. Dotrzymywałem mu towarzystwa przez trzy miesiące, spełniałem się również twórczo, malując śródziemnomorskie widoki i uwieczniając je na fotografiach.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, Lovrana, 1908-1912, Muzeum Podlaskie w Białymstoku

Stanisław Ignacy Witkiewicz (Witkacy) Lovrana  |  1908-1912
olej, płótno, 36,5 × 29,5 cm, Muzeum Podlaskie w Białymstoku

Kochałem ojca, lecz jego wpływ na moje życie był tak duży, że nieomal zadusiłem się pod jego „opiekuńczymi” skrzydłami, wśród jego przykazań, dobrych rad i wskazówek dla przyszłego artysty.

Postanowiłem zrobić coś dla mojego marnego istnienia szczególnego i zapisałem się na studia pod kierunkiem Jana Stanisławskiego i Józefa Mehoffera w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Straszliwe to było dla mnie piekło i przyjemność straszliwa. Pławiłem się w wyrzutach sumienia wobec ojca, który był przeciwny wszelkim placówkom edukacyjnym i wątpliwościach, czy nie miał przypadkiem słuszności, lecz żyłem, i to intensywnie – sztuką i życiem towarzyskim.

Poznałem wtedy kobiece utrapienie mojej młokosowatej duszy – aktorkę Irenę Solską, starszą ode mnie o lat osiem.

Irena Solska (jako Zych w sztuce Nawojka Stanisława Rossowskiego, Teatr Miejski we Lwowie, zbiory Muzeum Historycznego Miasta Krakowa

Irena Solska (jako Zych w sztuce Nawojka Stanisława Rossowskiego, Teatr Miejski we Lwowie, zbiory Muzeum Historycznego Miasta Krakowa

Ojciec biadał i pomstował, a ja kochałem przeraźliwie i przeżywałem metafizyczne katusze. Ten rudy demon trzymał mnie w potwornym wręcz szachu przez kilka lat! W najwyższym rozedrganiu tworzyłem jej portrety w węglu i pisałem moją pierwszą powieść (622 upadki Bunga, czyli Demoniczna kobieta), której jednak nigdy nie pokazałem światu. Solską, czyli powieściową panią Akne, umieściłem w treści na zgubę głównego bohatera. Nasz okrutny związek skończył się dopiero w 1912 roku.

Szybko, bo już w 1907 roku, przerwałem studia w Krakowie, zapisałem się jednak na lekcje do Władysława Ślewińskiego, ucznia samego Paula Gauguina. Od tamtej pory bałwochwalczo wielbiłem francuskiego malarza. Wyjechałem nawet do Paryża, żeby „zażyć” go jeszcze więcej, lecz także żeby studiować dzieła innych wielkich twórców, jak Van Gogh, Toulouse-Lautrec, Cézanne czy Picasso. To była uczta estetyczna dla najdrobniejszych meanderków istnienia! Od tamtej pory moje malarstwo zaczęło w końcu przypominać sztukę i nabierać charakteru. Zacząłem eksperymentować.

Koniecznie muszę jeszcze wrócić do 1912 roku. Do pensjonatu mojej matki w Zakopanem wprowadziła się panna Jadwiga Janczewska, jedna z najważniejszych i najbardziej tragicznych istot mego życia. W Tatrach przebywała z powodów zdrowotnych. Widząc ją co dzień, nie mogłem powstrzymać straszliwego napływu uczuć i już w następnym roku oświadczyłem się i zostałem przyjęty. Nasza znajomość nie układała się jednak zupełnie dobrze, oboje byliśmy wrażliwi, wręcz neurotyczni i zazdrośni… W lutym 1914 roku Jadwiga popełniła samobójstwo, strzelając sobie w serce w tatrzańskiej Dolinie Kościeliskiej.

Pisałem potem wiele listów do Bronia Malinowskiego i głównie dzięki niemu oraz matce przetrwałem ten okres. „Wiele było w tym, co zaszło od początku tego roku, mojej winy. Czułem się bardzo źle, ona brała to do siebie i wynikły stąd rzeczy, które przy fatalnym zbiegu okoliczności doprowadziły Ją do tego.”1 Tak uważałem już zawsze, czułem się współwinny jej tragicznej śmierci. Wiele wskazywało na to, że Jadwiga była w ciąży. Kto był współwinny katastrofy nie wiadomo. Podejrzewałem Tadeusza Micińskiego, a także mego ówczesnego przyjaciela, późniejszego sławnego kompozytora, Karola Szymanowskiego, który na pewno budził w Jadwidze jakieś uczucia. Z Karolem natychmiast zerwałem wszelkie kontakty.

Witkacy Portret Karola Szymanowskiego

Stanisław Ignacy Witkiewicz, Portret Karola Szymanowskiego | 1931, pastel, papier, 64,2 × 48,8, Muzeum Narodowe w Krakowie/Muzeum Karola Szymanowskiego w willi „Atma” w Zakopanem

Czułem się źle, bardzo źle, okropnie, niewyobrażalnie, dramatycznie wręcz źle! Miałem ochotę zabić się i nie czuć już bólu, nie istnieć i nie mieć wyrzutów sumienia. Wciąż donosiłem Bronkowi w listach o moim nędznym istnieniu: „Tylko śmierci pragnę, żeby tylko nie cierpieć i nie czuć strasznego ciężaru życia i wleczenia siebie po śmierci za życia. (…) Ból okropny, sens życia stracony, zmarnowana młodość i skutki tego mszczą się. Śmierć byłaby końcem usprawiedliwiającym wszystko”.2 Zaniepokojony przyjaciel pocieszał mnie, jak mógł, w końcu zaproponował wspólny wyjazd na wyprawę badawczą na Nową Gwineę, poprzedzoną pobytem w Australii. Malinowski miał nadzieję, że zmiana środowiska i nowe, egzotyczne doznania pomogą mi zapomnieć i wyjść z traumy. Jak fatalnie się mylił! W skuteczność tej terapii wątpiłem, lecz ostatecznie dałem się przekonać. Naszą wyprawę notowałem skrzętnie, dużo szkicowałem i fotografowałem, ponadto pisałem też mnóstwo listów.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, Pejzaż australijski, 1918, pastel, kredka, węgiel, karton, 51.5 x 65.5 cm, Muzeum Literatury w Warszawie

Stanisław Ignacy Witkiewicz, Pejzaż australijski, 1918,
pastel, kredka, węgiel, karton, 51.5 x 65.5 cm, Muzeum Literatury w Warszawie

Podróż, niesamowite piękno tego nowego świata i wszystkie wspaniałości, których prawie nie potrafiłem opisać jeszcze bardziej pogrążyły mnie w smutku i depresji. „Ludzie cudni. Od koloru czerwonej czekolady do czarnego brązu. Jedni z długimi włosami, inni z węzełkami i grzebieniami okrągłymi naokoło całej głowy, których końce świecą w słońcu jak płomykowate różki. Piekielne wrażenie tropikalnego ogrodu. Drzewa o formach i kolorach nie do uwierzenia. Bambusy, liany, eukaliptusy, kwiaty wszystkich barw o kształtach z bajki”3 – pisałem do ojca jeszcze z Cejlonu, gdzie przebywaliśmy z Broniem czas jakiś przed wypłynięciem do Australii. Wciąż jednak nosiłem się z zamiarem popełnienia samobójstwa, choć odwlekałem je w czasie. Przebywając na Cejlonie, napisałem nawet do lokalnych władz list wyjaśniający mój samobójczy czyn, aby nikt nie posądził o nic Malinowskiego. Nawiasem mówiąc, nasza przyjaźń była coraz chłodniejsza, aż w końcu uznałem, że podróżują ze sobą zupełnie nie ten Witkiewicz i nie ten Malinowski, co kiedyś.

Gdy dowiedziałem się o wybuchu I wojny światowej, nie mogłem już dłużej wytrzymać. To była moja ostatnia szansa na zrobienie czegokolwiek z ohydą własnej egzystencji i ostatnia nadzieja na godną śmierć. Pisałem do ojca: „Bezsens tej podróży okropny. Bronio jest coraz bardziej obcy dla mnie. Oglądanie roślinek australskich, kiedy tam wypadki takie straszne, żadnego sensu nie ma”4. I jeszcze do Malinowskiego: „Żal mi tropików. Ale w tym stanie piękność świata jest torturą”5. Z Australii wróciłem do Europy, przyjechałem od razu do Petersburga, gdzie starałem się o przyjęcie do składającego się głównie z przedstawicieli arystokracji Izmaiłowskiego Pułku Lejbgwardii. Większość rodziny była zdruzgotana moim poparciem sprawy rosyjskiej. Trudno. W tamtej chwili walka po stronie austriackiej i Piłsudskiego wydawała mi się pozbawiona sensu.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, Autoportret w gwardyjskim czaku, 1919, Muzeum Narodowe w Krakowie

Stanisław Ignacy Witkiewicz (Witkacy) Autoportret w gwardyjskim czaku  |  1919
pastel, papier, 67,5 × 50,3 cm, Muzeum Narodowe w Krakowie

Co przeżyłem podczas lat wojennych, chciałbym na zawsze zetrzeć ze zwojów mózgownicy i o tym opowiadać nie zamierzam. Wiele razy mówiłem moim bliskim, że wojna była kolejną wielką traumą w moim życiu. W dodatku w 1915 roku w Lovranie zmarł mój ciężko chory ojciec, nie mogłem niestety być przy nim ani go pożegnać. W następnym roku uczestniczyłem w bitwie pod ukraińską wsią Witonierz, gdzie doznałem ogromnego szoku psychicznego. Na szczęście już nigdy nie wróciłem na front. Podczas wojny dorabiałem do marnego żołdu, rysując portrety. Tworzyłem także inne obrazy, często fantastyczne, czasem o tematyce astronomicznej. Intensywnie myślałem też nad teorią Sztuki, układałem mój ostateczny program estetyczny dotyczący Czystej Formy – głównej idei, jaka przyświecać powinna artystom w procesie twórczym.

Stanisław Ignacy Witkiewicz (Witkacy) Pocałunek mongolskiego księcia w lodowej pustyni | Muzeum Narodowe w Warszawie

Stanisław Ignacy Witkiewicz (Witkacy) Pocałunek mongolskiego księcia w lodowej pustyni | 1915-1918, Muzeum Narodowe w Warszawie

W 1918 roku zostałem zwolniony ze służby wojskowej, po czym wróciłem do Zakopanego. Zabiegałem, aby przyjęto mnie do grupy polskich formistów i dzięki pracom przywiezionym z Rosji mój plan się powiódł. Do grupy należeli między innymi Tymon Niesiołowski, August Zamoyski, Leon Chwistek i Tytus Czyżewski – z niektórymi z nich osobiście się przyjaźniłem. Prace wystawialiśmy w Krakowie, Poznaniu, Warszawie i we Lwowie. Malowałem głównie pastelami i farbami olejnymi. W tym okresie powstały niektóre sławniejsze, pozytywnie recenzowane dziełka, jak Tworzenie świata, Fantazja-Bajka czy Kuszenie św. Antoniego, w których założyłem sobie dążenie do Czystej Formy. Musicie mi uwierzyć, pracowałem jak szalony! Oprócz malarstwa Czysta Forma dobrze realizuje się w teatrze, wściekle pisałem więc sztuki i na przestrzeni lat 1919–1924 mogłem pochwalić się aż trzydziestoma utworami scenicznymi, między innymi Wariatem i zakonnicą, Metafizyką dwugłowego cielęcia czy Kurką wodną. Udało mi się wydać także mój program artystyczny Nowe formy w malarstwie i wynikające stąd nieporozumienia.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, Kuszenie św. Antoniego II, 1921-1922, Muzeum Narodowe w Krakowie

Stanisław Ignacy Witkiewicz (Witkacy) Kuszenie św. Antoniego II  |  1921-1922
tempera, płótno, 72,5 × 142,5 cm, Muzeum Narodowe w Krakowie

Co do teatru – było kilka wspaniałych lat dla moich sztuk w Zakopanem, choć na szczęście wystawiano je także poza tą paskudną prowincją. W podtatrzańskim miasteczku działał mój autorski Teatr Formistyczny. Cóż to były za czasy! Nie zdarzało mi się obsadzać w moich sztukach profesjonalnych aktorów. Szczególnie lubiłem zatrudniać indywidua, których ze świecą by szukać poza Zakopanem. W sztukach występował wielokrotnie mój dentysta, znajomy weterynarz, malarka z Anglii (koniecznie grać musiała te najbardziej polskie, tradycyjne role!), zakopiański meteorolog i mnóstwo znajomych oraz przyjaciół. Szewców – mój ostatni dramat – ukończyłem w 1934 roku.

Stanisław Ignacy Witkiewicz Witkacy Autoportret

Stanisław Ignacy Witkiewicz (Witkacy) Autoportret  |  1938
pastel, papier, 70,3 × 50,4 cm, Muzeum Śląskie w Katowicach

Cofnijmy się jednak do 1922 roku, kiedy to poznałem moją żonę, Jadwigę „Ninę” z arystokratycznego, acz zubożałego rodu Unrugów, wnuczkę malarza Juliusza Kossaka. Od zawsze podobały mi się rude kobiety, poza tym Jadwiga była interesująca, inteligentna i zdawało się, że dobrze mnie rozumie. Mnie – rozchwianego artystę, jak mawiają: wariata z Krupówek. Pisałem do Malinowskiego, że Nina „nie kocha mnie wcale, a nawet jej się niespecjalnie podobam. Nie posiada żadnych dóbr materialnych, ale rozumie, co to jest fantastyczność w życiu i poza życiem”.6 Oświadczyłem się szybko i zostałem przyjęty. Postawiłem jeden warunek – nie będziemy mieli dzieci. Nasz ślub utrzymany w absolutnej tajemnicy odbył się w kwietniu 1923 roku. Zaprosiłem tylko dwóch świadków, przyjaciół – Gucia Zamoyskiego oraz Tomka Zana, lecz tylko Gucio był w stanie zrozumieć moje zaszyfrowane zaproszenie i dotarł do kościoła na czas.

Jadwiga Unrug i Stanisław Ignacy Witkiewicz, połowa lat 30., fot Muzeum Tatrzańskie

Jadwiga „Nina” Unrug i Stanisław Ignacy Witkiewicz, połowa lat 30., fot. z kolekcji Stefana Okołowicza

Kochałem Jadwigę wręcz nieznośnie, nasze małżeństwo było tym, co podtrzymywało moje marne życie, pisałem do żony „Kocham Cię strasznie, ale swoboda to wielka rzecz.”7… Wierność w związku to paskudne uwiązanie, które tamuje dynamikę istnienia (jeśli ktoś tego potrzebuje, of course), zawsze tak uważałem. W dodatku Nina przez pierwsze dwa lata wspólnego egzystowania, jak wspomniałem, nie kochała mnie. Przeżywałem okrutne męki! Nie mogła jednak pogodzić się z moim intensywnym życiem i potrzebami, poza tym przeszkadzało jej mieszkanie w jednym domu z moją matką. Nasze świeżutkie małżeństwo dążyło do absolutnej katastrofy, która nastała, gdy Nina zaszła w ciążę. Wpadłem w panikę, dostawałem wręcz epileptycznych drgawek z najbardziej metafizycznego strachu, przecież ja, degenerat żyjący w zdegenerowanych czasach, za nic nie chciałem i nie mogłem mieć dzieci! Przekonałem żonę, by usunęła ciążę. Nie mogłem być z nią wtedy, choć straszliwie byłem ciekaw, jak przebiega operacja. Pisałem do niej w liście: „Za powodzenie Twojej operacji nie palę już 4-ty dzień i czuję się z tym daleko lepiej. Bardzo czekam wiadomości. Ciekawym jest, jakich wrażeń doznasz od narkozy. Podobno wielkich cierpień nie ma i to mnie pociesza”.8 Chyba nie spodobał jej się mój entuzjazm, bo w tym samym roku Jadwiga podjęła decyzję o separacji i wyprowadziła się na stałe do Warszawy. Mimo wszystko postanowiliśmy naszego małżeństwa nie przekreślać i zachować jak najserdeczniejsze stosunki. Pisaliśmy do siebie przez bardzo długie lata i odwiedzaliśmy się tak często, jak było to możliwe. Cierpiałem bez niej okropnie, lecz uszanowałem jej decyzję. Pisałem: „Potwornie Cię kocham i tęsknię za Tobą. Nie masz pojęcia, jakie parszywe jest moje życie bez Ciebie. Tylko w związku z Tobą można wytrzymać tę pospolitość i marność egzystencji”.9.

W 1925 roku przeżyłem jeszcze jedno straszliwe (kto wie, czy nie najstraszliwsze!) rozstanie – rozstanie ze Sztuką. Olejny autoportret, który nazwałem Ostatni papieros skazańca, był obrazem, który zamykał rozdział wiary w Czystą Formę i w możliwość bycia artystą.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, Ostatni papieros skazańca Autoportret

Stanisław Ignacy Witkiewicz (Witkacy) Ostatni papieros skazańca (Autoportret)  |  1924
olej, tektura, 72 × 51 cm, Muzeum Literatury w Warszawie

Uznałem, że sam nie potrafię spełnić założeń Sztuki Czystej, jakie sobie założyłem, dlatego zaniechałem dalszych prób i oszczędziłem sobie kolejnych rozczarowań. Ponadto, niestety, potrzebowałem dochodów. Założyłem więc jednoosobową Firmę Portretową „S. I. Witkiewicz” i zacząłem parać się rysowaniem portretów dla zainteresowanej klienteli. Technika: pastel. Motto Firmy: Klient musi być zadowolony. Nieporozumienia wykluczone. Dlaczego? Klient miał dobrze zastanowić się nad swoim życzeniem, gdyż Firma nie przyjmowała zwrotów, pretensji ani malkontenctwa. Klient miał prawo wybrać rodzaj portretu wśród udostępnionych przeze mnie typów, które mogę pokrótce wam streścić:

Typ A – najbardziej „wylizany” ze wszystkich typów, wierne oddanie podobieństwa pozującego modela, a najczęściej modelki, podkreślenie jego/jej urody.

Typ B – wierne oddanie podobieństwa, dopuszczalne pewne uproszczenia w oddawaniu kształtów. Stworzyłem również odmianę typu B, tj. typ B + d, który zakładał oddanie charakteru modela poprzez cechy charakterystyczne jego wyglądu.

Typ C – nie wykonuję na zamówienie. Portrety w typie C rysuję zazwyczaj dla przyjaciół pod wpływem substancji psychoaktywnych, aby sprawdzić, czy dają określone efekty artystyczne. Zazwyczaj zaznaczam na obrazie, co zażyłem przed malowaniem, np. „Co” – kokaina, „Eu” – eukodal czy P – „peyotl”. W tym typie niewykluczone są spotęgowania karykaturalne tak formalne, jak i psychologiczne. Niewykluczone także, że typ ten, dzięki uwolnieniu świadomości, może zbliżać się do Czystej Formy.

Typ D – rodzaj ten imituje typ C, lecz bez żadnych „wspomagaczy”. I w końcu:

Typ E – dowolność psychologicznej interpretacji modela.

W tym czasie eksperymentowałem z wieloma substancjami, stąd pewnie przylgnęło do mnie mało zaszczytne miano narkomana. To obrzydliwa kalumnia! Otóż wszystko już tłumaczę, bez pominięć i bez zbędnej napuszoności. Trwałe uzależnienie od jakiejkolwiek substancji skrajnie mnie nie interesuje, gdyż zaburza umysł i rozleniwia – bez mała rozmamłuje człowieka. Sztuka natomiast wymaga przeskoczenia własnej bebechowatej fizyczności, życiowego prawdopodobieństwa, biografistyki i tym podobnych, co może być osiągane na przykład przy pomocy substancji zewnętrznych. Eksperymentowałem z nimi, zwykle pod kontrolą lekarską. Robiłem notatki z moich wrażeń i, jak wspominałem, rysowałem pod ich wpływem portrety. Te eksperymenty nazywaliśmy z przyjaciółmi „orgiami narkotykowymi”.

Stanisław Ignacy Witkiewicz (Witkacy) Portret Teodora Białynickiego-Biruli, 1928, Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku

Stanisław Ignacy Witkiewicz (Witkacy) Portret Teodora Białynickiego-Biruli, 1928, Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku

Zazwyczaj odbywały się w domu mojego serdecznego druha, zakopiańskiego doktora rentgenologa, Teodora Białynickiego-Biruli, który badał zażywającym tętno, sprawdzał ich reakcje i czuwał nad ich stanem ogólnym.

To właśnie u Biruli przeprowadziłem najwięcej tak zwanych rozmów istotnych na tematy najwyższe – związane ze Sztuką i Tajemnicą Istnienia. Czasem rysowałem jak szatan i na jednym posiedzeniu u Biruli robiłem nawet kilkanaście portretów. Oznaczałem na nich zawsze wszelkie informacje o ówczesnym moim stanie, wspominałem nawet, jeśli przed portretowaniem lub w jego trakcie wypiłem herbatę (skrót: herb.), kawę (Cof) lub piwo (pyfko). Muszę przyznać, że wciąż wracałem do papierosów, które nęciły mnie nieznośnie, lecz często robiłem kilkudniowe lub kilkutygodniowe odwyki od nikotyny. Portrety nosiły więc również oznaczenia mojego zaniechania czegoś, na przykład niepalenia (NP) lub niepicia (N oraz matematycznym symbolem π).

Stanisław Ignacy Witkiewicz, Marzenie o czerwonym kaktusie. Portret Józefa Głogowskiego, 1931, Muzeum Narodowe w Krakowie

Stanisław Ignacy Witkiewicz (Witkacy) Marzenie o czerwonym kaktusie. Portret Józefa Głogowskiego  |  1931
pastel, papier, 67,4 × 42,4 cm, Muzeum Narodowe w Krakowie

Owocem rozlicznych eksperymentów z narkotykami było również osobne dziełko, gdzie ja i inni „eksperci” staramy się opisać społeczeństwu ich wpływ na człowieka. Owa książeczka pt. Narkotyki ukazała się na początku lat trzydziestych. Ja sam opisałem działanie nikotyny, alkoholu, kokainy i peyotlu, morfinę opisał sławny na całe Zakopane taternik-morfinista Bohdan Filipowski, natomiast eter – Stefan Glass, doskonały matematyk. Zastrzec muszę od razu, że nie napisałem bynajmniej przewodnika dla młodych narkomanów! Działanie wybranych substancji pokazałem od strony zgubnej dla zdrowej woli, kondycji psychicznej i fizycznej jednostki.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, Portret dziewczynki

Stanisław Ignacy Witkiewicz (Witkacy) Portret dziewczynki  |  1938
pastel, papier, 60 × 45,5 cm, Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku

Nie wspomniałem jeszcze o mojej poważnej twórczości pisanej, a przecież wydałem dwie szalenie niedocenione przez ogół powieści – w 1927 roku Pożegnanie jesieni, a trzy lata później – Nienasycenie. Szukałem również wydawcy innej mojej nieukończonej powieści – Jedynego wyjścia, ale moje plany spełzły na niczym. W latach trzydziestych najbardziej zajmowała mnie jednak filozofia. Dopracowywałem mojego „Główniaka”, czyli rozprawę filozoficzną, którą nazwałem Pojęcia i twierdzenia implikowane przez pojęcie istnienia. „Główniak” wyszedł drukiem w trzydziestym piątym. Dużo czasu spędzałem w towarzystwie wziętych filozofów, przyjaźniłem się z Władysławem Tatarkiewiczem, Janem Leszczyńskim, Stefanem Szumanem i Karolem Ludwikiem Konińskim. Korespondowałem również z niemieckim filozofem, Hansem Corneliusem, wielbiłem go od dawna i uważałem za najbardziej rozumnego myśliciela ówczesnej Europy. W 1937 roku Cornelius nawet odwiedził mnie w Zakopanem, a wydarzenie to było jednym z jaśniejszych w ciemnych latach poprzedzających katastrofę, którą przewidywałem od dawna…

Przełom dziesięcioleci związany był dla mnie z ważnymi w moim życiu kobietami. W 1929 roku poznałem Czesię Oknińską-Korzeniowską, moją długoletnią ukochaną. W 1931 roku odchodzi moja matka. Miałem jednak wtedy dla kogo żyć, a widmo następnej wojny było jeszcze odległe… Zawarłem wiele znajomości (pewnie tyle samo z nich zerwałem, jak miewałem w zwyczaju), przyjaźniłem się (lub przynajmniej wymieniałem poglądy) z Kornelem Makuszyńskim, Witoldem Gombrowiczem czy Brunonem Schulzem. W Zakopanem często spotykaliśmy się na „Harendzie”, czyli w domu pani Marusi Kasprowiczowej, wdowy po świętej pamięci Janie Kasprowiczu.

W tamtym czasie czułem się coraz gorzej, wpadałem w coraz większą depresję. Nic nie było dla mnie ani pociechą, ani lekarstwem, a poczucie potwornej melancholii i jeszcze potworniejszego bezsensu towarzyszyło mi niemal co dzień. Nie miałem oparcia w Czesi, nasz związek był burzliwy i ranił mnie do głębi. Okresy naszej krótkiej zgody i miłości przedzielały kolejne rozstania, czasem długie, kiedy przestawałem mieć nadzieję i rozpaczliwie szukałem pomocy. Ona stawiała mi twarde warunki, między innymi bym był jej absolutnie wierny, prawdomówny i żebym nie nadużywał alkoholu. Chcąc przekonać Czesię o mojej miłości i oddaniu, prosiłem o mediację wielu przyjaciół, napisałem o wsparcie do Bronia Malinowskiego, a nawet do samego Hansa Corneliusa. Błagałem, żeby wstawili się za mną u tej nieprzejednanej kobiety i przekonali ją do powrotu. Nie miałem ochoty ani siły istnieć, nie miałem też powodu. „Nie chce mi się żyć (…) coś mi trzasło w środku”10 – zwierzałem się mej wyrozumiałej żonie. Ostatecznie Czesia wróciła i została ze mną do końca.

W ostatnich dniach sierpnia 1939 roku wyjechałem z nią z Zakopanego do Warszawy. Ze stolicy wyruszyliśmy wraz z falą uchodźców na wschód kraju, chcąc uniknąć agresji niemieckiej. Wszystko, wszystko na darmo… 18 września dowiedzieliśmy się o agresji sowieckiej, której nieświadomie szliśmy naprzeciw. Nie było już nadziei. Ziściła się największa katastrofa z najgorszych, najstraszliwszych moich koszmarów, skończyło się życie, jakie znaliśmy i jakie można było znieść przy odrobinie szczęścia. Stan mój był opłakany. Dotarliśmy z Czesią do poleskiej wsi Jeziory, myślałem już tylko o jednym…

Stanisław Ignacy Witkiewicz, Autoportret w lustrze, 1922, Muzeum Narodowe w Krakowie

Stanisław Ignacy Witkiewicz (Witkacy) Autoportret w lustrze  |  1922
pastel, papier, 63,7 × 47,8 cm, Muzeum Narodowe w Krakowie


fleuron niezła sztuka pipsztok

18 września 1939 roku Stanisław Ignacy Witkiewicz popełnił samobójstwo, zażywając luminal oraz cybalginę i podcinając sobie tętnicę szyjną. Od śmierci odratowano Czesię, która była zdecydowana odejść razem z Witkacym.


Bibliografia:

1. Błoński J., Witkacy na zawsze, Kraków 2003.
2. Bocheński T., Witkiewiczowie w Lovranie, w: Witkacy i reszta świata, Łódź 2010.
3. Degler J., Witkacego portret wielokrotny. Szkice i materiały do biografii (1918–1939), Warszawa 2009.
4. Kostołowski A., Firma portretowa „S. I. Witkiewicz”. Próba interpretacji, w: „Studia Muzealne” VII, Muzeum Narodowe w Poznaniu 1969.
5. Malczewski R., Pępek świata. Wspomnienia z Zakopanego, Łomianki 2011.
6. Micińska A., Witkacy. Życie i twórczość, Warszawa 1991.
7. Witkiewicz S., Listy do syna, Warszawa 1969.
8. Witkiewicz S. I.:
a. Listy I, oprac. T. Pawlak, Warszawa 2013.
b. Listy do żony (1923–1927), oprac. J. Degler, Warszawa 2005.
c. Listy do żony (1928–1931), oprac. J. Degler, Warszawa 2007.
d. Parę dość stosunkowo luźnych uwag o portrecie w ogóle i moich portretach w szczególności; Regulamin Firmy Portretowej «S. I. Witkiewicz», w: Bez kompromisu. Pisma krytyczne i publicystyczne, Warszawa 1976.
e. Narkotyki. Niemyte dusze, Warszawa 1975.
9. Zgodzińska-Wojciechowska B., Żakiewicz A., Witkacy. Stanisław Ignacy Witkiewicz, Warszawa 2001.


  1. S. I. Witkiewicz, Listy do Bronisława Malinowskiego, cz. 2, w: Listy I, oprac. T. Pawlak, Warszawa 2013, s. 306.
  2. Ibidem, s. 310.
  3. S. I. Witkiewicz, Listy i notatki z podróży do tropików, w: Listy I, oprac. T. Pawlak, Warszawa 2013, s. 358.
  4. Ibidem, s. 369.
  5.  Ibidem, s. 389.
  6. S. I. Witkiewicz, Listy do Bronisława Malinowskiego, cz. 3, w: Listy I, oprac. T. Pawlak, Warszawa 2013, s. 672.
  7. S. I. Witkiewicz, Listy do żony 1928–1931, oprac. J. Degler, Warszawa 2007, s. 54.
  8. S. I. Witkiewicz, Listy do żony 1923–1927, oprac. J. Degler, Warszawa 2005, s. 77, 78.
  9. S. I. Witkiewicz, Listy do żony 1928–1931, s. 203.
  10. Cyt. za: J. Degler, Witkacego portret wielokrotny. Szkice i materiały do biografii (1918–1935), Warszawa 2009, s. 291.
Anna Skurska

» Anna Skurska

Literaturoznawca, absolwentka filologii na Uniwersytecie Łódzkim. Naukowo zajmuje się literaturą okresu międzywojnia, pokątnie czyta fantastykę. Kiedy tylko może, ucieka w góry i/lub tańczy.

Portal NiezlaSztuka.net prowadzony jest przez Fundację Promocji Sztuki „Niezła Sztuka”. Jeśli chciałbyś/chciałabyś wesprzeć nas w tworzeniu miejsca w polskim internecie na temat sztuki, które nie ma reklam możesz przekazać nam darowiznę, nawet 1 zł ma dla nas ogromne znaczenie.

Wesprzyj »


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *



ns-wspieram-post

Spodobał Ci się artykuł? Wesprzyj nas »