O czym chcesz poczytać?
  • Słowa kluczowe

  • Tematyka

  • Rodzaj

  • Artysta

Herbertowski „barbarzyńca w ogrodzie”, czyli spacer między wierszami



Potrzebujemy Twojej pomocy. Wesprzyj nas »

„Gdybym miał wybrać motto dla całej książki, przepisałbym takie zdanie Malraux: »Tegoż wieczoru, kiedy Rembrandt jeszcze rysuje — wszystkie sławne Cienie i cienie rysowników jaskiniowych śledzą spojrzeniem wahającą się dłoń, która przygotuje im nowe trwanie poza śmierć lub nowy ich sen«”.
— Zbigniew Herbert, Od autora w: Barbarzyńca w ogrodzie, 1962

Cytuję te słowa na dowód tego, jak bardzo Barbarzyńca w ogrodzie Zbigniewa Herberta był mitologizowany od dnia swych „narodzin” w 1962 roku. Były to zabiegi świadome, konsekwentne, wynikające z inicjatywy autora i wraz z nim przeprowadzane. Gdyby wówczas, na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku, mówiło się bez ogródek, czym jest ten niewielki tomik i jaki wyrok wydaje na „kulturę PRL”, to ta— i tak niełatwa — sytuacja autora stałaby się nie do zniesienia.

Zbigniew Herbert, fot. archiwum Michała Kapitaniaka, poeta, poezja, eseje o sztuce, Niezła sztuka

Zbigniew Herbert, fot. archiwum Michała Kapitaniaka

W czasach sprzed silnej i zorganizowanej opozycji Herbert balansował na granicy dopuszczenia do druku. Zapis cenzury „na nazwisko” wisiał nad nim niczym miecz Damoklesa (który spadł w 1976 roku), a o drugim obiegu nikomu się jeszcze nie śniło. Żyć i docierać do czytelnika można było wyłącznie legalnie. Zbigniew Herbert musiał więc zacierać za sobą ślady.

Zbigniew Herbert, Niezła sztuka

Zbigniew Herbert, fot. WojciechKarpinski.com

Kim jest barbarzyńca?

Barbarzyńca w ogrodzie z pewnością nie jest prostym zbiorem erudycyjnych tekstów o sztuce europejskiej, ubranym w luźną, niedookreśloną formę eseju. Rembrandta tu nie uświadczysz. Rembrandt ze wstępu to alibi, maska. A co się kryje pod maską, zdradza tytuł.

Po pierwsze, kim jest barbarzyńca? Według encyklopedii to „obcy”, cudzoziemiec”, „przybysz z zewnątrz nie znający wyższej kultury centrum”. Dla obeznanych z popkulturą to muskularny wojownik, brutalny dzikus (który bywa szlachetny i tragiczny), zbudowany jak Arnold Schwarzenegger z filmu Conan barbarzyńca (1982) w reżyserii Johna Miliusa. Czy taki jest barbarzyńca herbertowski, w domyśle: sam autor. Oczywiście, że nie! Więc jaki jest?

Herbert odwołuje się do kultury nazywanej „rzymską”, a my upadek cesarstwa zachodniorzymskiego pojmujemy zgodnie z potocznym rozumieniem barbarzyństwa: jako wojnę, rzeź, krew płynącą słynnymi drogami i zagładę cywilizacji. Nic bardziej mylnego! Barbarzyńca Odoaker, który 4 lipca 476 roku zdetronizował Romulusa Augusta, dokonał tego dzieła jako pretorianin i najwyższy w rzymskiej hierarchii dowódca armii polowej z tytułem magister militum. Detronizacja cesarza, dość trzeba przyznać niebarbarzyńska, miała formę zesłania do okazałej willi pod dzisiejszym Neapolem. Trudno za barbarzyńskie — w potocznym tego słowa znaczeniu — uznać także kolejne posunięcia Odoakera: przyjęcie tytułu patrycjusza, odesłanie insygniów cesarskich wschodniorzymskiemu cesarzowi Zenonowi w geście poddania, bicie monet z jego wizerunkiem na znak zjednoczenia, a nawet dokonywanie w imię Rzymu znaczących podbojów: zdobycie Dalmacji i Sycylii. Zaś jego następca, Teodoryk, zostawszy władcą dzięki temuż Zenonowi zrzucił futro barbarzyńcy, wdział togę o barwie cesarskiej purpury i zabrał się za remonty dróg, akweduktów, łaźni i budynków administracyjnych (cesarska administracja przetrwała „upadek” nienaruszona), a także przywrócił tradycję rozdawnictwa żywności oraz igrzyska cyrkowe. Tę wspólnotę „podbijających” i „podbijanych” wspaniale ukazuje komediodramat Friedricha Dürrenmatta Romulus Wielki. Jest on doskonałym uzupełnieniem do Barbarzyńcy w ogrodzie, gdyż w ściśle historycznym kontekście pokazuje barbarzyńcę przybywającego do „centrum” po to, by zająć należne w nim miejsce, bardziej rzymskiego od rodowitych Rzymian.

Błędnie — podobnie jak „barbarzyństwo” — interpretuje się także często tytułowy ogród, przyjmując, że jest to po prostu „ogród sztuk”, ziemski raj geniuszy malarstwa, rzeźby i architektury. Sam Herbert akurat niczego takiego nie twierdził wprost: pisał o „sprawozdaniu z podróży” realnej, „przez miasta, muzea i ruiny” i wyobrażonej, „przez książki”.

Perugino, Apollo i Marsjasz, Apollo i Dafnis, malarstwo włoskie, sztuka włoska, renesans, mitologia, Niezła sztuka

Perugino, Apollo i Marsjasz | ok. 1483, Luwr, Paryż

„Podróż artystyczną” dopisujemy mu sami, w procesie lektury, pomijając fakt, że Herbert uciekał od potocznie rozumianego artyzmu. Nie ma w Barbarzyńcy w ogrodzie geniuszy-celebrytów „Wielkiej Sztuki”: Michałów Aniołów, da Vincich, Tycjanów i Rafaelów, nie ma Koloseów, Watykanów i Luwrów tego świata. Barbarzyńca spaceruje po ogrodzie zdumiewająco własnymi ścieżkami, jakby znał go lepiej od ogrodników.

Już początek pierwszego eseju nie pozostawia wątpliwości: ten tomik nie zaklina artystycznych skarbów w słowa, nie jest świadectwem uwielbienia wielkiej sztuki. Wręcz przeciwnie: jest aktem świadomej, przemyślanej kreacji, łacińskim recreatio w sensie „ponownego stworzenia”. Brzmi to dziwnie i trudno w to uwierzyć? No to spójrzmy na arcydzieło Zbigniewa Herberta niewinnym, nieuprzedzonym okiem.

Lascaux

Oto sam jego początek:

„Lascaux nie widnieje na żadnej oficjalnej mapie. Można powiedzieć, że nie istnieje, w każdym razie w tym sensie, w jakim istnieje Londyn czy Radom”.

Potem mamy tablicę ku czci akuszerki, erudycyjny fragment o truflach należących „do historii ludzkich szaleństw, a zatem do historii sztuki”, wspomnienie wędrówki jak pielgrzymki. Sztuka pojawia się na końcu, przy czym tę sztukę, paleolityczne malarstwo naskalne, Herbert wyjmuje z każdego możliwego kontekstu. Czyni z niego, po pierwsze, zamkniętą całość, kosmos, a po drugie, fundament swego prywatnego cywilizacyjnego wszechświata.

„Droga była otwarta ku świątyniom greckim i gotyckim witrażom. Szedłem ku nim czując w dłoni ciepły dotyk malarza z Lascaux”.

lascaux, byk, Niezła sztuka

Lascaux, fot. archeologie.culture.fr

U Dorów

Esej drugi, U Dorów, zbudowany jest zaskakująco podobnie: anegdotyczny Neapol, Capri z „uroczej przedwojennej piosenki”, opis stareńkiej windy, po czym dostajemy relację z podróży do Paestum.

„Niedzielny pociąg przyjeżdża tam prawie pusty. Większość turystów wysiada między Sorrento a Salerno, gdzie czekają na nich małe wózki z osłami ustrojonymi kwieciem. Z niewielkiej stacji prowadzi prosta, antyczna droga wśród cyprysów i przez bramę Syreny wchodzi się w obszar miasta zamieszkałego przez wysoką trawę i kamień”.

Oto magiczna podróż, w inny czas i inną przestrzeń.

Arles

Arles z eseju trzeciego jest prowincją, cała gmina w której się znajduje niewiele ponad 50.000 obywateli (swoją drogą ciekawe, kto z czytelników wpisał francuskie miasteczko na listę miejsc „do obejrzenia”?). W ciągu chronologicznym Herbert przeprowadza nas przez Rzym, mimochodem, anegdotycznie wspomina Van Gogha, ale tak naprawdę bohaterem eseju jest… barbarzyńca w ogrodzie: Frédéric Mistral, autor poematu Mirejo (1859, wydanie polskie Ossolineum, Wrocław 1964 i późniejsze). Oto kolejna, po Romulusie Wielkim, pozycja, bez której lektura Barbarzyńcy w ogrodzie będzie niepełna. Wspaniały pisarz przywrócił swoją książką europejskiej kulturze język i świadomość historyczną narodu nieistniejącego przez siedem wieków (a nie wykreślonego z mapy na zaledwie 123 lata), po czym „podbił Rzym” literacką nagrodą Nobla… nie przestając być barbarzyńcą. Na odsłonięciu własnego pomnika „zamiast przemówienia wygłosił pierwsze strofy Mirejo”. Napisanego w, uznanym za martwy, dialekcie prowansalskim language d’oc.

Il Duomo

Herbert wprowadza nas w tajniki gotyku, ale nie poprzez katedrę w Chartres, Amiens bądź paryską Notre Dame, lecz orvietańskim „Il Duomo”. A z Orvieto jest jak z Arles (ponowne pytanie, kto z czytelników wpisał je na listę miejsc „do obejrzenia”?). Leży na uboczu wielkiej tradycji, z dala od utartych szlaków. Istnieje sama dla siebie. Tamtejsza katedra, budowana niemal przez cztery wieki, rozpięta jest między stylami i wydaje się zupełnie inna od wszystkiego.

Katedra, Orvieto, Włochy, Niezła sztuka

Katedra Orvieto, fot. wikimedia

W tym eseju Herbert rozbija estetyczny wywód anegdotyczną codziennością: opisem kosztowania wina, ale w „Il Duomo” jest też coś nowego. Pewny swych racji barbarzyńca ośmiela się rzucić wyzwanie obowiązującym imperialnym gustom.

„[…] freski w Orvieto robią znacznie większe wrażenie niż freski Michała Anioła w Kaplicy Sykstyńskiej”.

Śmiałe, prawda? Warte zapamiętania.

Luca Signorelli, fresk, katedra w Orvieto, capella di San Brizio, sztuka włoska, Niezła sztuka

Luca Signorelli, Zmartwychwstanie umarłych, detal z fresku z kaplicy Madonna di San Brizio | 1499-1502, Katedra w Orvieto

Siena

Siena to interpretacyjny klucz do Barbarzyńcy w ogrodzie. Jest hołdem złożonym miastu, które przegrało z historią, zostało przez nią odsunięte na ubocze ze względu na położenie geograficzne i zbytnie przywiązane do tradycji. „Szkoła sieneńska” z co najmniej wiekowym opóźnieniem zaakceptowała nowoczesność: renesans będący jej śmiercią. Od eseju o Sienie prosta droga prowadzi do Raportu z oblężonego miasta (1982):

„i jeśli Miasto padnie a ocaleje jeden on będzie niósł Miasto w sobie po drogach wygnania”.

Kamień z katedry

Kamień z katedry to pean ku czci barbarzyńskiej „sztuki Gotów”, a także wspaniała próba jej pojęcia  i „ucywilizowania”. Barbarzyńcą, oszołomionym niepojętym ogromem cywilizacji i bezradnym wobec niej, był Julian Przyboś w wierszu Notre Dame (1938):

„Z miliona złożonych do modlitwy palców wzlatująca przestrzeń!
Lecz zdjęło mnie z iglicy jak z haka Wnętrze – przerażenie.
Wyszydzony i opluty śród poczwar rozdziawionych deszczem
wiem: Co znaczę ja żywy o krok od filarów!
Te mury z odrąbanych skał – jak łby ponade mnie
zmartwychwstają z sarkofagu.
Kto wstrząsnął tą ciemnością, nagiął –
i ogarnął?
w dwie wieże, urwane dna. […]
Kto pomyślał tę przepaść i odrzucił ją w górę!”

Herbert zaś jest tylko — czy raczej aż — badaczem analizującym kolejne elementy konstrukcji o nazwie „cywilizacja”, czyniącym je częścią siebie. Odczuwa nie barbarzyńskie zdumienie i przerażenie, lecz zrozumienie i akceptację.

O albigensach, inkwizytorach i trubadurach

Esej O albigensach, inkwizytorach i trubadurach opisuje brutalną zagładę i eksterminację.

„Dzień, w którym dogasały stosy Montségur, był dniem ugruntowania mocarstwa Franków. Zniszczono w sercu chrześcijańskiej Europy kwitnącą cywilizację, w łonie której dokonywała się ważna synteza pierwiastka Wschodu i Zachodu”.

A najeźdźcy?

„Są bosi, uzbrojeni w łomy i noże, odziani tylko w koszule i spodnie, ale ich krwiożerczość nie ma sobie równej […] W mieście sieją nieopisany terror; atak na mury trwa zaledwie kilka godzin. W katedrze Saint Nazaire, w kościołach św. Magdaleny i św. Judy gromadzi się ocalała ludność. Drzwi zostają wyważone i żołdactwo wpada do środka mordując wszystkich — niemowlęta, kobiety, kaleki, starców i księży odprawiających w tym czasie nabożeństwo”.

Nie przypadkiem w tym fragmencie pojawia się czas teraźniejszy. Gdyby nie tytuł, jaki obraz i czego mielibyśmy przed oczami?

Piero della Francesca

O Obronie Templariuszy za chwilę, teraz zauważmy tylko, że — podobnie jak poprzedni esej — nawet nie ociera się o sztukę. Za to w całości sztuce poświęcony jest Piero della Francesca — opowieść o artyście „z drugiego szeregu”, docenianym przez historyków sztuki, ale nie figurującym na liście tych, do których się pielgrzymuje (ponownie pytanie — kto z czytelników wpisał go na listę malarzy „do obejrzenia”?) To „artysta własny” barbarzyńcy, jeden z tych, których nazwisko budzi wśród „nie-barbarzyńców” najwyżej odległe echo.

Piero della Francesca, Zmartwychwstanie, sztuka włoska, malarstwo włoskie, renesans, Niezła sztuka

Piero della Francesca, Zmartwychwstanie, ok. 1465, Museo Civico di Sansepolcro

Wspomnienia z Valois

I wreszcie Wspomnienia z Valois — na pozór tylko sentymentalny, ale w gruncie rzeczy naznaczony tragizmem powrót do świata rzeczywistego. „Znów jestem w ruchu. Spieszę ku śmierci. Przed oczami Paryż — hałas świateł”.

Nie zrozumiemy Barbarzyńcy w ogrodzie nie umiejscawiając go odpowiednio w twórczości Zbigniewa Herberta. Kiedy pisarz wyruszał w swą „barbarzyńską” podróż, był rok 1958. Październikowa odwilż nie zdążyła jeszcze uwolnić wszystkich więźniów nowej władzy, jej edykt nie przywracał życia zamordowanym. Herbert opuszczał kraj jak z tragicznego wiersza Józefa Szczepańskiego (Ziutka) z 1944 roku:

„Czekamy ciebie, ty potęgo tłumu
zbydlęciałego pod twych rządów knutem,
czekamy ciebie, byś nas zgniotła butem
swego zalewu i haseł poszumu”.

Intelektualiści pokolenia Zbigniewa Herberta, robiący opłacalne interesy z „potęgą tłumu zbydlęciałego pod […] rządów knutem” pozbawili zasady moralno-etyczne ich wartości bezwzględnej. Złamali im kręgosłup. Mordowano niezłomnych żołnierzy, ale przecież „była Bereza”. Odbierano własność aktem prostej kradzieży „reform” i „nacjonalizacji”, ale przecież „wznoszono z ruin miasta”, „elektryfikowano wieś” i „gdzie dwa rąbią…”. Herbert poszedł pod prąd. W czasach moralnego chaosu poświęcił swą twórczość poszukiwaniu „moralnej stałej”… i znalazł ją w tradycji greko-rzymskiej. W fundamentach Europy, od której Polska oderwana została tym wyrokiem historii, który skazał na prowincjonalność zapomnianą Sienę i tragedią taką, jaką była zagłada cywilizacji langwedockiej. W Próbie rozwiązania mitologii (mniej więcej współczesnej Barbarzyńcy w ogrodzie, przez samego Herberta datowanej „przed 1964”) kapitulujący żołnierze AK noszą imiona greckich bogów:

„Bogowie zebrali się w baraku na przedmieściu.
Zeus mówił jak zwykle długo i nudnie.
Wniosek końcowy: organizację trzeba rozwiązać, dość bezsensownej konspiracji, należy wejść w to racjonalne społeczeństwo i jakoś przeżyć.
Atena chlipała w kącie. […]

Wracali do miasta późnym wieczorem, z fałszywymi dokumentami w kieszeni i garścią miedziaków.
Kiedy przechodzili przez most, Hermes skoczył do rzeki.
Widzieli jak tonął, ale nikt go nie ratował.
Zdania były podzielone; czy był to zły, czy, przeciwnie, dobry znak.
W każdym razie był to punkt wyjścia do czegoś nowego, niejasnego”.

W Prologu z tomu Napis (1969), padają zaś rzucone w twarz władzy i jej ambasadorom ciężkie słowa oskarżenia:

„Rów w którym płynie mętna rzeka
nazywam Wisłą. Ciężko wyznać:
na taką miłość nas skazali
taką przebodli nas ojczyzną”.

Jaki Barbarzyńca w ogrodzie ukazuje się naszym oczom dziś, gdy można wreszcie zdjąć maskę z jego twarzy? Mamy w nim dokonaną przez „wydziedziczonego” próbę odzyskania tego, z czego go okradziono, przywrócenia mu jego wielkiej ojczyzny. Słowem o mocy Logosu barbarzyńca odzyskuje miejsce w ogrodzie Europy dla siebie, wygnańca, a przez to także dla wszystkich, wygnańców. Już w 1962 roku Herbert uczynił nas wszystkich „panami tradycji”, władnymi z niej wybierać, tworzyć własne hierarchie, a nie skazanymi — na wzór podmiotu mówiącego w wierszu Przybosia — na podziwianie niezrozumiałego i „lizanie przez szybę”.

Sztuka okazała się zaś szczególnie podatnym na metaforyzację elementem tej tradycji — do tego stopnia, że Zbigniew Herbert podsumowywał swe życie u jego kresu tymi słowami Pana Cogito:

„Tak więc estetyka może być pomocna w życiu
nie należy zaniedbywać nauki o pięknie
Zanim zgłosimy akces trzeba pilnie badać
kształt architektury rytm bębnów i piszczałek
kolory oficjalne nikczemny rytuał pogrzebów

Nasze oczy i uszy odmówiły posłuchu
książęta naszych zmysłów wybrały dumne wygnanie”.

Czy to, że Barbarzyńca w ogrodzie nie jest tylko „o sztuce” pomniejsza w jakiś sposób jego znaczenie? Ależ wręcz przeciwnie! Umieszczona na właściwym miejscu w porządku cywilizacyjnym sztuka okazuje się być tego porządku zwornikiem, jak w gotyckim sklepieniu krzyżowo-żebrowym. Jego elementem, lecz nie jednym z wielu, a takim, bez którego wali się cała konstrukcja.

Obrona Templariuszy

Prowadzi nas to wprost do kwestii ostatniej: legendarnej Obrony Templariuszy. To jedyny w Barbarzyńcy w ogrodzie tekst naruszający formę eseju, czytający się jak fragment współczesnego thrillera sądowego. Owszem, Herbert zawierał kompromisy z władzą, ale on jeden potrafił zawierać te kompromisy na własnych warunkach. Potrafił w erudycyjną rozprawkę o kulturze śródziemnomorskiej wpleść historię każdego prześladowania, każdej opozycji i przez każdy despotyzm. Obrona Templariuszy to kropka nad „i”, która każe czytać Barbarzyńcę w ogrodzie jako dzieło wiecznie młode, mające więcej wspólnego z teraźniejszością, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.

Krzysztof Sokołowski

» Krzysztof Sokołowski

Z wykształcenia filolog polski i historyk sztuki, z zawodu tłumacz literatury anglojęzycznej. Interesuje się popkulturą, przede wszystkim popkulturą fantastyczną, oraz pograniczami sztuk wszelakich.


Portal NiezlaSztuka.net prowadzony jest przez Fundację Promocji Sztuki „Niezła Sztuka”. Wszystkie publikacje finansowane są dzięki darowiznom Czytelników. Dlatego Twoja pomoc jest bardzo ważna. Jeśli chcesz wesprzeć nas w tworzeniu tego miejsca w polskim internecie na temat sztuki, będziemy Ci bardzo wdzięczni. Nawet 1 zł ma dla nas ogromne znaczenie.

Wesprzyj »



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *




Niezła Sztuka?
Czytam. Lubię. Wspieram.
Spodobał Ci się artykuł? Wesprzyj nas »