Warszawa – Lwów
1923–1939
Smolna 11
Mieszkanie było wygodne, duże, rozkładowe, w centrum miasta. Zajmowało całe pierwsze piętro dziewiętnastowiecznej kamienicy przy ulicy Smolnej 11. Do połowy września trwały prace związane z przenosinami. O tym, jak wyglądało, dowiadujemy się z licznych wspomnień gości. Długi i nieco ciasny przedpokój tonął w półmroku, podobnie jak ciemniejsze były pokoje od strony ulicy Smolnej, między innymi pokój Staszka, gdzie wisiał duży obraz Witkacego, olej na płótnie Kalinowe dwory. Od strony Alej Jerozolimskich był mały salon, a także pokój Zosi i gabinet Boya. W salonie wisiały obrazy Witolda Wojtkiewicza, stały kanapa i łóżko, dwa stoliki i fotele, w pokoju Zofii najważniejszym meblem było łóżko, na którym najchętniej pracowała, stolik nocny zastawiony przepełnionymi popielniczkami. „W przeciwieństwie do mamy, która paliła bardzo dużo, ojciec nie palił. Nie wiem, jak znosił tę jej słabostkę, bo bardzo nie lubił dymu” — opowiadał Staszek. Na ścianach w pokoju Zosi, tak jak w jej sercu, królował Witkacy.
Najładniejszy pokój, jasny i przestronny, z podwójnymi oknami i balkonem, zajmował Tadeusz. Między oknami, które wychodziły na Aleje Jerozolimskie, wisiał portret Zosi namalowany w Tenczynku. Żeleński lubił ten portret, tak jak lubił sposób, w jaki Wyspiański przedstawił ją w Weselu. „Mimo że naznaczona kilkoma kreskami, wydaje mi się jedną z najładniejszych postaci kobiecych w naszej literaturze” — napisał po latach. Stały tu ciężkie „jesiony i mahonie”, stół do pracy, tapczan, szafka nocna z telefonem. Na ścianach wisiały pastele Wyspiańskiego, z których każdy przypominał inną historię: Zofia karmiąca kilkumiesięcznego Staszka — dla nich obraz tak intymny, że niechętnie wypożyczali go na wystawy, zasłaniając się delikatnością pastelu — dalej rysowany kredką młody, wąsaty Boy, nie, jeszcze nie Boy — bywalec Paonu zakochany w Dagny… Boy recenzent pamiętał ten dzień, kiedy Wyspiański, z niezachwianą pewnością siebie, na jaką tylko jego było stać, oświadczył, że sporządził sobie galerię ludzi dobrze rokujących, ale teraz widzi, jak bardzo się pomylił, dlatego zwraca portrety właścicielom.



Stanisław Wyspiański, Portret Elizy Pareńskiej | 1905, Muzeum Narodowe w Kielcach
Inne obrazy Wyspiańskiego, które w tym czasie należały do Żeleńskich, to dużych rozmiarów studium do Polonii z 1892 roku, Jutrzenka (rysunek ołówkiem), pastel określany jako Portret dziewczyny i Portret podwójny Lizy Pareńskiej z 1905 roku.
Z biegiem lat na ścianach gabinetu pojawiały się inne obrazy. Charakterystyczny był stale powiększający się fryz pod sufitem, zapełniany sukcesywnie powstającymi portretami Boya autorstwa Witkacego, „upotwornionymi, udziwnionymi, czasem uderzająco podobnymi”. W mieszkaniu przeważały książki — kilka tysięcy tomów, literatura piękna, encyklopedie, słowniki — obecne w każdym pokoju, ustawione w ciasnych rzędach na półkach, głównie u Żeleńskiego. Z tej imponującej biblioteki korzystali często koledzy Staszka, którzy odwiedzali go na Smolnej.
Syn Żeleńskich miał już siedemnaście lat, szkolną tułaczkę zakończył w Warszawie. Gimnazjum im. Jana Zamoyskiego, gdzie zdał maturę, mieściło się przy ulicy Smolnej. Znalazł tu grupę młodych ludzi, między innymi Jerzego Giedroycia i Stanisława Niemyskiego, tak jak on pasjonujących się literaturą, sztuką i teatrem. Spotykali się wieczorami u Boyów, pili likier różany, czytali na głos Ibsena i Strindberga. Ojciec Staszka nie wydawał im się interesujący, w odróżnieniu od Zofii, w której po trosze się podkochiwali. Jerzy Giedroyć napisał, że sam Boy wydawał mu się nudny i ponury, za to Zofia była „rzeczywiście czarująca”. Inny kolega Staszka, Andrzej Kuśniewicz, twierdził, że była pełna „niewymownej słodyczy i osobistego wdzięku”, za to jej mąż to „cichutki, małomówny, melancholijny pan, wzdychający często”.
Witkacy, częsty gość w tym domu, podczas spotkań towarzyskich na Smolnej portretował gospodarzy i gości. Rulony kolorowego kartonu, pudła z pastelami, węglami i ołówkami leżały zawsze na podłodze w salonie. Niestety, z kilku portretów Zofii nie zachował się żaden, znany jest tylko z fotografii rysunek przedstawiający ją z profilu, w kapeluszu. Trzy spośród nich, razem z portretem Boya, zostały wystawione w Dziale Polskim otwartym w ramach Salonu Jesiennego w listopadzie 1928 roku w Paryżu (informacja za Januszem Deglerem): Portrait de M. Boy-Żeleński T.C., Portrait de Mme Boy-Żeleńska T.C., Portrait de Mme Boy-Żeleńska T.D., Portrait de Mme Boy-Żeleńska T.D. Na wystawie pokazano jedenaście prac Witkiewicza.
Właśnie tutaj, u Boyów na Smolnej, poznał Witkacego Jerzy Giedroyć:
„Bardzo ważnym autorem był dla mnie Witkacy. Czytałem z zachwytem Pożegnanie jesieni i Nienasycenie, a samego Witkacego bardzo lubiłem. W pewnym okresie miałem z nim żywy kontakt osobisty przez Boya-Żeleńskiego. Bywałem w salonie Żeleńskich, głównie ze względu na panią Zofię Żeleńską, bardzo nieprzeciętną, bardzo inteligentną i czarującą kobietę. Poznałem tam wiele różnych osób, m.in. Witkacego. Atmosfera tego domu wywarła niewątpliwie wpływ na moje gusta literackie”.
Ożenek
Zakopiański romans Zofii i Witkacego dobiegał końca. Z jego strony nigdy nie był to związek stały, zobowiązujący (żaden z jego związków taki nie był), ale tym razem rzecz nie dotyczyła kolejnego z licznych romansów — Witkacy zamierzał się ożenić. W grudniu 1922 roku, w drodze powrotnej z Torunia do Zakopanego, zatrzymał się u Boyów. Zofii nie było w Warszawie (może pojechała do Krakowa, żeby zobaczyć się z siostrą przed jej wyjazdem do Arlesheim?). W ostatnich dniach starego roku udał się do znanej i popularnej w towarzystwie wróżki, Heleny Massalskiej-Krüdener. „Wróżka w Warszawie (koniecznie pójdźcie, o dziadki — Hotel Słowiański, Podwale, Helena Massalska) przepowiedziała mi wielką zmianę w 1923. Ja sam to czułem. Albo zginę marnie w tym roku, albo coś się zacznie innego — bo tak już dłużej wytrzymać nie można” — pisał później w liście do Kazimiery Żuławskiej. Nie zginął, jak wiemy, więc postanowił się ożenić. W lutym 1923 roku oświadczył się Jadwidze Unrug, siostrzenicy Wojciecha Kossaka, a 30 kwietnia wziął z nią ślub w kościele parafialnym w Zakopanem.
Wiadomość o planowanym ożenku wywołała sensację w towarzystwie, tym większą, że była trzymana w ścisłej tajemnicy. Zofia najwyraźniej została poinformowana wcześniej, bo w marcu, w liście do narzeczonej, Witkacy pisał: „potworne komplikacje z Żeleńskimi, które Ci ew[entualnie] ustnie wyjaśnię”. Kilka lat później, odpowiadając żonie na pytanie o którąś z dawnych kochanek, napisał: „Kto była kobieta 10 lat temu, nie wiem. Była Zofia Ż[eleńska], potem Irena G[aszyńska], a potem parę tak sobie, potem Halina J[udt], a potem Ty. Więcej sobie nie przypominam”. Kontakty towarzyskie z Boyami urwały się na blisko trzy lata, tyle czasu musiało upłynąć, by ostygły emocje, a Zofia mogła zadecydować o dalszym charakterze znajomości. Nie było łatwo, w listopadzie 1925 roku Witkacy donosił żonie: „Pani Zofia nie odpowiedziała na 2 listy. Pisze do Matki o mnie: p. Stanisław — nowa metoda. Nic z tego nie rozumiem”.
Wesele
7 grudnia 1922 roku ważne dla Zofii i Tadeusza wydarzenie, Wesele w Teatrze Polskim piętnaście lat po śmierci Wyspiańskiego. Przed premierą Żeleński wygłosił na sali Plotkę o „Weselu” Wyspiańskiego. Ze względu na silnie uwydatnioną warstwę anegdotyczną odczyt wywołał polemikę na łamach prasy, podobnie jak realizacja przedstawienia. Boy bronił swojego stanowiska w liście otwartym do Emila Haeckera, redaktora naczelnego „Naprzodu”: „Jeżeli w odczycie swoim o Weselu położyłem nacisk na jego anegdotyczną genezę, to dlatego, że właśnie uskrzydlenie tej rzeczywistości, przetworzenie jej niemal w oczach naszych na poezję stanowi dla mnie największy urok i niezwykłość tego dzieła”.
Kiedy dziesięć lat później, w listopadzie 1932 roku, wystawiono Wesele na deskach Teatru Narodowego, nie mogło zabraknąć Zofii. Kazimierz Wierzyński napisał: „Na widowni siedzi znakomity pisarz, który był na weselu w Bronowicach i co tam widział, opowiedział piórem. W antrakcie witamy się ze znajomą panią, której imię i sobowtór owoczesny przemawia sprzed rampy”. Obydwoje z Zosią, nawet po przeszło trzydziestu latach, bawili i wzruszali się Weselem.
Recenzent i aktor
Po roku pracy na stanowisku kierownika literackiego w Teatrze Polskim Żeleński powrócił do dziennikarstwa i felietonu — tej formy wypowiedzi, którą znał i za którą tęsknił. „Miewałem momenty, że mi jak mamce «pokarm na mózg uderzał»” — napisał. Zupełnie jak kiedyś na posadzie lekarza. Nie bez znaczenia były też pieniądze większe niż w teatrze. Ludwik Fryze, właściciel „Kuriera Porannego”, zaoferował mu znakomite warunki finansowe, a obecność Boya na łamach dziennika piłsudczyków, gdzie od lipca 1923 roku drukował recenzje z warszawskich teatrów, podnosiła nakład gazety.
Na premiery Żeleńscy chodzili razem, średnio trzy razy w miesiącu. Od 1926 roku oglądali na scenie swojego jedynaka. Staszek skończył naukę w Państwowej Szkole Dramatycznej i związał się z Teatrem Polskim, okresowo także z teatrem Ateneum. Grywał pomniejsze role, a ślady tych występów można odnaleźć w recenzjach ojca — „pan Żeleński rozwija się, chwała Bogu” czy „pan Żeleński nadużywał głosu; mówiłem mu to już w domu” (Staszek grał wtedy — według jego określenia — wariata, a krytykę ojca ściągnęły nań, jak sam przyznawał, jego „nieludzkie ryki”). Na ścianach pokoju młodego aktora przybywało nowych zdjęć z kolejnych premier — Klątwy, Dziejów grzechu. Po latach przyznawał, że niełatwo było być synem Boya; „kiedy Ojciec zjechał jakąś sztukę, bądź niezbyt pochwalna komuś wydała się recenzja, moja sytuacja stawała się dosyć trudna”, zapewne też ten i tamten liczyli czasem na cieplejszą wzmiankę w „Kurierze Porannym”. Mijali się ze sobą, tryb pracy obu wykluczał wspólne spotkania w domu przy stole. Relację dziecko–rodzice Staszek tworzył z Zofią, od najmłodszych lat łączyła go z matką silna więź emocjonalna, później także podświadoma potrzeba ujmowania się za nią. Z ojcem, jak dawniej, stosunki były serdeczne i przyjacielskie. Kolega Staszka wspominał:
„Czasami, kiedy z kasą było krucho, młody artysta teatru Szyfmana wciskał do skrzynki na listy rodzaj billet doux. Adresowany do ojca brzmiał tak mniej więcej: «Niegdyś szczęśliwy i beztroski, dziś całkowicie zrujnowany — prosi o dwa Zet na małą czarną»”. Wszystko teraz wracało do Tadeusza. Trzydzieści lat wcześniej młody student medycyny, przychodząc nad ranem do domu, zastawał swojego ojca kompozytora przy pracy. Tamten syn, zawstydzony, chyłkiem przemykał się do swojego pokoju, a teraz, w podobnej sytuacji, ten ojciec pytał: „Cóż to, Stasiu, tak dziś wcześnie wstałeś?”.
Staszek chodził z rodzicami na dancingi do luksusowej Oazy przy ulicy Wierzbowej, był okres, kiedy jego ojciec chętnie tańczył i uczył się nowych kroków.
„Pamiętam zaledwie kilka spacerów w Łazienkach, parę rozmów w Ogrodzie Botanicznym — wspominał syn Boya. — Były to najzwyklejsze rozmowy, na najbanalniejsze tematy, bez żadnych «złotych myśli» i tzw. morałów «z przesłaniem», to gawędy dwóch dobrych kolegów o życiu, szczęściu, kłopotach, kobietach, planach, sukcesach i niepowodzeniach”. Każda wyprawa ojca z synem kończyła się wizytą w sklepie, gdzie Staszek wybierał sobie prezent.
Rozkład dnia na Smolnej, podobnie jak w Krakowie, zaczynał się około godziny ósmej. Najwcześniej budziła się Zofia, mimo że często pracowała do późna w nocy. Syn wspominał, że była namiętną czytelniczką codziennych gazet (w Krakowie dzień rozpoczynano lekturą „Czasu”). Gapa, spanielka Żeleńskich, czuwała przy łóżku Tadeusza i gdy tylko otwierał oko, zabierała Zofii gazety i przynosiła w pysku swojemu panu. Dzień zaczynał Żeleński od kawy, śniadanie jadł w łóżku, a potem siadał do pisania (zawsze wprost na maszynie) albo czytał — podobno lubił pracować w pidżamie. Czasami wstawał o świcie, ale wtedy przenosił się z maszyną do przedpokoju, aby nie budzić rodziny. W południe wychodził z domu, wracał na wspólny obiad, po którym wypijał dwie, trzy kawy. Był namiętnym kawoszem, wspominał syn.
Salon
Salon Boyów, podobnie jak legendarne wieczory u Pareńskich, wspominano z nostalgią. Bo też i analogii było wiele. Z trzech sióstr to właśnie Zofia odtworzyła i podtrzymywała tę atmosferę swobodnej wymiany myśli, miejsca, gdzie zbierała się elita towarzyska i gdzie wypadało się pokazać, aby być zauważonym (choć otrzymać zaproszenie nie było łatwo). Z domu wyniosła znajomość form towarzyskich, po swojej niezrównanej matce odziedziczyła wdzięk i umiejętność łączenia ludzi różnych środowisk, co w konsekwencji decydowało o atrakcyjności intelektualno-towarzyskiej tego salonu.
Podobnie jak w Krakowie, Boyowie przyjmowali raz w tygodniu, w soboty. Krakowskim zwyczajem zaprzyjaźnieni goście mogli bez uprzedzenia gospodarzy przyprowadzić swojego znajomego. Popołudniami, zwłaszcza w soboty, drzwi mieszkania na pierwszym piętrze były niezamknięte i stąd właśnie wzięła się historyjka o tym, jak Witkacy przebrany za Hucuła wszedł niepostrzeżenie do środka i usiadł w toalecie, gdzie po pewnym czasie natknął się na niego zaskoczony Boy. Na sobotnie spotkania przychodzili głównie literaci i ludzie teatru, starzy znajomi z Krakowa: Teofil Trzciński — w sezonie 1926/1927 reżyser Teatru Narodowego, Adam Grzymała-Siedlecki — dopóki nieodwołalnie nie poróżniła ich recenzja Spadkobiercy, Antoni Słonimski, którego we wczesnych latach dwudziestych poznał z Zofią Witkacy i który na jej zaproszenie gościł jeszcze na Krupniczej, Leon Schiller, Karol Frycz, a także Franciszek Fiszer, Jan Parandowski, Zofia Stryjeńska, Maria Pawlikowska- Jasnorzewska, Stefan Jaracz, Jan Lechoń, Mira Zimińska, Julian Tuwim, Tadeusz Breza, a nawet słynny jasnowidz Stefan Ossowiecki. Czasem ktoś z zagranicy, Jean Fabre, Petyr Dinekow. Przychodziła Jadwiga Mrozowska-Toeplitz, przejazdem w Warszawie. Ile to lat upłynęło od dnia, gdy przez nią zapijał się z rozpaczy we Lwowie… Teraz ona, milionerka, podróżniczka i teozofka, była stateczną panią, a on nie pił już alkoholu.
Na Smolnej Stanisław Ignacy Witkiewicz z wielkim talentem parodiował znane osoby, umiał bezbłędnie naśladować wysoki i piskliwy głos Boya. U Żeleńskich odgrywał naprędce zaimprowizowane scenki dwoma, trzema głosami naraz. Bywał tu też wspólny znajomy ich obu, prokurator Zdzisław Piernikarski. Dzięki jego relacji znamy przebieg wizyty znanego warszawskiego złodzieja Urkego Nachalnika, który wszedł do literatury polskiej za sprawą swoich powieści kryminalnych, w tym autobiograficznego Życiorysu własnego przestępcy:
„Boy rozmawiał z Nachalnikiem, siedząc przy biurku, na którym leżał złoty zegarek. W pewnej chwili odwołała Boya jego żona do drugiego pokoju. Powstawszy z krzesła, rzucił okiem na zegarek, który w tej sytuacji miał pozostać sam na sam ze złodziejem. Urke Nachalnik, bystry obserwator, zauważył spojrzenie Boya i powiedział z uśmiechem: panie Żeleński, niech pan będzie spokojny, ja panu z pewnością nic nie ukradnę”.
Wiele znajomości, zdawałoby się trwałych i serdecznych, skończyło się całkowitym zerwaniem w wyniku działalności recenzenckiej Boya, tak było między innymi z Adamem Grzymałą-Siedleckim i Stanisławem Miłaszewskim, kierownikiem literackim Teatru Narodowego, rozluźniły się też kontakty z Kornelem Makuszyńskim.
W latach dwudziestych mieszkał na Smolnej bratanek Boya, student prawa, Władysław Żeleński. Doradzał Żeleńskim w sprawach wydawniczych, towarzyszył Boyowi na premierach, a Zofii pomagał w korekcie. Był rówieśnikiem Staszka, ale to z ciotką połączyły go obustronna sympatia i zauroczenie, które Tadeusz akceptował. Władysław Żeleński, choć szczuplejszy i nieco wyższy, ponoć w tych latach bardzo przypominał fizycznie stryja, ponadto dobrze pisał, miał duże poczucie humoru i uwielbiał anegdoty.
„Łączyła mnie też najgłębsza przyjaźń z żoną Boya. Znałem jej życie tak, jak chyba nikt z przyjaciół w okresie warszawskim” — napisał w lutym 1972 roku na łamach londyńskich „Wiadomości”. Jego wspomnienia stały się źródłem informacji o życiu Żeleńskich i materiałem badawczym dla wielu opracowań.
Nie było łatwo być żoną znanego człowieka. Od momentu, kiedy Żeleński zrezygnował z medycyny na rzecz literatury, Zofia konsekwentnie trzymała się na uboczu życia publicznego. Towarzyszyła mu w tych miejscach, gdzie jej nieobecność przy boku męża byłaby źle postrzegana. Tak było na przykład na bankiecie zorganizowanym w 1928 roku na cześć Żeleńskiego w Polskim Klubie Literackim. Przyjęcie było udane, krasomówstwem popisywali się Jan Lechoń, Julian Tuwim i Karol Frycz, a ambasador Jules Laroche zalecał się do Zofii.
Na premiery teatralne chodziła z mężem, na innych imprezach kulturalnych okazjonalnie, podczas wizyt w Warszawie, towarzyszyła jej Maryna, wcześniej Witkiewicz — zachowało się zdjęcie zrobione Zofii i Witkacemu na jednej z warszawskich ulic. Nie chciała chodzić z mężem na kawę do Ziemiańskiej ani na kolację do Simona i Steckiego. Obydwoje byli domatorami i, wyłączając sferę życia publicznego związaną z działalnością publicystyczną Żeleńskiego, obydwoje nie lubili bywać.
* ilustracje nie pochodzą z książki
Monika Śliwińska
Muzy Młodej Polski. Życie i świat Marii, Zofii i Elizy Pareńskich »
Wydawnictwo Literackie
Kraków 2026































