Polska kolonia



Mela Muter, Autoportret w świetle księżyca | ok. 1899–1900, fot. Piotr Jamski, kolekcja Bolesława i Liny Nawrockich
W pierwszych latach XX stulecia przybywają z Polski do Paryża kolejni artyści. Wnikają w międzynarodową awangardę, ale też spotykają się w polskich „ogniskach”, wśród których wiodą prym Biblioteka Polska i salon Władysława Mickiewicza, syna wielkiego Adama, organizujący artystyczne poniedziałki.
Przybywają z trzech zaborów literaci, muzycy i malarze, w tym studenci lub absolwenci krakowskiej akademii Louis Marcoussis (właściwie Ludwik Markus), Gustaw Gwozdecki i Leopold Gottlieb, niemal rówieśnicy Meli. Wkrótce po nich przybędą następni, w 1907 roku Henryk Hayden, rok później Tadeusz Makowski, w 1910 Roman Kramsztyk i Mojżesz Kisling, w 1912 – pochodzący z Łodzi Henryk Epstein i niezwykle zdolne kobiety, Sara Lipska oraz Zofia Piramowicz. Już choćby zestaw tych wielkich nazwisk wskazuje na znakomity udział w polskiej emigracji artystycznej w Paryżu twórców pochodzenia żydowskiego.
W tym czasie z Polski do Paryża wyjeżdżali Żydzi wszelkich profesji, nie tylko ci artystycznie uzdolnieni. Za dzielnicę polskich Żydów uważane było Le Marais. Od lat 80. XIX wieku osiedlali się tu krawcy, szewcy, kuśnierze. Prowadzili handel z kuzynami z Europy Środkowej. Nie szukali kontaktów z paryskim środowiskiem żydowskim. Tworzyli własny świat przeniesiony z kraju ojców.
Wacław Gąsiorowski, powieściopisarz, dziennikarz i publicysta, założyciel tygodnika „Polonia”, związany z Paryżem od 1904 roku, gdzie schronił się przed represjami ze strony Rosjan, w 1913 roku na łamach „Tygodnika Ilustrowanego” podsumował liczebność polskich artystów w stolicy Francji. Wyszło mu trzystu bez jednego, w tym około osiemdziesiąt kobiet, a więc ponad jedna trzecia tej gromady! Według innych szacunków artystek z Polski na przełomie XIX i XX wieku miało być w Paryżu około dwustu. W latach 1890–1918 przez całą Francję przewinęło się natomiast około siedmiuset polskich artystów.
Zatrwożył się Gąsiorowski swymi wyliczeniami, bo przecież to w jakimś sensie – pomyślał – strata dla ojczyzny, ale uznał po zastanowieniu, że – w szerokiej perspektywie – jednak to korzyść dla sztuki. Dodatkowo, przyznawał, odnosząc się do uzdolnionych plastycznie Polek, że nie miały innego wyjścia niż wyjazd z kraju i nauka za granicą, jeśli chciały nie tylko rozwijać talent, ale też zdobyć sławę. Kosmopolityczny, swobodnie żyjący Paryż był dla nich wyborem oczywistym. […]
Przez paryską Akademię Julian, jak podaje Ewa Bobrowska, historyczka sztuki, od 1880 roku do pierwszej wojny światowej przewinęło się około dwudziestu Polek, przez Akademię Colorossi – tyle samo, Académie de la Grande Chaumière – dziesięć, Académie Vitti – trzy, Akademię Ranson – osiem. Niektóre chodziły na zajęcia do kilku szkół jednocześnie. Szukały najodpowiedniejszych warunków i metod nauczania. „Polski kobiecy epizod na Akademii Julian zainaugurowała Zofia Stankiewicz, która w 1880 roku zapisała się do pracowni Tony’ego Robert-Fleury’ego” – pisze Bobrowska. Stankiewicz, właściwie Stankiewiczówna, miała więc wtedy ledwo osiemnaście lat! Jej artystyczne losy splotą się z drogą Ignacego Łopieńskiego. Choć starsza od niego o trzy lata, w przyszłości zostanie jego uczennicą.



Ignacy Łopieński, Portret Meli Muter | 1904, Muzeum Narodowe w Warszawie
Łopieński sportretuje Melę, jak pamiętamy, ale także inne polskie artystki w Paryżu, Stankiewiczównę właśnie oraz rzeźbiarkę Izę Daniłowicz-Strzelbicką, którą posadzi w jej pracowni, zmęczoną, wręcz steraną życiem, na tle osłoniętej tkaniną rzeźby i powieszonego na ścianie rzeźbiarskiego fartucha. Wykona też portret Anny Bilińskiej według jej autoportretu, w technice akwaforty. Bilińska do Akademii Julian trafiła z polecenia Zofii Stankiewiczówny.
Mela, w przeciwieństwie do wielu koleżanek-artystek, częściej niż do szkół chodzi do pracowni innych malarzy, rzeźbiarzy, grafików. Zawsze już będzie mówić, że jest artystycznym samoukiem i najwięcej zyskała dzięki bezpośrednim kontaktom z wielkimi twórcami oraz wyjazdom i zapatrzeniu w krajobraz oraz w zwyczajnych ludzi i ich codzienny świat. Takie podejście do edukacji miała też po latach, znacznie od niej młodsza, Alicja Halicka.
Malarzowi Leopoldowi Gottliebowi Mela zawdzięcza bardzo wiele. Stanie się jej „drugim Leopoldem”. Drugim, ale tylko chronologicznie. Drugim, bo poznanym po Staffie, ale pierwszym w intensywności uczuć. To wtedy, w pierwszych latach XX wieku, wierny druh, powiernik, a nie, jak Staff, ulotny „ptak niebieski”.
Leopold Gottlieb, syn zamożnego przemysłowca z Drohobycza, był przyrodnim bratem Maurycego, także malarza, nazywanego „najwybitniejszym uczniem Matejki”. Leopold urodził się w 1879, w roku śmierci Maurycego, który w wieku zaledwie dwudziestu trzech lat zmarł w Krakowie w wyniku powikłań po operacji gardła. Leopold poszedł, jak brat, do krakowskiej Szkoły Sztuk Pięknych, następnie na monachijską akademię. Po Paryżu, od 1904 roku, chadzał już własnymi drogami. Mela Muter namalowała jego portret około 1910 roku. Spogląda z niego pewny siebie, postawny mężczyzna, z bujną fryzurą, zalotnym wąsem, w obszernej, białej koszuli z szafirowym fularem i broszą przy kołnierzyku. Elegancki, ale na luzie. Na drugim planie, tak zawsze starannie przedstawianym przez Melę, tym razem wisi na ścianie utkana krajka, choć to może tak zwany szlaczek wykonany odręcznie lub odciskany z malarskiego wałka bezpośrednio na podłożu. Przedstawia uroczą sielską scenkę rodzajową z grajkiem, domowymi zwierzakami i kwiatami, których wygląd przypomina popularną w polskiej sztuce ludowej, zwłaszcza w wycinance, formę tak zwanej lelui albo drzewka. Koguciki, drzewka, grajkowie – to elementy idylli, której w Paryżu Mela i Gottlieb nie znali, ale na francuskiej prowincji mogli ją odnaleźć.
Nikt wtedy, na początku XX stulecia, ówczesnego paryskiego zgromadzenia plastyków, także literatów, muzyków i kompozytorów, choreografów i scenografów, projektantów mody i fryzjerów, architektów, krytyków sztuki i innych barwnych ptaków nie definiuje, nikt nie próbuje tym indywidualistom dać wspólnego mianownika. Wśród malarzy i rzeźbiarzy są twórcy i zwolennicy kubizmu, ekspresjonizmu, fowiści. Również ci, którzy jeszcze nie oderwali się od akademizmu. Są symboliści, ostatni impresjoniści. Wielbiciele trzech największych malarzy tamtych czasów: Gaugina, Cezanne’a, van Gogha. Zapatrzeni w sztukę ludów afrykańskich i tradycyjne japońskie drzeworyty. Wielki, cudowny konglomerat geniuszy i naśladowców.
Teoretycy w końcu wezmą ów „bałagan” w karby i nazwą École de Paris (Szkoła paryska). Określenie pojawi się dopiero w 1925 roku i wprowadzi je historyk sztuki André Warnod w artykule L’Etat et l’art vivant. Natomiast dwaj krytycy sztuki, Rene Huyghe i Jean Rudel, wyznaczą École de Paris ramy czasowe: 1905–1939 i podzielą ten okres na dwa etapy: wczesny – la première, do 1914 roku, i późniejszy od 1918 roku – la deuxmière. Czas pierwszej wojny światowej stanowi oczywistą wyrwę w rozwoju „szkoły paryskiej”. […]
Jeśli chcieć trzymać się chronologii, to Mela Muter, przybywając do Paryża w 1901 roku, wyprzedziła nawet pionierów grupy, do której jest przypisywana. Bo tak właśnie najczęściej piszą o niej historycy i krytycy sztuki oraz mówią kolekcjonerzy: „przedstawicielka École de Paris”. […]



Mela Muter przy pracy | ok. 1900, Archiwum Emigracji Biblioteki Uniwersyteckiej w Toruniu
Meli Muter nie widać na fotografiach z Le Dôme i La Rotonde. Można przypuścić, że nie gustowała w przeciągających się rozmowach przy kawie i absyncie oraz w dywagacjach o sztuce. Czas dzieliła przede wszystkim na dom, najbliższych znajomych i twórczość. Poza tym była bardzo rodzinna, często myślami blisko rodziców i rodzeństwa zostawionych w Polsce. Starała się ich odwiedzać i podróżować z nimi po Europie. Miała też w Paryżu grupę sprawdzonych przyjaciół i potężny świat swoich rozedrganych emocji. Była bardzo znana w towarzystwie, ale najpewniej zawdzięczała to częstemu uczestnictwu w wystawach i obiegającej Paryż opinii kobiety wielkiej piękności i malarki-portrecistki niebywałego talentu. Jej czas pochłaniały też działania społeczne. W Towarzystwie Polskim Artystyczno-Literackim w Paryżu, którego wiceprezesami byli Reymont i mąż Meli, pełniła funkcję sekretarza. Zabiegała o współpracę z instytucjami kultury w Polsce i obecność polskich twórców na wystawach na świecie.


Etos matki
Matki Muter często wydają się zmęczone codzienną troską o byt i dzieci. Traktują je jak obowiązek. Nie znajdują radości w karmieniu naturalnym. Ich odsłonięte piersi nie nabrzmiewają pokarmem. Są wychudzone, zmięte, obwisłe. Dzieci w ich ramionach czy usadowione na kolanach nie są uśmiechniętymi albo słodko śpiącymi bobasami. Mają zastygłe w powadze twarze, podobne do oblicz opiekunek. Przychodzi na myśl ustawienie i wymowa postaci w przedstawieniach typu Pietà, na których Matka Boska trzyma na kolonach Syna zdjętego z Krzyża – symbol miłości splecionej z niewyobrażalnym bólem. Kobiety z dziećmi na obrazach Muter siedzą w skromnych wnętrzach. Czasem pojawia się motyw okna, otwartego albo
zamkniętego.



Mela Muter, Macierzyństwo</em | 1909, kolekcja Zbigniewa Mikulskiego
Tylko na niewielu dziełach Muter o macierzyństwie widać przejawy szczęścia. Roziskrzone oczy matki. Wyciągnięte do niej rączki dziecka. Ładne, kolorowe niemowlęce ubrania. Czułe przytulenie.
Zuzanna Klingsland, matka Meli, była wobec niej i jej obu sióstr wymagająca, zdarzało się, że szorstka. Po tragicznej śmierci syna Juliana Klingslandowa zamknęła się w swoim cierpieniu. Mogło więc Meli brakować matki, która chciałaby z nią rozmawiać i wspierać ją, zwyczajnie kochać. Dla własnego, jedynego dziecka, syna Andrzeja, Muter starała się być najlepsza na świecie. Nie zawsze mogła, bo czasem musiała, w imię swojej wolności, podejmować decyzje dla niego bardzo trudne do zrozumienia. Andrzej czuł od najmłodszych lat, że między jego rodzicami jest jakieś napięcie. Definitywnie rozstali się, gdy miał kilkanaście lat, wcześniej był burzliwy romans Meli ze Staffem i w związku z tym zdarzały się jej kilkumiesięczne rozłąki z synem. Prosił niewprawnym jeszcze pismem w jednym z listów do mamy: „Chcę, żebyśmy byli razem my troje”. Podpisywał się: „Całuję Cię. Twój syn, Jędruś”.



Mela Muter, Macierzyństwo | 1924, kolekcja Marka Roeflera / Villa la Fleur, Konstancin-Jeziorna
Andrzej intuicyjnie próbował sklejać związek Meli i Michała. Starał się nie wyróżniać jednego z rodziców. Przerzucany raz do mamy, innym razem do taty. W listach do mamy z czułością pisał o tacie. I odwrotnie. „Tatuś mi kupił dzisiaj buciki dobre, krawat, kołnierzyki, spinki i skarpetki…” – zwierzał się mamie. Informował, co porabia: „Jakeśmy poszli do liceum, to od razu zaczęły się katastrofy. (…). Przychodzę do szkoły i zobaczyłem 2 rzeczy: nie ma kałamaszów i (…) nie ma gdzie położyć tornister”. Towarzyszył też zainteresowaniom Meli i Michała. Z Lugano w Szwajcarii, gdzie pojechał z mamą, pytał listownie tatę, czy dostał książkę z wyborem polskiej poezji. Miewał pretensje do mamy, że nie zawsze mu odpisuje. Zarzucał jej, że go zaniedbuje. Kiedyś wyszło na jaw, że zawiódł posłaniec. Gucio Baylin, późniejszy sławny prawnik i literat, człowiek światowy i barwny, proszony przez Melę o przekazanie Andrzejowi przesyłki od niej, zapomniał o obietnicy.
W listach opowiadał mamie o swoich kolegach i koleżankach, o René, Pierre, o Tadziu, że z siostrzenicą taty, Zosią Szymberską, jest słabo. Z wielkim smutkiem wciąż jeszcze małego dziecka, co wyraził w korespondencji do mamy, przyjął wieść o śmierci jej siostry, cioci Guci, latem 1911 roku.
Był blisko rodziny Meli. Korespondował z braćmi ciotecznymi, synami Cecylii z Klingslandów, Julianem i Piotrkiem Fürstenbergami. Wysyłał do nich listy na adres: „Marszałkowska 63, Warszawa”. Mieszkali w okazałej „pałacowej” kamienicy zwanej „Pod Syrenami” ze względu na te mitologiczne postacie umieszczone wśród wielu innych na fasadzie domu. Częściowo od właściciela Stanisława Saydenbeuthela wynajmowała go Zofia Sierpińska, prowadząca tam pensję dla dziewcząt. Na parterze mieściły się sklepy: z owocami, ogrodniczy, Wedla i słynna cukiernia Ostrowskiego wypiekająca najlepsze w stolicy śmietankowe babeczki.



Mela Muter, Cygańska rodzina | ok. 1930, kolekcja prywatna, źródło: ASOM Collection
Ale, jak już wiadomo, najchętniej bodajże pisywał do dziadka Fabiana na Marszałkowską 129, na adres sklepu. Kamienica, w której dziadek prowadził interesy, na początku XX stulecia przeszła gruntowny remont i wraz z nim, jak mówiono w stolicy, na Marszałkowską wkroczyła secesja.
W jednym z listów do dziadka Andrzej usprawiedliwiał się, dlaczego ostatnio nie pisze do niego zbyt często: „Dziadzio mi wybaczy ze względu na dość nieludzkie kucie, które mam w budzie…”. „Winszuję szczęśliwych urodzin… Jędruś” – tak zakończył. Roztrząsał z dziadkiem nie tylko sprawy wiary, ale wspominał mu o wielu codziennych sprawach, na przykład o swojej kolekcji znaczków, o tym, że z powodu gruźlicy kości nosi aparat gipsowy, ale zdejmuje go na noc.
Na początku lat 20. w listach do mamy dwudziestoletni Andrzej pisze o dokuczającym mu nastroju przygnębienia. Pozornie wszystko toczy się we właściwym kierunku. Kończy studia i zostaje inżynierem, zaczyna pracę w fabryce. Narzeka jednak na swój, jak to określa, „spleen”. Dodaje nawet, że „chciałby drapnąć przed samym sobą”. Zapowiedź się spełnia. Andrzej umiera w niejasnych okolicznościach w nocy z 10 na 11 grudnia 1924 roku. Podobno topi się podczas kąpieli w wannie. Dzieje się to chwilę po tym, jak Mela cieszy się z literackiego Nobla, którym właśnie 10 grudnia na uroczystej ceremonii uhonorowano Władysława Reymonta, jej przyjaciela i ojca chrzestnego. Reymont leczył się wtedy w Nicei. W jego imieniu nagrodę odebrał Alfred Wysoki, poseł Polski w Sztokholmie.
Pięć dni po śmierci Andrzeja próbuje pocieszyć Melę jej siostrzeniec, szesnastoletni Piotr Fürstenberg. Pisze z Warszawy. „16 XII 1924. Bardzo boleję nad stratą Jędrusia. Żałuję bardzo, iż przebywałem z Nim tak mało w ostatnich czasach, gdy stosunkowo dojrzałem już na tyle, by poznać ten piękny charakter. Mam nadzieję, Meluś, iż dla uspokojenia się nerwowego dasz się przez Mamusię nakłonić na przyjazd do Warszawy”. Dołącza informację, że przyjechał do nich stryj Zygmunt, że u nich wszystko dobrze. Kończy w sposób wskazujący na bliską zażyłość z ciocią i troskę o nią: „Użyj Stara wszelkich starań, byś nie przyjechała tu sama”.
Fragment pochodzi z książki:
Karolina Prewęcka
Wydawnictwo Art & Modern Foundation
Warszawa 2026
































