„Świat zewnętrzny zdziera ze mnie skórę, jest zbyt agresywny, natrętny. Wszystkiego za dużo za dużo nazwisk książek sztuk festiwali laurów samochodów słów wierszy francuskich literatów filmów […] poetów biskupów świętych sutenerów gazet informacji obrazów muzeów pamiętników pań redaktorek… straszne… […] Śmietnik się powiększa…” – ta okrutna, ale trafna diagnoza to słowa Tadeusza Różewicza z listu do Ryszarda Przybylskiego z 1966 roku.
Pół wieku później sytuacja nie wygląda ciekawiej, świat zagraża nam jeszcze bardziej. Otacza nas, osacza zgiełk słów i obrazów. Niekontrolowany, nieustannie przelewający się strumień wiadomości, szum dźwięków, jazgot mediów. Powszechna nadprodukcja: przedmiotów, rzeczy, lecz także wizerunków, słów i znaczeń. Powszechna dewaluacja. Wszystkiego dziś za dużo, także malarzy i poetów. Każdy chce zostać artystą.

Józef Czapski, Pędzle | 1969, fot. Krystyna Czerni, dzięki uprzejmości wydawnictwa Więź
Statystyki są nieubłagane. ZPAP liczy ponad 7000 członków, zrzeszonych literatów jest jeszcze więcej – a to zaledwie ułamek w gęstej ciżbie wszystkich artystów świata. Tysiące muzeów, setki tysięcy galerii i sal wystawowych… Jak się odnaleźć w tym tłoku? Jakie nałożyć filtry, żeby nie zwariować? Czy słowa i obrazy mają jeszcze moc? Jak wyłuskać, wypatrzeć w tym zgiełku prawdziwe dzieło? Jak nie wpaść w pułapkę zniechęcenia? Tworzymy, piszemy bez odzewu, nasze twory to uwięzione w butelce listy, rzucone w próżnię, tonące w oceanie chaosu informacji. Skazani na wielość języków, przestaliśmy słuchać się nawzajem, nie pojmujemy, nie ogarniamy już kultury.
Jak uciec z tego labiryntu? W szukaniu drogi wyjścia użyteczni są zawsze Mistrzowie – przewodnicy, którzy podpowiedzą kierunek, wskażą pułapki, czasem poprowadzą za rękę. Przyznać się do posiadania mistrzów (…) to nie wstyd (…). „Wzywam was Starzy Mistrzowie / w ciężkich chwilach zwątpienia” – pisał Zbigniew Herbert w wierszu Dawni Mistrzowie. Ja także chciałam przywołać tu dzisiaj kilka takich postaci. Materią, w której pracuję, jest słowo, język – dlatego moi Mistrzowie to przede wszystkim mistrzowie słowa. Jednak wiele można się od nich nauczyć i o sztuce. Najpiękniejsze słowa o sztuce padły wszak z ust poetów.
Znana horacjańska formuła, która przez lata inspirowała artystów i uczonych: Ut pictura poesis, zaświadcza podobieństwo obu sztuk – poezja jest mówiącym malarstwem, a malarstwo widzialną, lecz milczącą poezją. Wiersz jest jak obraz, ale i obraz jest jak poezja – ut poesis pictura. Myślenie, pamięć są możliwe nie tylko za pomocą słów, ale także, a może przede wszystkim, za pomocą obrazów.
„Kochałem, kocham i będę zawsze kochał malarzy…” – wyznał Tadeusz Różewicz, odbierając tytuł doktora honoris causa wrocławskiej ASP – „Malarstwo przyciąga mnie z siłą magiczną, rosnącą z latami”.
„Fakt, że wybrałem historię sztuki jako przedmiot studiów, nie był przypadkowy – wspominał poeta. – Byłem pełen nabożnego podziwu dla dzieł sztuki. […] Zapisałem się na historię sztuki, żeby odbudować gotycką świątynię. Żeby cegła po cegle wznieść w sobie ten kościół. Żeby element po elemencie zrekonstruować człowieka” .

Tadeusz Różewicz | 1989, fot. Adam Hawałej, dzięki uprzejmości wydawnictwa Więź
Sztuka nie zastąpiła w sercu poety zagubionego gdzieś na wojnie Boga, ale stała się głównym źródłem przeżyć metafizycznych, obietnicą szczęścia. Autor Kartoteki spędził w muzeach, jak sam mówi, długie „godziny, dni, lata”. „Od kilku tygodni – pisze w liście – można powiedzieć karmię się obrazami (do tego muszę czasem coś wypić, bo inaczej bym nie strawił – w ciągu 3 tygodni obejrzałem chyba 20 tys. obrazów – a może 30 tysięcy?)”. „W tej chwili siedzę (spocony) w Tate Gallery […] – i jestem wypełniony «pięknem»”.
Różewicz kochał artystów, ale i rozumiał sztukę. Co nie jest wcale takie oczywiste. Pisarze w sztukach wizualnych dostrzegają zazwyczaj „literaturę”, narrację. Różewicz inaczej – był bliżej tajemnicy obrazu. Może dlatego wiele jego myśli o poezji odnosi się także do sztuki – tak bardzo, że słowa „poezja” i „sztuka” można niemal traktować wymiennie.
„hałas harmider
jaki wszczęli poeci
będzie przyczyną ich zguby”
(T. Różewicz, Do Piotra, 1991).
„nasze sieci są puste
wiersze wydobyte z dna
milczą
rozsypują się”
(T. Różewicz, *** Wygaśnięcie Absolutu, 1991).
Poetę drażnił nadmiar słów, cała ta współczesna logorea, zasypywanie pustki pustymi słowami, produkowanymi przez polityków, działaczy, publicystów – ale i poetów.
„Poezja [sztuka – KCz] przestała być rozmową z absolutem, jest organizacją resztek”. „Poezja [sztuka] wykrwawiła się w pogoni za oryginalnością i niepowtarzalnością, zrobiono z niej zabawkę dla dzieci, zmajstrowano cielę o dwu głowach…”
Skarlał też język, którym mówimy o sztuce – zmienił się w hermetyczny bełkot. Różewicz nie ukrywał swojego oporu wobec kultury masowej, choć wciąż trzymał rękę na pulsie współczesności, komentując ją z rosnącym szyderstwem i irytacją. Znęcał się nad grafomanią, tropił absurdy, naigrawał z literackich i artystycznych mód, piętnował „nieludzkie, głupawe ekscentryczności XX wieku”. Jego poezja zmieniała się niekiedy w paszkwil, bezlitosną satyrę.
Miłosz mawiał, że Różewicz „przepisał polskiej poezji kurację odchudzającą”. Odpowiedź poety na zgiełk współczesności brzmi: Mniej słów! „Trzeba milczeć wobec nadmiaru”. Żeby coś odbudować, trzeba najpierw zburzyć: całą tę grę pozorów, hucpę i fałsz. Dopiero na ruinach pseudopoezji, pseudosztuki można zacząć od nowa:
„Z latami coraz bardziej odczuwam dotknięcie poezji bez słów – mówi poeta. – Czynność napisania wiersza traktuję jako biurową, urzędniczą formalność. Uprzykrzoną i niepotrzebną. I bywa, że nie zapisuję na papierze swoich wierszy” .
„Po prostu wystarcza mi pewien stan. Ja naprawdę co jakiś czas czuję w sobie, absolutnie w sobie, w myślach, w uczuciu jakiś utwór, którego po prostu nie zapisuję […], wyrzucając na zewnątrz myśl i obraz, pustoszę się. Natomiast ja go wolę w sobie schować. […] Jakiś czas on we mnie naprawdę żyje i czuję się nim wypełniony, i mam z tego wielką satysfakcję. Jestem pełen «poezji»…”
„po latach zgiełku
niepotrzebnych pytań
i odpowiedzi
otoczyła mnie ciszacisza jest zwierciadłem
moich wierszy
ich odbicia milczą”
(T. Różewicz, Zwierciadło, 1989).
Różewicz oskarżał SŁOWO, a ocalenie zobaczył właśnie w OBRAZACH. „Między językiem literata, językiem poety a językiem malarza – zauważał – jest taka różnica jak pomiędzy poradnikiem seksualnym a prawdziwym aktem miłosnym…”. W dyskusji po premierze Umarłej klasy głęboko poruszony przyznawał: „Jestem człowiekiem słowa […], mówię teraz przeciwko sobie. Umarła klasa to uwolnienie od słów. […] Na tym przedstawieniu oddycham od słowa…” . Marzeniem Różewicza stała się poezja bezsłowna; jako jej ideał jawiły się właśnie obrazy: „Myślę, że obraz jest rodzajem wiersza milczącego – mówił poeta w rozmowie z Nowosielskim. – Takiego, który nie chciał mówić, nie chciał przemówić. Tak, obraz jest poezją milczącą” .
Przyjaźń Różewicza z Jerzym Nowosielskim zaowocowała nie tylko poświęconą malarstwu poezją i wieloletnią korespondencją, ale także plastycznymi próbami samego poety, który pozazdrościł malarzom. Sztuka farby i pędzla kusiła go jako zajęcie bardziej fizyczne niż poezja, bliższe materii, zmysłowe. „Ciągle myślę o tym, żeby namalować obraz – zwierza się poeta. – Jurku, przygotuj parę deseczek i tekturek (z odpadów)… jak do Was przyjadę, to będę na tych deseczkach malował” . Podczas spotkań z przyjacielem powstało kilka niewielkich abstrakcji, a także pejzaże malowane na hubach. Również w notatki i listy Różewicz regularnie wplatał satyryczne rysunki, nadając im osobisty wyraz, co było istotniejsze od biegłości formalnej. Malarskie i rysunkowe próby Poety – rozbrajające w swej naiwnej niewinności – bronią się właśnie osobistym wyrazem, swoistą determinacją.
„Nawet największa ilość rozmów nie mogła mi dać tego doświadczenia co działanie, co malowanie – mówił w telewizyjnej rozmowie z Nowosielskim. – No więc przyniosłeś mi te cztery deseczki […]. Ja je namalowałem, ale w dalszym ciągu nie wiem, co to jest obraz” .
Co istotne, Poeta wprowadzał rozróżnienie między poezją a wierszem, sztuką a dziełem. Poezja, sztuka są czymś nieuchwytnym, tajemniczym, nie do końca ujawnialnym. Tylko niekiedy wcielają się w dzieło, objawiając się czytelnikom i widzom. To rzadkie chwile. Prawdziwe święto sztuki.
„poezja nie zawsze
przybiera formę
wiersza
[…]
gnieździ się w milczeniualbo żyje w poecie
pozbawiona formy i treści”
(T. Różewicz, *** poezja nie zawsze, 1991).
„Wiersz jest zjawiskiem częstym, poezja jest zjawiskiem rzadkim… poezja, która w przeciwieństwie do wiersza nie ma początku i końca” – mówi Różewicz. A na co dzień? „Pisarzy [artystów – KCz] jest coraz więcej, a literatury [sztuki] coraz mniej. Coraz więcej pisarzy [artystów] prowadzi bogate życie zewnętrzne, lecz żałosne wewnętrznie. Są to pisarze [artyści] niemający czasu na myślenie” .
Jak uniknąć jałowego biegu, tworzenia dzieł bez sztuki i wierszy bez poezji, mnożenia symulakrów, produkcji pseudodziałań, pseudoobrazów – zbędnych, niepotrzebnych? Memento poety: „Śmietnik narasta”…
Czytam w „Wiadomościach ASP” poradnik dla początkujących: „Jak zaistnieć w wielkim świecie sztuki?” . Po pierwsze – zaprzyjaźnij się z kuratorem; po drugie – załóż grupę, w grupie dużo łatwiej zaistnieć; po trzecie – stwórz dobre portfolio i pamiętaj, że zawsze trzeba je przygotować w zależności od upodobań danego kuratora. Po czwarte i najważniejsze – tak naprawdę wszystko zależy od bywania…
Czy istotnie – tylko antena nastawiona na bieżącą modę, najnowsze trendy, zgodna z oczekiwaniem publiczności i potrzebą chwili jest gwarancją wartości rodzącej się sztuki?
Kazimierz Orłoś, wybitny prozaik, zatytułował swoją diagnozę polskiej literatury współczesnej: Najpierw żyj, potem pisz. „To zdumiewające – notuje pisarz – że część krytyków nie dostrzega tej różnicy: między prozą, której autor coś przeżył, a tą, której autor jedynie sobie coś wyobraził. To zasadnicza różnica” . Prawdziwe doświadczenie nie jest kreowane, spada na nas nieodwołalnie – jest naszym losem. W przeciwieństwie do doświadczeń wydumanych, zmyślonych dla rozrywki, w poczuciu kreacyjnej bezkarności. Różewicz mówi o „rzetelności wzruszeń”: „Źle jest, jak ktoś chodzi w cudzej marynarce… Musi się zdobyć na swoją. Nawet jeśli przenicuje tę szatę, przerobi ją – to nie. Musi mieć własną, przez siebie wypracowaną, utkaną, uszytą, skrojoną. Na nim się musi uleżeć…” . I słowa poety dotyczą nie tylko formalnych mód czy fascynacji – także przeżytych doświadczeń i uczuć.
Sztuka – owszem – musi niekiedy uwierać, ranić, gorszyć nawet, mówić o tym, co nierozwiązywalne. Jednego jej tylko nie wolno – udawać! Także udawać cierpienia, kalectwa, bólu czy rozpaczy. „Strategia szoku” obrana z zimną premedytacją nigdy nie wybrzmi wiarygodnie. By móc się prawdziwie zbuntować – wpierw trzeba prawdziwie w coś uwierzyć. Bunt i bluźnierstwo brzmią autentycznie tylko w ustach ludzi silnych przekonań, jakiejś wiary. Mają wtedy swój ciężar, powagę. Dla innych stają się czczą zabawą, wydmuszką bez treści, żonglerką symbolami.
Presja oryginalności, zaistnienia za wszelką cenę – to pułapka. Słychać zewsząd: „w sztuce wszystko już było”, coraz trudniej odkryć nowe tereny, prawie wszystkie zostały zajęte. A jednak: „Mam taką wiarę – pisze malarka Aldona Mickiewicz – że chociaż «wszystko już było» – to jednak mnie nie było, to znaczy, że każdy człowiek ze swoim jednostkowym istnieniem ma do opowiedzenia jakąś opowieść i że jeśli tylko starczy talentu, to ta opowieść może być jakoś ważna, nawet jeśli ona nie dosięgnie miary wielkich mistrzów. […] Jeśli tylko malarz zawrze w obrazie jakąś prawdę, to ta opowieść może stać się ważna i swoista, będzie jakimś świadectwem tego jedynego, niepowtarzalnego widzenia” .
Może więc warto szukać własnej prawdy, nie licząc się z oczekiwaniami masowej publiczności, wbrew modom, wbrew stereotypom i oczywistym sądom? „Piszcie, jak chcecie – mówi Różewicz do młodych poetów – rymujcie, piszcie sonety / piszcie wierszem, który przypomina prozę, trójkąt, piszcie w kółko, jak komu potrzeba. To jest nieważne. Ważna jest wewnętrzna energia i materia” .
Także profesor Nowosielski tępił u studentów blagierstwo i mistyfikację, wyżej ceniąc autentyczność od oryginalności. Nie chodzi o „pomysł”, „receptę na sztukę”. Trzeba zrealizować siebie, znaleźć swój autentyczny ślad. „Niech pan tak nie maluje, pan taki nie jest” – potrafił powiedzieć studentowi silącemu się na „nowoczesność”. Stosował zasadę uczciwości: najpierw obraz musi być uczciwy, to znaczy nie może być wyżej ani niżej od ciebie. Trzeba było się przyznać do tego swojego poziomu, to było najtrudniejsze. „Tego właśnie nie mogę nauczyć moich studentów – wzdychał w jednym z listów. – Są za bardzo «artyści». Myślę czasem, że stary Sokorski miał rację. Istnieje coś takiego jak «formalizm». Jest to choroba bardzo mocna i podstępnie tkwiąca w człowieku – artyście” . Zaś na pogrzebie Kantora grzmiał w kierunku młodych: „Na miłość Boską, nie «róbcie» sztuki. Nie «róbcie» sztuki! Bo sztuki nie można posiąść ani jej oswoić. Jeżeli wyzbędziecie się tych ambicji, to może przez was powstanie coś, co będzie sztuce bliskie, albo i będzie samą sztuką” .
„Artystyczna osobowość” – czym jest? W eseju Piłowanie i błysk Adam Zagajewski pisze o Józefie Czapskim – artyście także bardzo mi bliskim, dramatycznym świadku XX wieku: „Nie jestem pewien, czy można o nim powiedzieć, że miał «silną osobowość» […]. Czapski nie miał silnej osobowości, miał silne człowieczeństwo” . To piękne i trafne zdanie stało się dla mnie jednym ze „złotych gwoździ” – jak stary malarz z Maisons‑Laffitte nazywał słowa, które po prostu pomagają żyć. Przyznam się, że ja także w sztuce staram się szukać zawsze nie oryginalności za wszelką cenę, nie mód, pomysłów czy trendów – ale człowieka. Jego prawdy, uczuć, jego przeżyć.
Poezja, sztuka jest nie tylko umiejętnością pisania, malowania, ale i sposobem życia. Twórca podlega tym samym egzaminom, co każdy człowiek. Los artysty to tylko jedna z dróg realizacji ludzkiego powołania. Zaledwie tyle, i aż tyle. „Sztuka trwa – pisał Walt Whitman – i także ty dopisać możesz wers”.
Młody artysta myśli czasem, że jego możliwości i prawa są nieograniczone. Nie widzi swojego pułapu. Dojrzałość to także poznawanie swoich prawdziwych możliwości, ograniczeń.
„zadanie domowe
dla młodego poetynie opisuj Paryża
Lwowa i Krakowaopisz swoją twarz
z pamięci
nie z lustraw lustrze możesz pomylić
prawdę z jej odbiciemnie opisuj anioła
opisz człowieka
którego minąłeś wczorajopisz swoją twarz
i podziel się ze mną
jej zmiennym wyrazemnie czytałem
w poezji polskiej
dobrego autoportretu”
(T. Różewicz, Zadanie domowe, 1996).
Jacek Woźniakowski pytał kiedyś: „Czy sztuka jest do zbawienia koniecznie potrzebna?” . I odpowiadał, że jest. Jest potrzebna artyście, twórcy – do podtrzymania rozwoju, do ciągłego wzrostu. Zmaganie się z formą, z tradycją, ale i z sobą samym. Sztuka pomaga nam przekroczyć samych siebie, przywrócić porządek rzeczy.
„– Natchnienie? – mawiał Picasso. – Owszem, istnieje coś takiego, czasem się zjawia, ale dobrze, żeby zastało artystę przy pracy”. Nie da się siedzieć bezczynnie i czekać, aż spłynie na nas arcydzieło. Ono może się zjawić, przytrafić, jako dar, niejako efekt uboczny ciężkiej codziennej pracy. Na co dzień nie ma innej drogi, jak „piłowanie i błysk”, co przypomina Czapski i jego setki, tysiące szkiców, rysunków, zapisanych notesów. Trzeba wiele godzin żmudnego piłowania, żeby zjawiło się olśnienie. Trzeba odwagi do udźwignięcia porażek. Wytrwałości i konsekwencji. Na arcydzieło trzeba sobie zasłużyć, zapracować. A co wtedy, kiedy się nie przytrafia? Gdy arcydzieło nie przychodzi?
„Co może poezja? – pytał inny mój Mistrz, Mieczysław Porębski. – Może określać sens (formę, postać) czyjegoś (jakiegoś) życia. Co może malarstwo? Może SENS ten UNAOCZNIĆ”. To właśnie profesor Porębski nauczył mnie uwagi i szacunku dla sztuki cichej, skromnej, często niepozornej – ale prawdziwej. Dla tego, że liczą się nie tylko arcydzieła, że ciekawy może być każdy składnik otaczającej nas ikonosfery, jeśli tylko niesie w sobie osobiste świadectwo, ślad czasu.
„Nie szukam doskonałości i tej atmosfery uspokojenia, którą ona emanuje – pisał Porębski. – Wstyd powiedzieć, ale dzieła, którym przyznaję obiektywnie doskonałość, najczęściej po prostu mnie nudzą. Wolę rzeczy trochę niewydarzone, wewnętrznie zachwiane, niepełne, wątpliwe. Od sztuki dobrej wolę często sztukę złą, w której odnajduję bliski mi współczynnik niepokoju, ruchu, dążenia” .
Pierwszy, ważny artykuł Profesora: O racji obrazu – czyli o powodzie powstania sztuki i usprawiedliwieniu jej istnienia – powstał w lipcu 1945 roku . Tekst zasadniczy, fundamentalny, obmyślany był i przygotowywany w barakach Gross‑Rosen i Sachsenhausen. Wiara Mieczysława Porębskiego w sztukę pomogła mu przetrwać piekło, wyszła z tej próby niezłomna, niezachwiana.
To była jego główna nauka. Wszystkich nas dopada niekiedy zwątpienie: w sensowność naszych działań, w zasadność zajmowania się czymś tak ulotnym i mało konkretnym. Czasem przychodzą chwile czy doświadczenia, kiedy sztuka okazuje się boleśnie niekonieczna, wydaje się czymś zbędnym, nieznośnie błahym. Wystarczyła wtedy jedna rozmowa z Profesorem, żeby uwierzyć w sztukę na nowo, żeby uzmysłowić sobie jej – a także naszą – rolę i powołanie.
„Sztuka nie jest dla mnie wypoczynkiem ani ucieczką – pisał Porębski. – Szukam w niej afirmacji swych przeżyć i oczekiwań, szukam natchnienia i podpory w chwilach złych i trudnych. Uważam ją za najczulszy instrument kontrolny dla wszystkiego, w co wierzę i co mnie otacza. Dlatego żądam od niej dużo. Żądam między innymi, żeby mi unaoczniła i potwierdziła sens czasu, w którym żyjemy” . „Sztuka to nie dodatkowe atrakcyjne spędzanie czasu, nie higieniczna, zhomogenizowana rozrywka, ale konieczny, nieunikniony i mozolny sposób samego istnienia, istnienia jako społeczność, jako cywilizacja, jako gatunek wreszcie. Zabierzcie Wenecji sztukę, zabierzcie tę jej ustawiczną, obsesyjną aż do natręctwa ekscytację, a co zostanie: rozpalone kamienne nory, przegniłe pale, podmywające je bez przestanku wielkie wodne rozlewisko” .
Przed sztuką – a więc i przed adeptami szkół artystycznych – wielkie wyzwanie. Jaka będzie cena? Na końcu i tak wszystkich nas czeka samotność w pracowni. Droga sztuki jest niełatwa: „Wchodzi się właściwie do ogródka albo do ogrodu – mówił Różewicz – nagle to się zamienia w puszczę, potem się zamienia w pustynię, potem łączy się to czasem z rozpaczą i udręką” . Akademia jest właśnie po to, aby się wspierać w tej wspólnej drodze. Wobec tych lęków, wyzwań i niepokojów wszyscy są równi: początkujący i zaawansowani, studenci i profesorowie.
Zachowały się wzruszające listy Profesora ASP Jerzego Nowosielskiego do studenta Andrzeja Gąsieńca, skromnego pejzażysty z Bieszczad, borykającego się z depresją:
„Najważniejsze, by Pan dużo malował – pisze do ucznia Profesor. – Ma to znaczenie dla dyplomu, ale przede wszystkim dla Pana i dla Pana szczęścia osobistego, o ile ono w jakimś stopniu jest w tym życiu osiągalne. My «artyści» jesteśmy ludźmi obdarzonymi wielką wrażliwością. Z takim «obciążeniem» niełatwe jest życie. Niech mi Pan wierzy, że ja też bardzo cierpię, ciągle, z krótkimi tylko przerwami – wtedy, kiedy maluję. Dlatego też my skazani jesteśmy na malowanie, bo tylko to przynosi nam chwilową ulgę, a nawet przebłyski szczęścia. […] Samopoczucie malarza jest zawsze, do końca jego życia chwiejne, kapryśne […]. Pan przeżywa teraz trudny okres w swoim życiu. Doskonale to rozumiem i znam z własnego doświadczenia. […] Pan ma podobne problemy. Znaczy to, że jest Pan blisko wielkiej tajemnicy malarstwa. Żywiołu, który nazywamy «malarstwem». Tu jest Pański los, który spowoduje zapewne, że będzie Pan na swój sposób «szczęśliwy» i «nieszczęśliwy» zarazem. Tak jak ja”.
Być może sztuka nie ma mocy naprawienia świata. Ale próbuje wprowadzić w nasz świat odrobinę ładu, daje szansę na spotkanie drugiego człowieka, na komunikowanie się z ludźmi za pomocą zapisanego czy namalowanego wzruszenia. Może nie należy do realnej rzeczywistości, ale – jak pisał Porębski: „prowadzi do niej, otwiera się na nią i wciąż w niej coś nowego, nieoczekiwanego odkrywa. Na tym polega jej rola, zadanie i siła”.
Sztuka to ludzie i spotkania. Każde dzieło – wiersz, obraz, film, performance, instalacja – to nasz list do świata, próba zbudowania z nim więzi, osobistego porozumienia. Dlatego tak ważne, byśmy mówili własnym, nieskłamanym głosem. Prawdy najprostsze, przeżycia najważniejsze są zwykle najtrudniejsze do nazwania. Znaleźć dla nich odpowiednie słowo, formę, kolor. Wybrać właściwy język, kształt, by wyrazić uczucia i nie popaść w banał. Znaleźć czyste, niefałszywe brzmienie. To program na całe życie – nie tylko dla artystów. Program na swój sposób elementarny, choć przecież niełatwy.
Oddajmy na koniec głos poecie:
„opisz mi czułość
a ja ci powiem
czy będziesz grafomanem
opisz mi szczęście
które cię spotkało i
nieszczęście
które na ciebie spadło
a powiem ci kim jesteśpowiedz mi w wierszu
możliwie krótkim
czym się różni miłość
od nienawiści
powiedz mi
czym się różni
czarny kwadrat od białego
a ja ci powiem
czy będziesz malewiczem
czy tylko ramą do obrazu”
(T. Różewicz, drobne ogłoszenia i wróżby, 2006).
Wiemy to dobrze – nie każdy może być Malewiczem. Ale wszyscy – po obu stronach katedry, czy może raczej sztalug – możemy sobie życzyć, abyśmy ramy naszych dzieł, naszych książek, obrazów, projektów, potrafili wypełnić życiem i prawdą. Żeby ta prawda nie stała się hermetycznym monologiem, niesłyszalnym w hałaśliwym zgiełku świata, ale by zdołała dotrzeć do drugiego człowieka. Żeby zdołała coś zmienić w jego – i w naszym – życiu. Zmienić na lepsze. To będzie już bardzo dużo.
Fragment pochodzi z książki:
Krystyna Czerni
Wydawnictwo Więź
Warszawa 2025






