Część I
Michał Myśliński
Szczytne idee i proza życia, czyli historia spółdzielni ORNO
Pierwsze lata ORNO – sprzęgnąć artystę z rzemieślnikiem
Rodowód ORNO jest o tyle wyjątkowy, że w przeciwieństwie do większości ówczesnych spółdzielni nie powstało ono w wyniku uspołecznienia prywatnych warsztatów pod koniec lat czterdziestych. Spółdzielnia została założona przez grupę artystów plastyków oraz rzemieślników w 1949 roku, a na jej czele stanął Romuald Rochacki.
Buchalter z pasją



Romuald Rochacki, Łyżeczka do cukru, wytwórnia ORNO | 1951-1962, zbiory Muzeum Warszawy
Urodzony w 1904 roku Rochacki to postać nietuzinkowa. Przed wojną pracował jako buchalter w Warszawskim Banku Kredytowym, a jednocześnie amatorsko tworzył biżuterię i ozdoby dla najbliższych. Jako samouk chętnie wspomagał się technicznymi poradami i uwagami zaprzyjaźnionych plastyków i złotników, uczył się także na własnych błędach. Inspirowały go powszechnie wówczas cenione realizacje Georga Jensena, duńskiego projektanta i twórcy biżuterii i galanterii użytkowej. Zdobyte wówczas umiejętności pozwoliły Rochackiemu przetrwać wojnę – trudnił się wówczas rękodzielniczym wytwórstwem drobnych ozdób i galanterii, a tuż po wojnie – i po złożeniu egzaminu czeladniczego w warszawskiej Izbie Rzemieślniczej – podjął współpracę z Wandą Telakowską i kierowanym przez nią Biurem Nadzoru Estetyki Produkcji. Był zarówno konsultantem zgłaszanych tam wzorów, jak i twórcą sprzedającym swoje dzieła. Najprawdopodobniej to ta współpraca legła u podstaw jego nowego zamysłu – w 1949 roku stał się głównym pomysłodawcą założenia w Warszawie spółdzielni ORNO, a funkcję jej prezesa pełnił aż do 1960 roku. Do 1953 roku był także kierownikiem artystycznym – zrezygnował, dopiero gdy rozdzielenie dwóch funkcji wymusiły przepisy Centrali Przemysłu Ludowego i Artystycznego (powszechnie nazywanej Cepelią), której częścią ORNO wkrótce się stało.
Powrót do rzemiosła
Ogromną inspiracją dla samego Rochackiego oraz źródłem ideologicznych podwalin spółdzielni był założony pod koniec XIX wieku w Anglii, między innymi przez Williama Morrisa, ruch Arts and Crafts. Miał on olbrzymi wpływ na odrodzenie rzemiosła, a jego członkowie postawili sobie za cel tworzenie sztuki funkcjonalnej, służącej społeczeństwu, ale wciąż posiadającej wysoki walor estetyczny. Można nawet posunąć się do twierdzenia, że w ORNO próbowano po prostu realizować założenia ruchu, choć trudne powojenne warunki i opresja rodzącego się komunistycznego systemu nie pozwalały na łatwą realizację tego zadania. Artyści i rzemieślnicy musieli dostosować szczytne idee do powojennej rzeczywistości, tym bardziej, że dość szybko, bo już 6 lipca 1949 roku, ORNO weszło w struktury Centrali Przemysłu Ludowego i Artystycznego. (…)
Sprzęgnąć artystę z rzemieślnikiem
Jednym z filarów działalności ORNO miało być to, co założyciele nazywali „sprzęgnięciem artysty z rzemieślnikiem”. Chodziło o zorganizowanie pracy w taki sposób, by artyści – twórcy projektów – ściśle współpracowali z rzemieślnikami, a więc wykonawcami projektów. Takie podejście miało zapewniać ciągłe wzajemne wsparcie w rozwoju: artyści nabyliby umiejętności praktycznych, a rzemieślnicy pielęgnowaliby w sobie wrażliwość na piękno formy i dekoracji wykonywanego przedmiotu.



Jerzy Szkrabko, pierścień, wytwórnia ORNO | 1963, fot. Mikołaj Kalina, Andrei Niakrasau, zbiory Muzeum w Gliwicach
Istniały jednak różnice zdań co do tego, jak w praktyce realizować ów koncept, a w efekcie krótko po włączeniu spółdzielni w struktury Cepelii z ORNO odeszła znaczna większość – przekazy co do ich konkretnej liczby nie są zgodne – jej założycieli, niezgadzających się z kierunkiem wyznaczonym przez Rochackiego – przede wszystkim artystów projektantów. W ORNO pozostali więc niewykształceni rzemieślnicy, często o pochodzeniu robotniczym, niezbyt początkowo zainteresowani ideową podbudową ich pracy. Mariusz Synkowski, autor ważnego tekstu o pierwszych latach spółdzielni, oceniał tę grupę dość surowo – zauważał niechęć wobec artystów plastyków, którą tłumaczył kompleksem niższości, i zarzucał młodym ludziom brak zainteresowań intelektualnych. Zgodnie z jego relacją, byli oni zdecydowanie niechętni szkoleniom i tylko talent organizacyjny Romualda Rochackiego i pedagogiczny Adama Jabłońskiego – jednego z artystów plastyków – sprawiły, że program podnoszenia kwalifikacji w ogóle doszedł do skutku. Trudno jednak dziwić się tej opornej postawie, skoro dokształcanie odbywało się po godzinach pracy, a pracownicy nie otrzymywali za to dodatkowego wynagrodzenia. W dodatku nie mieli żadnej gwarancji, że szkolenia i ich owoce rzeczywiście zwiększą sprzedaż – a więc i zyski dla spółdzielni oraz ich samych.
Ostatecznie kursy rozpoczęły się jesienią 1952 roku, z założeniem, że będzie to proces długofalowy, składający się z pięciu etapów podzielonych dodatkowo na poszczególne zadania techniczno-dydaktyczne. Skierowane były do wszystkich zatrudnionych, nie tylko tych związanych bezpośrednio z produkcją. W zamyśle nawet pracownicy administracyjni i techniczni powinni być w stanie podjąć się projektowania i wytwarzania biżuterii, zgodnie z ideą pracy kolektywnej – tym bardziej, że w ORNO dopuszczano tworzenie zbiorowych projektów dzieł złotniczych.
Część teoretyczna obejmowała wykłady z historii sztuki – w tym dzieje sztuki polskiej i obcej czy historię ornamentów – a także wycieczki szkoleniowe do Krakowa, Gdańska oraz Kazimierza nad Wisłą. Zadania praktyczne początkowo polegały na nauce planowania kompozycji i wykonywaniu prostych ornamentów, by później ewoluować w prace bardziej skomplikowane: opracowanie własnego monogramu czy znaczka pamiątkowego z wybranej miejscowości. Na późniejszych etapach uczestnicy pracowali nad wyrobami zaawansowanymi technicznie jak cygarniczki, pudełka czy ołówki mechaniczne. Celem szkoleń było oczywiście podniesienie kwalifikacji pracowników, jednak w ich trakcie starano się też odkryć naturalne predyspozycje twórców i nauczyć ich wyrażania własnej indywidualności w projektach.
Szkolenia zakończyły się w 1956 roku – co zaskakujące, ku rozczarowaniu początkowo im niechętnych pracowników. (…)
Część II
Paulina Mazurek
Srebrny przedmiot pożądania, czyli o kolekcjonowaniu – i nie tylko
Srebrny przedmiot pożądania
Kiedyś biżuteria spółdzielni ORNO była znakiem rozpoznawczym kobiety nowoczesnej – nosiły ją artystki, żony dygnitarzy, majętne Warszawianki. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych cena jednego przedmiotu potrafiła wynosić równowartość średniej pensji! Nie każdy mógł sobie pozwolić na taki wydatek. Dziś ceny są relatywnie niższe, ale kolekcjonerzy wciąż są skłonni zapłacić nawet ponad dwa tysiące złotych za srebrny pierścionek, a ceny bransoletek, zwłaszcza tych o dużych gabarytach, wahają się między pięcioma a ośmioma tysiącami złotych. Co więc sprawia, że biżuteria z czasów PRL-u jest dziś tak modna i poszukiwana?
Zapewne jest to związane z ogólnym wzrostem popularności PRL-owskiego designu. Do łask i mieszkań wracają szkło, ceramika, meble i inne przedmioty codziennego użytku. Zainteresowanie wpływa na liczbę publikacji na ten temat – pojawia się coraz więcej artykułów, książek, magazynów i grup tematycznych w internecie. Coraz więcej osób poluje też na perełki na targach staroci. Myślę, że ta fascynacja wynika po części z tego, że ludzie odczuwają przesyt słabej jakości przedmiotami, które bardzo szybko się psują, są dostępne na wyciągnięcie ręki, za to w wielu identycznych egzemplarzach, i często stanowią kopie projektów znanych marek.
W modzie na ORNO musi być też element nostalgii. Dla dzisiejszych czterdziesto- i pięćdziesięciolatków PRL to czasy dzieciństwa lub młodości, które mimo niedostatków wspomina się z sentymentem. Czas płynął wówczas inaczej, a wiele z tych osób pamięta biżuterię noszoną przez mamy czy ciocie. Jedna z koleżanek w poście na naszej facebookowej grupie napisała: „Ciotka miała ten wzór pierścionka, ale nigdy nie pozwalała mi go przymierzyć – dlatego teraz go poszukuję”.
Ale design z PRL-u cieszy się popularnością także wśród pokolenia dzisiejszych trzydziestokilkulatków, wychowanych wśród mebli z IKEI. Doceniają oni jakość i kunszt dawnych wyrobów, choć tamte czasy kojarzą im się głównie z opowieściami o szarzyźnie bloków z wielkiej płyty, kartkach na żywność i pustych sklepowych półkach. Projekty sprzed lat oferują większą różnorodność form, kontrastującą z popularnym dzisiaj minimalizmem – do wyboru mamy projekty brutalistyczne, futurystyczne, geometryczne czy ludowe – w ORNO można znaleźć nawet broszkę wyprodukowaną z okazji pięćsetnej rocznicy urodzin Mikołaja Kopernika czy srebrną „warszawską” bransoletkę, wykonaną przez Julię Szefer. Umieszczono na niej motywy związane ze stolicą, w tym tak zwane gmerki mieszczańskie. Jest duża, kuta, ma oryginalny wzór i została wyprodukowana w niewielu egzemplarzach, co sprawia, że dziś stanowi przedmiot pożądania, a jej wartość rynkowa sięga ponad ośmiu tysięcy złotych.
To prowadzi nas do kolejnego zagadnienia: na zainteresowanie wpływają też mechanizmy rynkowe, w tym specyfika rynku antykwarycznego. Przedmiotów jest ograniczona liczba i więcej ich nie będzie – ORNO definitywnie zakończyło działalność, wiele wzorów powstało w niewielu egzemplarzach, a duża część biżuterii została przetopiona. Nie ma cienia szansy na wznowienie produkcji ze względu na zniszczenie archiwów spółdzielni i wyprzedaż jej majątku w 2003 roku, a także upadek spółki Ornament, która miała kontynuować jej działalność. Kolejny powód to wiek pracowników – nawet jeżeli zaczynali pracę jako bardzo młodzi ludzie, dziś są już na emeryturze i biżuterię wykonują jedynie hobbystycznie.
Mamy więc historyków sztuki, którzy traktują biżuterię jako przedmiot badań, kolekcjonerów, którzy monitorują rynek w poszukiwaniu upragnionych egzemplarzy, oraz tych, którzy żyją ze sprzedaży biżuterii. Każda z tych grup patrzy na wyroby ORNO z innej perspektywy, inspirują się nawzajem, ale też wpływają na podaż oraz popyt, ustalają trendy, popularność i wartość poszczególnych egzemplarzy. Dziś bardziej liczy się cena, jaką jesteśmy w stanie zapłacić za dany przedmiot, niż jego wartość oszacowana na podstawie materiałów, z których został wykonany. Niektóre modele stają się obiektem pożądania ze względu na oryginalny design i niewielką liczbę powieleń. Są też egzemplarze, które są po prostu modne – nawet jeśli obiektywnie nic ich nie wyróżnia.
W specyficzny sposób funkcjonuje także rynek antykwaryczny: rzadkie wzory nie pojawiają się na portalach aukcyjnych, ponieważ większość sprzedawców ma swoich stałych klientów, którym oferują towar bezpośrednio. Ograniczenia w dostępności tej biżuterii i trudność w oszacowaniu, ile jeszcze egzemplarzy może być dostępnych na rynku, drastycznie podbijają ceny.
Względy uczuciowe
Ważną kwestią, choć powszechnie niedocenianą, są indywidualny gust i emocje, jakie budzi ta biżuteria. Dla mnie to najstarsze wyroby ORNO – te archaizujące, „kowalskie” i toporne – mają najwięcej uroku. Wyobrażam sobie proces twórczy: wycieczki po zrujnowanej Warszawie, szkicowanie ocalałych fragmentów zabudowy miasta, takich jak kraty czy fasady budynków. Jako jedne z pierwszych powstały broszki ze szprych rowerowych. Cała historia ORNO ma w sobie magię, jest jak scenariusz filmu. Jego głównym bohaterem byłby charyzmatyczny założyciel spółdzielni, Romuald Rochacki. Ekonomista, pasjonat i jubiler amator, który pierwsze ozdoby tworzył podczas wojny dla żony. W mieście niemal obróconym w ruinę zaczął produkować biżuterię i odniosła ona sukces. Zapisana jest w niej historia odbudowy stolicy, dlatego uwielbiam pamiątkowe warszawskie wyroby ORNO: małe srebrne przypinki z syrenką i literą „W”, w zamyśle suweniry, czy modele z motywem syrenki.



Aleksander Łącki, broszka z wizerunkiem Syreny, wytwórnia ORNO | między 1952 a 1963, zbiory Muzeum Warszawy
Często myślę też o poprzednich właścicielach przedmiotów, które kupuję. Biżuteria – noszona blisko ciała, niejednokrotnie wręczana na specjalne okazje – ma w sobie coś intymnego. Kim były właścicielki ozdób z mojej kolekcji? Czy oszczędzały na zakup wymarzonego pierścionka, czy też otrzymały go z jakiegoś wyjątkowego powodu? Nasuwają się też pytania: dlaczego ktoś, kto posiadał ten przedmiot, zdecydował się na sprzedaż? Czy więzi rodzinne nie były wystarczająco silne, by biżuteria przypomniała o osobie, której już nie ma? A może do sprzedaży zmusiły właścicielkę względy materialne? Wysoka inflacja sprawiła, że na rynek trafiło sporo biżuterii do tej pory przechowywanej w szufladach, głównie przez starsze pokolenie. Możliwe, że rosnące koszty życia zmusiły kogoś do rozstania się z nawet najładniejszą i najbardziej unikatową biżuterią ORNO. Choć raczej się już tego nie dowiem, obcowanie ze starymi przedmiotami sprawia, że więcej – i głębiej – myślimy o rzeczach, które posiadamy.
*ilustracje nie pochodzą z książki


Paulina Mazurek, Michał Myśliński
ORNO. Historia i drugie życie PRL-owskiej biżuterii »
Wydawnictwo Marginesy
Warszawa 2026































