O czym chcesz poczytać?
  • Słowa kluczowe

  • Tematyka

  • Rodzaj

  • Artysta

Był sobie król… Poczet Jagiellonów



JADWIGA
1374 – 1399, król polski od 1384

Jak sójka za morze

Królową Polski po śmierci ojca miała zostać starsza córka Maria (najstarsza Katarzyna zmarła w dzieciństwie), ale Węgrzy byli szybsi i zagarnęli Marię dla siebie, a Polacy chcieli mieć własnego króla. Poza tym jedni i drudzy nie lubili jej narzeczonego, Zygmunta Luksemburskiego, podówczas margrabiego brandenburskiego, a już najmniej przyszła teściowa. Za jej namową Polacy nie zaprzysięgli wierności Marii, a Zygmunta nie wpuścili do Krakowa, gdyż „byli zniechęceni do margrabiego Zygmunta za to, że bardziej popierał Czechów niż Polaków i pozwalał ich wyrzucać z komnaty, kiedy siadał do posiłku”, jak napisał oburzony Jan Długosz w imieniu głodzonych i obrażanych rodaków.

W zamian Elżbieta Bośniaczka obiecała Polakom młodszą córkę, Jadwigę, ale zwlekała z przysłaniem jej do Polski. Zniecierpliwieni długim czekaniem Wielkopolanie zaczęli się buntować i przemyśliwać nad innym kandydatem do tronu. Interesów Andegawenów bronił starosta wielkopolski Domarat z Pierzchna z rodu Grzymalitów, który zawdzięczał stanowisko ocaleniu wielu Węgrów podczas krakowskiego pogromu. Zaś na czele buntowników stanęli czystej wody warchoł Bartosz z Odolanowa oraz wojewoda poznański Wincenty z rodu Nałęczów. I tak doszło do niesławnej wojny Grzymalitów z Nałęczami, którzy pospołu dali w ten sposób jawny dowód, że Polska pod niektórymi względami dogoniła już Europę Zachodnią, a nawet ją prześcignęła, jako iż słynna angielska Wojna Dwóch Róż między Yorkami (Biała Róża) a Lancasterami (Czerwona) wybuchła dopiero w następnym stuleciu. Obie strony na wyprzódki uganiały się po Wielkopolsce, pustosząc ją dokumentnie i mordując się z wielkim upodobaniem. Obie też używały zawołania bojowego: Maria! Maria!, tylko nie bardzo wiadomo, o kogo im szło. Grzymalitom zapewne o Marię Andegawenkę, ale Nałęcze raczej wciągnęli do awantury Matkę Boską, a swoim kandydatem na króla Polski uznali 17-letniego Piasta mazowieckiego, Ziemomysła IV (Semka).

animowany-krol

Kiedy zatem pojechano do Sącza witać Jadwigę, wtedy Nałęcze, których popierał arcybiskup Bodzanta (też Nałęcz), uknuli plan porwania Jadwigi, by zmusić ją do ślubu z Semkiem. W tym celu zamierzali opanować Kraków. Ale sprawa się wydała i gdy Bodzanta wraz z dowodzonym przez Bartosza z Odolanowa oddziałem 500 zbrojnych, wśród których pod postacią prostego rycerza ukrywał się książę Semko, zbliżył się do stolicy, zatrzaśnięto przed nimi bramy. Jak niepyszni cofnęli się więc i zaczaili za miastem.

Jednak Jadwiga nie przybyła wówczas do Polski, więc buntownicy udali się do Gniezna. A gdy mieszkańcy nie wpuścili tam nawet swego arcybiskupa, całe towarzystwo pociągnęło do Sieradza, gdzie obwołało Semka królem w kościele dominikanów i osadziło na wysokim krześle, lecz nie mogło go koronować, gdyż insygnia wciąż były na Węgrzech. Wsadzono mu więc na głowę zwykły diadem. Na dodatek arcybiskup nareszcie poszedł po rozum do głowy i nie namaścił kandydata. Zaś Małopolanie ściągnęli z Węgier posiłki na czele z Zygmuntem i pogonili rebeliantów na Mazowsze. A Grzymalici z Nałęczami z powrotem wzięli się za łby na całego, bo znów nie mieli nic lepszego do roboty.

Tymczasem Elżbieta Bośniaczka, równie piękna jak niemądra (chociaż chyba nie blondynka), za to intrygantka jak się patrzy, siedziała sobie w Raguzie (Dubrowniku) w Dalmacji (dziś Chorwacja) i ani myślała o oddaniu Polakom Jadwigi, która, niebożę, wybierała się do Polski jak sójka za morze. Udała się więc do niej delegacja Małopolan na czele ze starostą krakowskim Sędziwojem z Szubina i kasztelanem sandomierskim Jaśkiem z Tarnowa. Nie chcąc oddać dziewczynki, niesłowna Elżbieta aresztowała Sędziwoja w Zadarze, a wiernego sobie Jaśka wysłała do Krakowa, aby wpuścił na Wawel załogę węgierską. Jednak sprytny Sędziwój uciekł z niewoli i korzystając z rozstawnych koni, których nogi smarowano ponoć rewelacyjnym środkiem ze szpiku z jelenich goleni, pobił rekord świata, docierając do Krakowa w 24 godziny i robiąc w tym czasie 60 mil węgierskich czyli 600 kilometrów! Jeśli wierzyć Jankowi z Czarnkowa, to ten wynik nadaje się do księgi Guinnessa, bowiem nie przebywano wówczas więcej niż 120 km na dobę. Ostrzeżeni Małopolanie zamknęli drogę i nie wpuścili do Polski Węgrów prowadzonych przez Zygmunta.

Złość Polaków na Elżbietę była wielka, lecz tron dla Jadwigi uratował zakochany w pewnej Węgierce Spytko z Melsztyna, który popędził na Węgry i nareszcie zdołał namówić Bośniaczkę, by przysłała Jadwigę do Polski przed końcem 1384 r. Jakoż i jesienią wyruszył do Krakowa okazały orszak, na którego czele 10-letnia dziewczynka, półsierota, wyruszała, by objąć tron w obcym sobie kraju.

Nieszczęsna królewna już wkrótce została całkowitą sierotą. Oto bowiem Zygmunt, zniecierpliwiony długim narzeczeństwem i niechęcią teściowej, przymusił Marię do małżeństwa. Ale wtedy najechał Węgry król Neapolu Karol de Pace i koronował się na króla Węgier, a Zygmunt zmykał przed nim na piechotę tak szybko, że mało ciżem nie pogubił. Jednak Karol wkrótce zginął z ręki mordercy nasłanego nań przez Elżbietę, która ponoć tak zagrzewała zabójcę:
– „Tnij dobrze, Forgacz! Dostaniesz Gumes i Gacz!”

Jednak zwolennicy zamordowanego Karola schwytali Elżbietę i zgładzili ją na oczach córki Marii. Przybyły na pomoc Zygmunt nie zdołał uratować teściowej. I tak na wszystkich intrygach Elżbiety najlepiej wyszedł Zygmunt Luksemburski, który już bez przeszkód został królem Węgier, ale choć w sumie zdobył aż 5 koron, w tym cesarską, to nigdy nie dostał tej pierwszej, polskiej, na którą miał wielką chrapkę. Nigdy też tego despektu nie zapomniał Polakom i przez całe życie był im wrogiem.

Dziecięce śluby

Kończące się powoli średniowiecze był to taki czas, gdy przy urodzinach królewien i królewiczów już nie asystowały wróżki i czarodzieje, ale brakowało jeszcze urzędników stanu cywilnego, jako że biurokracja sama była dopiero w powijakach. Nawet oseskom z rodów panujących nie wystawiano metryk urodzenia czy choćby chrztu. Dlatego nie jesteśmy pewni daty urodzin najmłodszej córki Ludwika i dawniej postarzano ją o trzy lata.

Dziś przyjmuje się, że Jadwiga przyszła na świat 18 lutego 1374 r. Ponieważ rodzice bardzo długo czekali na potomstwo, narodziny każdej z trzech córek napawały ich wielką radością. Mieli też wobec nich ambitne plany i każdej chcieli zapewnić jakieś królestwo. Dziwne więc, że tata wybrał Hedwiżce na narzeczonego mało znaczącego księcia austriackiego, Wilhelma Habsburga, chyba że proroczo przewidział, iż Habsburgowie staną się z czasem jedną z najpotężniejszych dynastii europejskich.

Baśnie przyzwyczaiły nas, że piękne królewny same wybierały sobie mężów, najlepiej równie pięknych królewiczów, dzielnych rycerzy, ewentualnie zwykłych szewczyków, byle przystojnych. Średniowieczna rzeczywistość wyglądała nieco inaczej. Nikogo nie obchodziły uczucia młodych, o wszystkim decydowali rodzice, mający na względzie dobro rodu i państwa. Zaręczano dzieci kilkuletnie, a za zdatnych do małżeństwa uważano chłopców 14-letnich i dziewczęta 12-letnie.

Jadwigę zaręczono z Wilhelmem, gdy narzeczona miała cztery lata, a narzeczony osiem. Uroczyste zrękowiny odbyły się w austriackim (rakuskim, jak wtedy mówiono) Haimburgu w „dniach ostatniej pieśni słowika”. Arcybiskup Dymitr w obecności wielu dostojnych świadków tej swadźby „w pontyfikalne szaty przyodzian, związał w kościele parafialnym z przynależną solennością ręce dzieciom obojgu”, po czym nastąpiła niby-weselna uczta i tańce do późnej nocy, a wreszcie kulminacyjny moment każdych, nawet takich wstępnych zaślubin – pokładziny. Młodą parę zaprowadzili do alkowy i „ułożyli ją obok siebie”. Nazajutrz odbyły się równie huczne poprawiny, acz odpowiednia umowa czyli intercyza stwierdzała, że prawdziwe małżeństwo ma zostać zawarte za 5 lat. Taki dziecięcy ślub nie był bowiem ważny i można jeszcze było się „rozżenić”, acz nie bez kłopotów, bowiem chodziło także o pieniądze. Ustalono mianowicie, że Jadwiga wniesie w posagu 200 000 czerwonych złotych, a przyszły teść Leopold wywianuje ją taką samą sumą.

Po zaręczynach młodzi stali się zakładnikami – Jadwiga pojechała do Wiednia, Wilhelm do Budy. Ona miała się uczyć obyczajów i języka niemieckiego, on – węgierskiego.

Wiedeń ówczesny był prowincjonalną, niezbyt sympatyczną mieściną, a jeszcze mniej sympatyczny był przyszły teść Jadwigi, Leopold. Dużo milszy był jego starszy brat Albrecht, nieudacznik i dziwak, który wynalazł harcap, czyli męski warkocz i dlatego wołano nań Albrecht „z warkoczem”. Zdaje się, że mała Jadwisia zaprzyjaźniła się z nim, a może nawet słuchała, razem z Wilhelmem, opowieści nadwornego poety Suchenwirta o wyprawie Albrechta na Litwę na zaproszenie Krzyżaków, o strasznych dziwach w tych dzikich stronach i jeszcze dzikszych Litwinach. Wilhelm i Jadwiga często się odwiedzali, on przyjeżdżał do niej i odwrotnie, dlatego bardzo się polubili. Śmierć Ludwika zastała oboje w Budzie, a życzeniem umierającego było, by młodsi panowali na Węgrzech, a Maria z Zygmuntem w Polsce, ale wszystko potoczyło się inaczej.

Kiedy Polacy upomnieli się o Hedwiżkę, dziewczynka nie miała jeszcze 10 lat, lecz już była prawdziwą panienką z dobrego domu. Urodziwą, muzykalną, pobożną a równocześnie pełną temperamentu i wykształconą. Zapewne uczyła się historii, geografii, gramatyki i retoryki oraz języków. Czytała i pisała po łacinie, znała węgierski, niemiecki, włoski i właśnie zaczęła uczyć się polskiego. Wychowawców i nauczycieli dobierał córkom sam tata, byli wśród nich najwybitniejsi węgierscy uczeni. Wzięła zatem Jadwisia od rodziców to, co najlepsze: od mamy urodę, od ojca rozum.

Jak królewna została królem

Na początku października 1384 r. wspaniały orszak przekroczył polską granicę. Mała królewna jechała karocą w otoczeniu świty dwórek i dworzan oraz zastępu rycerzy węgierskich pod wodzą kardynała i kanclerza węgierskiego, Dymitra. Na ładownych wozach wieziono wspaniały posag królewski w złocie, srebrze, naczyniach, tkaninach, klejnotach, perłach i dywanach. W przygranicznym Sączu nastąpiło powitanie z polskimi rycerzami i ich małżonkami, po czym całe towarzystwo pociągnęło do Krakowa prastarym traktem, który wcześniej przemierzyła Kinga, a obie zapewne nie podejrzewały, że zaprowadzi je prosto ku świętości, bo jednak nie każdemu, kto przybywał do Polski z Węgier, to się przytrafiało.

Legenda podkrakowska powiada, że zmierzch zastał orszak na ostatnim wzniesieniu przed stolicą. Przerwano więc podróż i zanocowano w osadzie smolarzy, którzy czym chata (a raczej puszcza) bogata podjęli królewnę. Nazajutrz, podziwiając rozciągający się w dole widok Krakowa, Jadwiga nazwała ową osadę Górką, a dla jej mieszkańców wyjednała potem u biskupa krakowskiego, Jana Radlicy, prawo obsługiwania katedry wawelskiej. Odtąd w dzwony katedry bili i wykonywali inne posługi świątnicy z owej Górki, którą zaczęto nazywać Świątnikami Górnymi. Znajduje się tam też skała zwana Kopytko z wgłębieniem w kształcie podkowy; wedle podania jest to odcisk kopyta wierzchowca królowej Jadwigi.

A królewna podążyła dalej i przez cysterską wieś Kurdwanów dotarła do podkrakowskich Krzemionek, gdzie na Górze Lasoty doszło do spotkania z krakowskimi mieszczanami, po czym cały już teraz ogromny tłum podążył przez Kazimierz na Wawel do wtóru radosnej muzyki, występów kuglarzy i wiwatów.

Polacy tak byli wyposzczeni długim dwuletnim oczekiwaniem na swoją królewnę, że nie dali jej nawet odpocząć po męczącej podróży i zaraz po przyjeździe, 16 października, dzień po jej imieninach, koronowano dziesięcioipółletnią królewnę na króla Polski, bo to ona była dziedzicem królestwa i tylko jej potomstwo miało prawo do korony w przyszłości. Ceremonii na Wawelu przewodniczył arcybiskup Bodzanta, któremu wybaczono spiskowanie z Semkiem, byli też obecni dwaj biskupi węgierscy i kilku polskich, w tym krakowski Jan Radlica, ów słynny ulubiony lekarz Ludwika, którego Jadwiga znała wcześniej i bardzo lubiła. Ponoć w tłumie dostojników świeckich i duchownych, zapełniających katedrę, znajdował się też brat księcia litewskiego Jagiełły, Skirgiełło.

Ponieważ polskie insygnia wciąż znajdowały się na Węgrzech, Jadwigę koronowano przypuszczalnie albo koroną jej prababki Jadwigi Łokietkowej, albo diademem z liliami andegaweńskimi, który otrzymała w spadku po babce Elżbiecie.

Nazajutrz, zgodnie z tradycją, udała się na rynek krakowski, odebrać hołd od mieszczan. Wiwatom na cześć młodocianego króla-dziewczyny nie było końca, widziano w niej bowiem nie Węgierkę, ale swojaczkę, Piastównę po kądzieli.

O koronacji Jadwigi nie napisał już Janko z Czarnkowa, odnotowawszy bowiem dla potomności rekordowy bieg Sędziwoja, stracił zainteresowanie dla spraw bieżących, ostatnie trzy lata życia poświęcając spisywaniu znacznie odleglejszych dziejów.

O prawdziwej miłości

Możnym panom małopolskim, którzy trzęśli krajem ze szkodą dla reszty szlachty i innych stanów, panieństwo Jadwigi było bardzo na rękę. Zaczęli więc rozglądać się za kandydatem na jej męża, który oferowałby im najlepsze warunki. Wilhelm Habsburg miał kiepskie notowania i niewielu zwolenników. Należał do nich Gniewosz z Dalewic, który dzięki temu wkradł się w łaski Jadwigi. Jadwiga bowiem, choć musiała się zgodzić na to, że męża wybiorą jej Polacy, wciąż miała nadzieję na bajkowy happy end swej przyjaźni z Wilhelmem.

Tymczasem od pewnego czasu trwały już sekretne rozmowy panów krakowskich z potężnym księciem litewskim Jagiełłą. Możnowładcom polskim na myśl o wielkich nadaniach ziemi czekającej na nich na wschodzie aż ślinka ciekła po brodach. I nie wadziło im bynajmniej, że Jagiełło był trzy razy starszy od Jadwigi, ani to, że zatwardziały z niego poganin – byli gotowi na takie poświęcenie. Króla Jadwigi nikt o zdanie nie zamierzał pytać.

Na początku 1385 r. Jagiełło wysłał zatem do Krakowa dziewosłębów na czele z rodzonym bratem Skirgiełłą, który tak przemówił do Jadwigi:
– „Racz Wasza Miłość królewska przyjąć Wielkiego Księcia Litwy za małżonka swego. Wielki Książę Jagiełło wraz ze wszystkimi braćmi swymi i całą szlachtą życzy sobie przyjąć wiarę katolicką w Świętym Kościele rzymskim. Nad którym to dziełem pracowało wielu cesarzów i książąt przeróżnych, aż dopiero Waszej Królewskiej Mości zachował Bóg wszechmogący tę sławę”.

Nadto w imieniu swego pana obiecywał odzyskać stracone polskie ziemie, spłacić roszczenia Wilhelma (200 000 florenów), zwrócić polskich jeńców wojennych obojga płci oraz wcielić na zawsze Litwę i Ruś do Korony Królestwa Polskiego.

Nieszczęsna 11-letnia królowa zasłoniła się ślubem z Wilhelmem i, grając na zwłokę, odesłała posłów do matki. Ale warunki przedstawione przez Litwinów olśniły nie tylko Polaków, lecz i papieża, zatem Elżbieta też wyraziła swą zgodę. Zrozumiała więc Jadwiga, wedle Długosza „już wtedy pobożna i sławie świątobliwości przychylna”, że nie można walczyć z przeznaczeniem. Popędzili tedy polscy posłowie na Litwę i w sierpniu 1385 r. w Krewie Jagiełło na piśmie zatwierdził ustalone wcześniej warunki unii Polski z Litwą.

Tymczasem niestała Elżbieta pod naciskiem Leopolda austriackiego zmieniła zdanie i poparła starania Wilhelma, więc uradowana Jadwiga posłała Gniewosza z Dalewic po narzeczonego. I kiedy na Litwie trwały układy, Wilhelm z wielkimi skarbami i świetnym orszakiem stanął u bram Krakowa. Jednak kasztelan krakowski Dobiesław z Kurozwęk nie wpuścił go na zamek, więc Wilhelm znalazł kwaterę w miejskiej gospodzie. Miał 15 lat i „nadobną fizjonomię”, był poważny, stateczny, spokojny (nie lubił wojen ani rycerskich pojedynków), „cnotliwych obyczajów”, a do dam odnosił się z najwyższą galanterią, zresztą o jego charakterze najlepiej świadczy przydomek – Uprzejmy.

Nie dziwota więc, że w Jadwidze odżyła dawna sympatia do towarzysza zabaw dziecięcych. A jako osóbka stanowcza, nie dała się zatrzymać na zamku. Gościnni franciszkanie podejmowali oboje młodych i ich orszaki w refektarzu czyli jadalni swego klasztoru. Odbywały się tam ponoć nawet uczty z tańcami. Nie wiemy tylko, czy zgodnie z ówczesnymi zwyczajami, młodzi jedli z jednej misy i trącali się nogami pod stołem, bo byłby to objaw bardzo bliskiej zażyłości. Ale chyba jednak nie, bo na to Jadwiga była jeszcze zbyt młoda, a poza tym pobożni braciszkowie pilnowali, by nie zdarzyło się u nich nic gorszącego. Tak czy siak, młodzi odnowili starą znajomość i polubili się jeszcze bardziej.

Jak brama odgrodziła zakochanych

Chociaż Jadwiga była jeszcze dzieckiem, to Wilhelm, w świetle średniowiecznego prawa, „doszedł już lat sprawnych” i do żeniaczki był gotów jak najbardziej. Wiedział też doskonale, mimo iż był młodzieńcem szlachetnym i wcale nie interesownym, że gra idzie nie tylko o rękę najpiękniejszej panny w Europie, ale i o całkiem spore królestwo. Musiał więc doprowadzić do prawdziwego małżeństwa, a to mogło się dokonać tylko na zamku. Gniewosz z Dalewic wpuścił więc ukradkiem na Wawel Wilhelma z orszakiem, bowiem wesele musiało się odbyć z należnym ceremoniałem, a doradca i powiernik Jadwigi, Piotr Wysz, urządził w komnatach królowej ucztę weselną. Lecz sprawa w porę się wydała i „gdy Wilhelm onejże nocy miał się udać na spoczynek z królową – napisał kronikarz wiedeński Paltram – chcieli go zamordować wielmoże i dostojnicy, przeto za namową królowej potajemnie uszedł i nigdy już potem nie wrócił”. A inna kronika austriacka dodaje: „Jadwiga księcia Wilhelma z komnaty w koszu na sznurach spuściła”. Od tej pory na zamku wzmocniono straże.

Jadwiga i wilhelm

fot. materiały wydawcy

Jednak uparty Wilhelm wcale nie opuścił Krakowa, tylko czekał na następną okazję. Tymczasem gruchnęła wieść, że Jagiełło wyruszył do Polski i jest już w Lublinie. Widząc, że czasu zostało niewiele, energiczna Jadwiga postanowiła uciec z Wawelu do Wilhelma.

Imaginacja 3
Widząc, że przed główną bramą czuwają strażnicy, sprytna Jadwiga podążyła do mniejszej furty południowej, przy baszcie Lubrance, ale i tu stała warta. Rozzłoszczona królowa kazała sobie otworzyć furtę.
– „Nie wolno” – odparła straż.
– „Kto zabronił?”
– „Panowie”.
– „I mnież zabronią, królowej?! Podajcie topór!”
Ponieważ tego nie zabroniono, przestraszeni gniewem władczyni strażnicy podali jej topór. Chwyciła go i uniosła z trudem, lecz złość dodała jej sił. Zaczęła rąbać aż sypały się wióry.
– Trzeba rąbać koło zawiasów, będzie szybciej, Wasza Królewska Mość – poradził życzliwie strażnik.
– Lepiej walić w zamek, Wasza Królewska Mość – dodał drugi.
A trzeci, najbystrzejszy, pobiegł po starego sługę Ludwika, podskarbiego Dymitra z Goraja herbu Korczak. Zacny Rusin przybiegł zdyszany i dalejże prosić królową, aby odstąpiła od furty. Ale Jadwiga go nie słuchała i rąbała dalej.
– Najjaśniejsza Pani! – zawołał wreszcie w najwyższej rozpaczy. – Czy to się godzi, aby dama zamiast toczonych ramion miała ręce muskularne jak drwal? O, już widzę, jak Waszej Królewskiej Mości rosną bicepsy!
– Doprawdy? – spytała Jadwiga, podejrzliwie zerkając na swoje piękne ramiona i choć rąbała nadal, to jakby z mniejszym zapałem.
– A piękne liczko Waszej Królewskiej Mości czerwone jak, nie przymierzając, burak. Włosy zaś rozczochrane jakby w nie piorun strzelił. A fe! – ciągnął Dymitr. – Złość piękności szkodzi. Gdyby cię, Najjaśniejsza Pani, w tym stanie zobaczyli pielgrzymi, którzy tylko dla podziwiania twej sławnej urody zjeżdżają z całej Europy do Krakowa, nasze wpływy z turystyki zmalałyby bardzo. Nie mówiąc o tym, że obsmarowaliby cię po wszystkich dworach.
– Doprawdy? – spytała Jadwiga przeglądając się w kałuży i opuściła topór, ale go jeszcze nie odstawiła.
– No, a weźmy tę bramę – kuł Dymitr żelazo póki gorące. – Co będzie jak ją całą porąbaną zobaczy ten Litwin Jagiełło? Pomyśli, że trafił do jakiejś rudery, a nie na zamek królewski…
– Doprawdy?- spytała Jadwiga, spoglądając krytycznie na pokiereszowaną furtę.
Odłożyła topór i dała się odprowadzić Dymitrowi do komnat, rzucając na odchodnym:
– A naprawić mi zaraz tę bramę, ma wyglądać jak nowa!

Podobno, jak napisał Długosz, Jadwiga przy pomocy topora usiłowała sobie utorować drogę, ale podskarbiemu Dymitrowi udało się jakoś uśmierzyć jej gniew, choć nie wiemy, jakich argumentów użył. Może po prostu zwyciężył zdrowy rozsądek Jadwigi.

Ponieważ nie miała przy sobie matki, u Boga szukała pociechy w swym smutku z powodu złamanego serca. Dlatego codziennie, w dzień, a czasem w nocy, przychodziła do katedry wawelskiej i prosiła o radę Czarnego Chrystusa rozpiętego na wielkim krzyżu. Błagała go, by dał jej siłę poświęcić własne szczęście w imię uratowania dla chrześcijaństwa całego narodu litewskiego. I podobno Jezus z krzyża wyciągnął nad nią rękę i odezwał się w te słowa:
– „Exaudita est oratio tua” – czyli „wysłuchane zostały twoje prośby”.
Pokrzepiona, z mniejszą już obawą czekała na swego nowego (acz starszawego) oblubieńca.

Piękna i bestia

Jadwigę dręczyła jeszcze jedna obawa – jak wygląda Jagiełło. Litwę bowiem w tamtych czasach wyobrażano sobie jako dziki i mroźny kraj leżący tam, gdzie diabeł mówi dobranoc. Litwini zresztą od diabłów mieli się różnić nieznacznie, może o tyle tylko, że obyczajów byli jeszcze grubszych, a na ciele bardziej obrośnięci i pod tym względem do niedźwiedzi bardziej podobni. Już w dzieciństwie dość się o nich nasłuchała od Albrechta „z warkoczem”, a zwolennicy dwornego Wilhelma jeszcze postać Jagiełły zohydzali w oczach przestraszonej panienki: że stary i pomarszczony, brzydki jak nieszczęście, dzikus i skrytobójca, który kazał zabić rodzonego stryja Kiejstuta. Krzyżacy zaś obsmarowywali Jagiełłę jako kosmatego „pogańskiego psa Jagala”.

Chcąc być przynajmniej przygotowana na wstrząsający widok potwora i nie zemdleć nieprzystojnie podczas publicznej prezentacji, wysłała zaufanego dworzanina Zawiszę Czerwonego z Oleśnicy na spotkanie z Jagiełłą „polecając, by go oglądnął, jego urodę i postawę, wrócił jak najszybciej i opowiedział dokładnie o jego urodzie, sylwetce i obyczajach i by się wystrzegał przyjmowania jakiegoś podarunku od księcia Jagiełły”. Kopnął się zatem w drogę Zawisza nie zwlekając i zastał Jagiełłę w Sandomierzu.

Imaginacja 4
Uśmiechnął się pod nosem Jagiełło, bo jako człek bystrego umysłu od razu domyślił się, z jaką sekretną myślą Jadwiga przysłała Zawiszę. Zaprosił więc posłańca królowej do wspólnej kąpieli w łaźni. Na widok sauny Zawisza skrzywił się lekko, co nie uszło uwagi Litwina.
– Cóż to, pośle, łaźnia ci dziwna? Słyszałem, że już Ibrahim ibn Jakub, arabski podróżnik z Hiszpanii, w czasach waszego Mieszka I opisywał słowiańskie banie, zwąc je „istbami”. A Bolesław Chrobry zapraszał do łaźni swych wielmożów.
– To było dawno, od tej pory nasze obyczaje znacznie się ucywilizowały – odparł Zawisza wyniośle.
Jagiełło wzruszył ramionami.
– Jak sobie chcesz, ja wchodzę.
Ponieważ był początek lutego i mróz siarczysty, Jagiełło nosił kożuszek i czapkę, więc poseł nie mógł mu się dobrze przyjrzeć, więc rad nierad wśliznął się za księciem do łaźni, gdzie od rozgrzanych kamieni, obficie zlewanych wodą, buchały kłęby pary.
– A, jesteś – zauważył go Jagiełło, oddając łaziebnemu czapkę.
Zawisza wytrzeszczył oczy aż do bólu, aby nie przegapić diabelskich rogów, choćby najmniejszych. Ale na skroniach księcia nie było nic, nawet włosów, bowiem Jagiełło już wtedy miał „wysokie czoło”, a z czasem łysiał coraz bardziej.
– Na co czekasz, rozbieraj się – rzekł Jagiełło oddając łaziebnemu kolejne części garderoby.
– Dziękuję, kąpałem się na Boże Narodzenie, a do Wielkanocy jeszcze sporo czasu – podziękował grzecznie Zawisza.
– Ja tam kąpię się najdalej co trzeci dzień, a jak się da, to i codziennie – oznajmił Litwin.
– Czyste barbarzyństwo – mruknął cicho Zawisza z wyższością właściwą człekowi kulturalnemu w obecności dzikusa, a na głos powiedział: – Nasz kraj jest od wieków chrześcijański i inne tu obyczaje.
– Co kraj, to obyczaj – zgodził się Litwin i zdjął koszulę, całkiem się obnażając.
Zawisza z ulgą zauważył, że książę nie jest bynajmniej obrośnięty jak niedźwiedź, brakuje mu też ogona właściwego diabelskim pomiotom. A gdy Jagiełło, włażąc do balii, stanął przodem do posłańca, ten mógł z całkowitą pewnością donieść swojej pani, że oblubieniec nie ma wprawdzie rogów, kudłów i ogona, ale poza tym nie brakuje mu niczego.
Po kąpieli golibroda golił Jagiełłę brzytwą, przystrzygał mu włosy nożyczkami i przyczesywał grzebieniem z kości słoniowej, które to higieniczne akcesoria książę zawsze nosił przy sobie, a tymczasem poseł ociekał potem, bowiem robiło się coraz goręcej, on zaś był okutany po szyję. Zaczęło go kręcić w nosie i kichnął potężnie.
– Na zdrowie – powiedział Jagiełło i podał posłowi lnianą chusteczkę, których zawsze miał przy sobie spory zapas.
– Co to? – zdziwił się Zawisza na widok kolejnego dziwactwa.
– Chustka do nosa.
– Królowa zabroniła mi przyjmować podarki – wzdrygnął się wysłannik i obyczajnie wytarł nos w rękaw, po czym zaczął niespokojnie rozglądać się za wyjściem.
A ponieważ woniał coraz intensywniej i spełnił już swą misję, Jagiełło pozwolił mu się oddalić. Zawisza w te pędy udał się do swej pani, uspokoić ją, że wygląd księcia jest w zupełnym porządku, natomiast cokolwiek dzikie obyczaje pod wpływem chrześcijańskiego otoczenia powinny się z czasem ucywilizować.

jagiello w lazni

fot. materiały wydawcy

„Książę Jagiełło – kontynuował swą opowieść Długosz – będąc pewny, że królowa wysłała do niego posła celem poznania jego urody i budowy ciała, o której fałszywa opinia powszechnie twierdziła, że jest szpetna, przyjął posła uprzejmie i życzliwie. A żeby lepiej zobaczył nie tylko jego postać, ale i poszczególne kształty jego ciała, poprowadził go ze sobą do łaźni. Ten napatrzywszy się wszystkiemu do woli, odmówiwszy też przyjęcia upominków dawanych mu przez Jagiełłę, po powrocie do królowej Jadwigi donosi, że sylwetka księcia Jagiełły jest zgrabna, kształtna, ciało dobrze zbudowane, wzrost średni, spojrzenie wesołe, twarz podłużna, bez żadnego jednak śladu szpetoty, a obyczaje poważne i godne księcia. Uspokaja królową Jadwigę uprzedzoną już dawno o pospolitych obyczajach i niezgrabnej postaci Jagiełły”.

Pogodzona już zupełnie z losem Jadwiga czekała zatem spokojnie na oblubieńca. Zresztą równie młode królewny wydawano za znacznie starszych i brzydszych królów czy książęta i dobrze o tym wiedziała. A Jagiełło jak na swój wiek był naprawdę w doskonałej kondycji, zaś dobrym zdrowiem cieszył się do późnej starości. Czego nie można powiedzieć o nieszczęsnym Wilhelmie.

A ten jeszcze nie dał za wygraną. W przebraniu kupca ukrywał się za murami Krakowa, w Łobzowie i Czarnej Wsi, aż wreszcie w akcie rozpaczy zakradł się do miasta i zamieszkał u zaprzyjaźnionych mieszczan, Morsztynów, w kamienicy Pod Gruszką obok rynku. Tu omal nie zdybałaby go straż królewska, gdyby nie schował się na belce w kominie. W końcu, w trosce o jego bezpieczeństwo, Jadwiga nakazała mu uchodzić z Polski. On jednak zwlekał aż do wjazdu Jagiełły do Krakowa i dopiero wtedy wrócił do Wiednia w ubogim odzieniu, bowiem wszystkie kosztowności i piękne stroje zostawił Gniewoszowi z Dalewic (ten zaś przeznaczył je dla augustianów na dokończenie budowy kościoła św. Katarzyny na Kazimierzu).
Wilhelm nie ożenił się aż do śmierci Jadwigi (na wieść o tym wdział czarne szaty i odprawił przepisaną żałobę), a przeżył ją o niewiele lat. Nigdy też nie upomniał się o należne 200 000 florenów; mimo to Jagiełło zwrócił mu je z własnej szkatuły.


Fragment pochodzi z książki:

okładka makieta
Mariusz Wollny, Zuza Wollny

Był sobie król… Poczet Jagiellonów

Wydawnictwo Jama
Kraków 2017

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *



ns-wspieram-post

Spodobał Ci się artykuł? Wesprzyj nas »