Jest maj 1987 roku. Przed przejściem granicznym między Polską a Niemcami Wschodnimi długa kolejka, trzeba czekać. Pod szlaban po kolei podjeżdżają polskie samochody – Fiat 125p i dwa Maluchy. W większym samochodzie trzech malarzy: Włodzimierz Pawlak, Ryszard Grzyb i Paweł Kowalewski. W Maluchach Marek Sobczyk, Ryszard Woźniak, Jarosław Modzelewski. Gruppa. Jest z nimi Anda Rottenberg, zaprzyjaźniona krytyczka sztuki, u jej mamy spali po drodze w Legnicy. Samochody zapakowane do granic możliwości – jedzeniem, wódką, ciuchami na kilka tygodni, materiałami malarskimi. Uginające się bagażniki na dachach.
Polscy pogranicznicy i celnicy sprawdzają paszporty, potem trzeba przejechać kilkadziesiąt metrów i stanąć przed szlabanem straży niemieckiej. Kto jeszcze pamięta enerdowskich celników – naburmuszonych, podejrzliwych, zawziętych w drobiazgowych kontrolach? Dokładnie przeglądają paszporty, zaglądają do bagażników, pytają o cel wyjazdu, sprawdzają zaproszenia. Wreszcie przykładają pieczątki, można jechać. Po kilkuset kilometrach kolejna granica – jedna z najbardziej strzeżonych na świecie – między Niemcami Wschodnimi i Zachodnimi. Rytuał się powtarza, tym razem zaczynają funkcjonariusze enerdowscy, sprawdzający wszystko jeszcze bardziej drobiazgowo. Potem szeroki pas ziemi niczyjej, oddzielonej wysokimi ogrodzeniami, zasiekami z drutu kolczastego, zaporami przeciwczołgowymi. Godło i flaga Niemiec Zachodnich, szlaban, kolejni funkcjonariusze. Ale tutaj paszporty sprawdzają już tylko pobieżnie, można jechać dalej.
Docierają do Kassel, zaproszeni przez organizatorów wystawy Künstlergruppen zeigen Gruppenkunstwerke w ramach Documenta 8. Wcześniej, zimą, odwiedził ich kurator wystawy Hamdi el Attar, spotykał się z ludźmi, zobaczył pracownię Marka Sobczyka i Ryszarda Woźniaka w podwarszawskiej Radości. Opowiedział o swoim pomyśle pokazania w Kassel prac tworzonych kolektywnie przez grupy artystyczne z całego świata. Z Polski zaproszone zostało również Koło Klipsa z Poznania z Mariuszem Krukiem, Leszkiem Knaflewskim i ich kolegami – oni planowali zawieźć prace przygotowane w Polsce. Warszawscy malarze z Gruppy mieli pracować na miejscu w Kassel przez kilka dni, przygotowując swoją pracę przed otwarciem wystawy.



Obraz Gruppy na Documenta 8 w Kassel | 1987, przed zamalowaniem, skan z książki B. Czyżak, Gruppa. Buntownicy sztuki, Warszawa 2026
W pawilonie K-18 w Kassel ustawiają ogromne podobrazie 6 × 6 metra złożone z czterech fragmentów. Płotna zostały pieczołowicie zagruntowane i wysuszone w Warszawie przez Woźniaka i Sobczyka, przyjechały zwinięte na dachach samochodów, w Kassel trzeba było je rozwinąć, rozprostować i naciągnąć na blejtramy zbijane na miejscu. Pojawia się stół z przywiezioną z Polski wódką i kiełbasą, słychać głośne śpiewy po polsku i rosyjsku, brzęk szkła, przekleństwa. Szwajcarzy protestują, że im to przeszkadza, Francuzi i Holendrzy dosiadają się do biesiady, ktoś przynosi marihuanę, robi się wesoło. Zaczynają malować, wszystkich sześciu. Jak widać na dokumentacji fotograficznej z tego wydarzenia, początkowo na płótnie na samym środku pojawiła się wielka wagina, z czasem obraz wypełniły kłębiące się sylwetki, biorące udział w jakimś rodzaju orgii, inne wznosiły ramiona w modlitwie, unosiły się w powietrzu, jeszcze inne spadały w otchłań.
Patrząc na zdjęcia po latach, mam skojarzenie z malowanym w natchnieniu barokowym płótnem. I to się potwierdza, Ryszard Woźniak opowiada mi, że nie było wiadomo, jaki ma być rezultat, ale punkt wyjścia został wcześniej nakreślony we wspólnych dyskusjach: pole obrazu zostało pierwotnie podzielone na sześć części – miały być wśród nich cztery żywioły: ogień, woda, powietrze i ziemia, do tego w środku wielka wagina jako początek świata i przejście w inne wymiary, a nad wszystkim królujący Bóg Ojciec. Ale to był dopiero początek, w trakcie malowania kolejne warstwy były zamalowywane i modyfikowane, powstało jakby kilka obrazów następujących po sobie. Część postaci znikała, pojawiały się nowe. Pawlak namalował sylwetkę ułana, ktoś mu ją zamalował, potem ułan powrócił. Z czasem wspólna akcja zaczęła przyciągać uwagę, pojawiły się osoby obserwujące postępujące prace, ustawiono krzesła, spontanicznie pojawiła się publiczność z innych grup.
Zdarzały się też napięcia, w pewnym momencie dwóch członków Gruppy zerwało się do bójki – słyszałem różne wersje: jedna, że poszło o wzajemne krytyczne uwagi na temat malarstwa każdego z nich, i druga, że poszło o dziewczynę. Może o jedno i drugie? A może to były dwie różne bójki? Zostawiam to przyszłym biografom.
Zamalowywanie pracy kolegów było częścią ustaleń – chodziło o pracę wspólną, ale również o wolność, brak granic, zatracenie w tworzeniu, które jest jednocześnie indywidualne i kolektywne. A do tego była to wielka prowokacja – jak opowiada mi Ryszard Woźniak – „prowokacja wstecznictwa”. Na świecie wówczas sporo się mówiło o śmierci malarstwa, o konieczności oderwania sztuki od materialnego obiektu – obrazu czy rzeźby – o poszukiwaniu czystości koncepcji i idei. Sztuka była performatywna – robiono różnego rodzaju akcje, performanse, instalacje, a tradycyjne malarstwo było coraz bardziej uznawane za przeżytek. A tu nagle przyjeżdżają ludzie z Polski i owszem, robią performans, ale jego skutkiem jest tradycyjnie namalowany olejny obraz! Większość krytyków i publiczności tego wówczas nie zrozumiała – a okazało się, że to działanie znacznie wyprzedzało swój czas, włączając malarstwo z powrotem do głównego nurtu sztuki – ale nie malarstwo samo w sobie, tylko jako jedno z mediów sztuki konceptualnej, sztuki akcji.
W trakcie wspólnej pracy pojawiły się napięcia. Jarosław Modzelewski w rozmowie ze mną mówi bez wahania: „To była kompletna kakofonia. I ten motyw seksualny. Do niczego to się nie nadawało”. Ryszard Grzyb: „To był dobry obraz, dynamiczny, dużo się działo. Każdy z nas był inny, w tej różnorodności była siła, to było widać na tym obrazie”.
Modzelewski, Sobczyk i Woźniak poszli na spacer na górę parkową nad Kassel, wchodzili tam prawie trzy godziny, po kilkudniowych biesiadach zasapani i mokrzy od potu. Odpoczywając na samej górze na przystanku autobusowym, wypili butelkę whisky, uzgodnili, że obraz trzeba zmienić. Pytam o to Marka Sobczyka: „Oczywiście, że uzgodniliśmy to z kolegami, bez ich zgody byśmy tego nie zrobili”. Paweł Kowalewski: „My Obraz Gruppy na Documenta 8 w Kassel, 1987, po zamalowaniu spaliśmy, o niczym nie wiedziałem”. Ryszard Woźniak: „Nie wiem, czy to nie ja wymyśliłem, że trzeba to pociągnąć dalej. Nie, nie uzgadnialiśmy tego z pozostałymi”.
Gdy część grupy poszła spać, trzej malarze zamalowali obraz, używając kraplaka – czerwonej laserunkowej farby, która nie kryje całkowicie, raczej przesłania półprzezroczystą kurtyną, pozostawiając niewyraźne, delikatnie przebijające ze spodu sylwetki. Zginęła dynamika, dzikość, ekspresja i rozpasanie, pojawiły się zamglone niedopowiedzenia. Pozostali malarze początkowo są zaskoczeni, potem wręcz wściekli, dwaj nie pogodzili się z tym do dzisiaj. Z trzech, którzy nie brali udziału w zamalowywaniu, najszybciej ochłonął Włodzimierz Pawlak, nawet domalował jeszcze na samej górze sylwetkę Boga z białą chmurą. Bardzo delikatnie, prawie nie było widać. Ryszard Grzyb w rozmowie ze mną mówi: „Oni zniszczyli dobry obraz, nie mogli znieść tej ekspresji. Wyszło z nich dziedzictwo Gierowskiego”.



Obraz Gruppy na Documenta 8 w Kassel | 1987, po zamalowaniu, skan z książki B. Czyżak, Gruppa. Buntownicy sztuki, Warszawa 2026
Sześć osób, sześć historii. Gdy po latach patrzę na dokumentację fotograficzną, w moich oczach praca po przemalowaniu to również ciekawy, wieloznaczny obraz, choć zupełnie inny od poprzednich warstw. Nie bez znaczenia była też symbolika całego wydarzenia, w którym świat został zalany czerwienią. Obraz się nie zachował, dzisiaj można go zobaczyć tylko na zdjęciach. Może ktoś odkryje kiedyś jego fragmenty w archiwach Documenta w Kassel?
Po namalowaniu obrazu w Kassel szóstka malarzy razem z Andą Rottenberg jedzie do Włoch na wystawę Avanguardia Polacca. Esposizione dell’arte indipendente Polacca w Agrate Brianza koło Mediolanu. Z trudem pokonują Maluchami i Polskim Fiatem Alpy, po drodze śpią na kempingach. Wystawę zorganizował profesor Aleksander Wojciechowski z Instytutu Sztuki PAN, wówczas prezes Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Sztuki AICA. Ukazuje się katalog, na otwarciu wystawy 26 maja Włodzimierz Pawlak prezentuje swój performans Idol, znaczną część obrazów udaje się sprzedać – a wtedy włoskie liry, tak jak każda zachodnia waluta, starczają w Polsce na długo.
Po otwarciu wystawy wracają do Kassel na wernisaż Documenta 8 i potem do Polski. Po drodze na światłach jednego ze skrzyżowań spotykają samochód z kolegami z Koła Klipsa. Ryszard Grzyb wspomina, że przebiegł do nich i sprezentował im pisemko erotyczne przywiezione z Włoch. Mówi, że zachwycało go brzmienie włoskich tytułów.
Borysław Czyżak
Wydawnictwo Marginesy
Warszawa 2026





























