O czym chcesz poczytać?
  • Słowa kluczowe

  • Tematyka

  • Rodzaj

  • Artysta

Józef Chełmoński o sobie



Nazywam się Józef Marian Chełmoński, ale kiedy byłem dzieckiem, rodzina zwała mnie Ziutkiem lub Ziunieczkiem. Urodziłem się w ubogiej rodzinie szlacheckiej 6 listopada 1849 roku we wsi Boczki. Nie wiecie, gdzie to? To nieduża wieś niedaleko Łowicza. Mój tata, Józef Adam, pięknie grał na skrzypcach. W ogóle był bardzo uzdolniony – dużo malował i rysował. Miał usposobienie wielkiego artysty. To on odegrał dużą rolę w kształtowaniu moich artystycznych zainteresowań. Jednak zapał do sztuki odziedziczyłem nie tylko po ojcu, ale również po dziadku, który bardzo interesował się malarstwem i literaturą. Wiecie jak miał na imię? Także Józef. W mojej rodzinie sztukę dziedziczyło się nie tylko w genach, ale i wraz z imieniem!

Mama moja, Izabela z Łoskowskich, była bardzo ciepłą i kochaną osobą. W najcięższych chwilach zawsze zachowywała pogodę ducha. Rozkoszowała się dobrą literaturą – pamiętam, jak czytała moim dzieciom utwory Mickiewicza, Sienkiewicza. Rodzeństwa miałem trójkę – Izabelę, Marię i Adama. Dzieciństwo moje było szczęśliwe, chociaż nie byliśmy bogaci. Kochałem bardzo nasz dom i otaczające go pola, lasy i łąki… Te obrazy towarzyszyły mi przez całe życie.

Józef Chełmoński Autoportret

Józef Chełmoński Autoportret  |  1902
olej, płótno, 51 × 40 cm, Muzeum Narodowe w Warszawie

Dziecięca beztroska zakończyła się dla mnie w 1860 roku, kiedy wyjechałem na naukę do Warszawy, do szkoły powiatowej przy ulicy Królewskiej. Zamieszkałem u swojej cioci Marii, siostry mojego ojca. Przyznać muszę, że uczyłem się wówczas bardzo dobrze, miałem celujące oceny z języka polskiego, arytmetyki i kaligrafii! Po dwóch latach mojego pobytu w Warszawie rodzice postanowili mnie przenieść do szkoły w Łowiczu. Wtedy zamieszkałem u swojej babci ze strony matki, Florentyny Łoskowskiej. Byłem jeszcze chłopcem, więc często płatałem jej figle, ale i ona nie miała dla mnie litości. Kazała mi chodzić spać razem z kurami, a budziła skoro świt, kiedy słońce ledwo co wzeszło, a mnie właśnie wtedy najlepiej się spało… Mimo żartów, które robiłem babci, był to okres niełatwy. Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że rodzicom się nie przelewa, w dodatku mój ojciec zachorował i wybuchło powstanie styczniowe. W tym czasie wszyscy byli niespokojni.

Józef Chełmoński

Józef Chełmoński, fotografia autorstwa Maksymiliana Fajansa z ok 1867 roku, źródło: polona.pl

Po ukończeniu szkoły w Łowiczu w 1865 roku ponownie przeniosłem się do Warszawy, do gimnazjum. Trzeba zaznaczyć, że rysować bardzo lubiłem już od najmłodszych lat, jednak dopiero po ukończeniu gimnazjum postanowiłem na poważnie zająć się sztuką. Mój tata bardzo mnie w tym wspierał. Uwielbiałem oglądać obrazy na Wystawie Sztuk Pięknych w Warszawie. Podziwiałem płótna Simmlera, Kossaka, Kostrzewskiego, Gersona i innych. Prawdziwy przełom nastąpił, kiedy po raz pierwszy ujrzałem Śmierć Barbary Radziwiłłówny Józefa Simmlera — ten obraz do reszty mnie zachwycił! Miałem może szesnaście lat i to wtedy postanowiłem ostatecznie, że zostanę malarzem.

Józef Simmler Śmierć Barbary Radziwiłłówny, 1860

Józef Simmler Śmierć Barbary Radziwiłłówny  |  1860
olej, płótno, 205 × 234 cm, Muzeum Narodowe w Warszawie

Ponieważ po powstaniu styczniowym warszawska Szkoła Sztuk Pięknych została zamknięta, postanowiłem zapisać się do Klasy Rysunkowej i prywatnej pracowni wybitnego malarza oraz nauczyciela Wojciecha Gersona. Klasa Rysunkowa była wówczas odpowiednikiem szkoły artystycznej, wykładały tam największe sławy i najlepsi malarze. Wybaczcie, nie mam pamięci do dat, ale to chyba był rok 1871 , kiedy Klasę Rysunkową przejął Gerson. Wówczas cała moja malarska nauka skupiła się w jednym miejscu. No może nie tylko – tworzyłem dużo także w swoim pokoju na Zajęczej, ale najbardziej lubiłem wychodzić w plener. Brakowało mi moich rodzinnych stron, a też najlepiej czułem się wśród natury. Te zainteresowania wspierał mój nauczyciel, pan Gerson. Na pierwszym miejscu stawiał studiowanie natury i rysunek – do dziś pamiętam, kiedy kazał mi kopiować dłonie Giocondy… Tyle poprawek w kółko od nowa nanosiłem, że w miejscu tarcia gumką papier prawie podarłem!

Gerson czcił Leonarda da Vinci, często cytował nam fragmenty z jego Traktatu o malarstwie. Pokazywał nam rysunki mistrzów z epoki Odrodzenia – da Vinciego oczywiście, Rafaela i Andrea del Sarto. Chciał żebyśmy podążali ich ścieżką, żebyśmy tak jak oni malowali z natury. Od pierwszych lat nauki kazał nam studiować wszystko, co nas otacza – każde ziarnko piasku, najmniejszy kamień, źdźbło trawy, drzewo poruszone wiatrem, drobne owady, niebo zachmurzone, ludzi biegnących. Nie kazał nam jednak bezmyślnie kopiować tego, co widzimy. Chciał, żebyśmy badali naturę, docierali do sedna rzeczy i rozumieli dogłębnie to, co nas otacza. Zachęcał nas do malowania zawsze i wszędzie, przy każdej sposobności. To Gerson nauczył mnie, czym jest pejzaż.

Józef Chełmoński Powitanie słońca – Żurawie| 1910, olej, płótno, Muzeum Sztuki w Łodzi, Pałac Herbsta

Józef Chełmoński, Powitanie słońca – Żurawie| 1910,
olej, płótno, Muzeum Sztuki w Łodzi, Pałac Herbsta

Początek lat 70. to czas dużych zmian dla mnie. W kwietniu 1870 roku umiera mój kochany tata, Józef Adam Chełmoński, pochodnia mojej duszy. W tamtym czasie dzięki Gersonowi po raz pierwszy dwa moje obrazy zostały pokazane szerszej publiczności – wystawiono je w Zachęcie. Wreszcie w 1871 roku wyjechałem do Monachium dzięki pomocy Maksa Gierymskiego i Józefa Brandta, a także kilkorga przyjaciół rodziny. W tamtych czasach prawie wszyscy studiowali w monachijskiej Akademii Sztuk Pięknych — była tu duża kolonia polskich artystów. Wynająłem mieszkanie razem ze Stanisławem Witkiewiczem. Mieszkał z nami jeszcze pewien rzeźbiarz, niejaki Jarzymowski. Biedowaliśmy tak jak większość polskich artystów w Monachium. Ciągle musieliśmy się starać o jedzenie albo pieniądze. Moje serce rwało do Polski. Nie mogłem znieść tego niemieckiego miasta, tych niemieckich ulic i tego niemieckiego piwa! Nawet w miejskich ogrodach nie mogłem zaznać radości z obcowania z naturą – Niemcy plewili każdy chwast, obcinali każdą zbędną gałąź.

Józef Chełmoński Kaczeńce

Józef Chełmoński Kaczeńce (Wiosna)  |  1908
olej, płótno, 79,2 × 149,5 cm, Muzeum Narodowe w Warszawie

Po dwóch latach zaczęło mi się trochę powodzić. Sprzedałem kilka obrazów, nawet wystawiałem w Kunstverein, co już o czymś świadczyło. Dwa lata spędziłem na monachijskiej Akademii i z perspektywy czasu myślę, że lepiej byłoby, gdybym został w Polsce. Nauki u mistrza Gersona więcej by mi pożytku przyniosły niż nauka w Monachium. Źle mi się żyło tam i w 1874 roku wróciłem do kraju. Jeździłem po polskich oraz ukraińskich wsiach, malując realistyczne pejzaże. To wtedy, w 1875 roku, stworzyłem obraz Babie lato. Twórczość moja nie cieszyła się jednak uznaniem krytyków, bardzo ciężko było mi wyrobić sobie jakieś uznanie w kraju. Rzeźbiarz Cyprian Godebski i moja przyjaciółka, aktorka Helena Modrzejewska namawiali mnie na wyjazd do Paryża. Dzięki ich wsparciu udało mi się uzbierać trochę pieniędzy i w 1875 roku wyjechałem do Paryża.

Józef Chełmoński, Babie lato, 1875, MNW

Józef Chełmoński Babie lato  |  1875
olej, płótno, 119,7 × 156,5 cm, Muzeum Narodowe w Warszawie

W stolicy Francji królowały wtedy doroczne wystawy w paryskim Salonie. Szczęście dość szybko się do mnie uśmiechnęło, bo w 1876 roku dwa moje obrazy wzbudziły ogromne zainteresowanie na paryskim Salonie. Wystawiłem Roztopy oraz Przed wójtem, i jakimś cudem, te ostatnie zostały sprzedane za niebagatelną kwotę!

Józef Chełmoński, Sprawa przed wójtem, 1873

Józef Chełmoński, Sprawa przed wójtem, 1873

Dzięki temu sukcesowi kontakt ze mną nawiązał Adolphe Goupil, właściciel znanej galerii, który postanowił podpisać ze mną umowę. W dodatku zawczasu kupił obraz, nad którym dopiero pracowałem – była to Noc księżycowa. Bałem się wtedy, że to będzie jednorazowy sukces, ale jeszcze nie miałem pojęcia, że to prawdziwy przełom w moim życiu.

Józef Chełmoński Noc księżycowa Pałac w Radziejowicach

Józef Chełmoński Noc księżycowa  |  1876
olej, płótno, 132 × 186,5 cm, Pałac w Radziejowicach

W 1878 roku moją Czwórkę kupił amerykański milioner. Moje obrazy wisiały na ścianach apartamentów francuskich, angielskich i amerykańskich. Bardzo szybko dorobiłem się takiej ilości pieniędzy, że po raz pierwszy w życiu nie zwracałem uwagi na wydatki. Umeblowałem pięknie swoje paryskie mieszkanie, nosiłem jedwabne ubrania i stołowałem się w najlepszych restauracjach. Ponieważ lepiej mi się żyło i nie musiałem już się nieustannie martwić, zacząłem myśleć o tym, żeby się ożenić.

Józef Chełmoński, 1887, fot. polona.pl

Józef Chełmoński, 1887, fot. polona.pl

Znałem taką jedną dziewczynę, również Polkę… Od dawna już mi się podobała i często o niej myślałem, a pierwszy raz spotkałem ją w Warszawie. Wiosną 1878 roku wróciłem do stolicy, aby ją odnaleźć. Nazywała się Maria Szymanowska i miała 21 lat. Wcześniej wysłałem jednak Witkiewicza na spytki, co by się wywiedział czy panna nie ma już przypadkiem jakiegoś narzeczonego. Na moje szczęście nie miała.

Z Marią spotkałem się na Wielkanoc. Poszliśmy na spacer do Parku Praskiego, towarzyszyła nam jej matka. Szliśmy tak sobie obok siebie, ona trochę onieśmielona, ja zresztą też. W końcu zdobyłem się na odwagę, wziąłem ją pod ramię i zacząłem prowadzić w stronę stawu. Stanęliśmy i podziwialiśmy zachód słońca, ale nagle kątem oka zauważyłem komara na ramieniu Marii i bez ostrzeżenia zabiłem go tam, gdzie siedział. Maria krzyknęła przerażona, próbowałem ją objąć, ale wyrwała mi się i cała zapłakana zaczęła biec w stronę matki. Ależ mi głupio było… Próbowałem załagodzić sprawę, ale ona chyba nie chciała mnie widzieć. Zobaczyliśmy się dopiero następnego wieczoru w teatrze, gdzie starałem się wytłumaczyć całą sytuację. Po tygodniu powiedziała mi „tak”. Ślub wzięliśmy szybko, bo 18 czerwca 1878 roku. W chwili, kiedy mieliśmy ruszać w stronę kościoła, rozszalała się burza. Czy był to zły znak, który wtedy obydwoje przeoczyliśmy?

Stanisław Reichan (Reychan) Portret Marii Chełmońskiej, żony malarza

Stanisław Reichan (Reychan), Portret Marii Chełmońskiej, żony malarza | 1884, Muzeum Narodowe w Warszawie

Zamieszkaliśmy wspólnie w Paryżu i początkowo żyliśmy zupełnie beztrosko, w szczęściu i w dostatku. 10 lipca 1879 roku urodziło się nasze pierwsze dziecko – córka Jadwiga. Dobra passa zawodowa nadal się utrzymywała, malowałem więc dużo. Sceny konne, jarmarki, pejzaże zimowe i polowania – obrazy, które w Polsce byłyby zmieszane z błotem, tutaj w Paryżu fascynowały egzotyką i doskonale się sprzedawały, w szczególności wśród amerykańskich kolekcjonerów. Niestety w 1881 roku w Stanach Zjednoczonych zostało wprowadzone prawo, które nakładało ogromne cła na obrazy. To niestety odbiło się na moich zarobkach… Malowałem coraz więcej, jednak obrazów nikt nie kupował. Na świat przyszły moje kolejne córki – Maria i Zofia, a wkrótce także syn Józef. Wydatków było coraz więcej, w przeciwieństwie do pieniędzy. W 1887 roku zdecydowaliśmy, że wracamy do Warszawy.

Pierwsze lata w kraju były ciężkie. Zmarł nasz maleńki Józef, a potem Hania i Tadzio. Między mną a Marią pogorszyły się relacje. Ona nie chciała wracać do Polski, wielokrotnie namawiała mnie na powrót do Paryża. Nalegała, bym pojawił się na otwarciu Wystawy Światowej w 1889 roku w Paryżu, ale nic z tego już mnie nie obchodziło. We Francji spędziłem 12 lat i dzisiaj widzę, że był to czas stracony dla mojej sztuki, tak jak wyjazd do Monachium. Przyznać muszę jedynie, że znajomość sztuki francuskiej pozytywnie wpłynęła na mój warsztat. Poznałem i doceniłem twórczość pejzażystów francuskich, w szczególności barbizończyków – Camille’a Corota i Théodore’a Rousseau. To dzięki zetknięciu się z ich twórczością moja sztuka zmieniła się. Przestały mnie zajmować dynamiczne, agresywne sceny, a z moich obrazów zniknęły żądne krwi wilki czy galopujące konie. Chciałem malować to, co było najbliższe mojemu sercu – czyste, nostalgiczne pejzaże polskiej wsi. I wtedy odkryłem Kuklówkę.

Dworek w Kuklówce

Dworek w Kuklówce, fot. e-kalejdoskop.pl

Kupiłem tam dworek, do którego wprowadziliśmy się w 1888 roku. Wtedy wreszcie poczułem, że żyję. Nie musiałem udawać kogoś, kim nie jestem. Żyłem tak, jak zawsze chciałem. Zajmowała mnie tylko i wyłącznie sztuka. Do ludzi nie bardzo się garnąłem. Wolałem spędzać czas w swojej oszklonej pracowni na strychu domu w Kuklówce lub pośród natury. To tutaj, na mojej ukochanej wsi, namalowałem Kuropatwy (1891) i Bociany (1900).

Józef Chełmoński Bociany

Józef Chełmoński Bociany  |  1900
olej, płótno, 150 × 198 cm, Muzeum Narodowe w Warszawie

Następne lata były pełne wzlotów i upadków. Samo życie. W 1890 roku warszawska Zachęta zorganizowała pierwszą wystawę moich dzieł. Zdobywałem nagrody na wystawach w Berlinie, Monachium, San Francisco i we Lwowie. Ale niestety w końcu 1890 roku ja i Maria rozstaliśmy się. Była wtedy w ciąży z Wandą, a ja jednak miałem podejrzenia, że to nie jest moja córka. Zrobiła coś, czego niestety nigdy nie mogłem jej wybaczyć. Wyprowadziła się do Warszawy. Jadwiga, Maria i Zofia zostały ze mną w Kuklówce. W tym samym roku poznałem rodzinę Górskich, Marię i Jana, mieszkających w sąsiedniej Woli Pękoszewskiej. Mieli nastoletnią córkę, Pię, pełną zapału i zamiłowania do sztuki, uczyłem więc ją malarstwa. Sam też nieustannie malowałem i tak mi czas mijał w Kuklówce… Córki po latach wyfrunęły z gniazda i zostałem sam.

Józef Chełmoński, Kuropatwy na śniegu | 1891, Muzeum Narodowe w Warszawie

Józef Chełmoński Kuropatwy na śniegu  |  1891
olej, płótno, 123 × 199 cm, Muzeum Narodowe w Warszawie

*    *    *

W Kuklówce Józef Marian Chełmoński spędził ostatnie 25 lat swojego życia. Pod koniec stał się samotnikiem, nie lubił towarzystwa i nie ufał ludziom. Przez ostatnie kilka lat życia nie malował – w wyniku udaru mózgu doznał paraliżu prawej ręki. Opiekował się nim brat. Malarz zmarł 6 kwietnia 1914 roku, mając 64 lata. Został pochowany na cmentarzu w Żelechowie. Jego dzieła znajdują się we wszystkich największych muzeach sztuki w Polsce. Najwięcej z nich możecie zobaczyć w Muzeum Narodowym w Krakowie i w Warszawie. Ogromna liczba dzieł jest w posiadaniu pałacu w Radziejowicach niedaleko Kuklówki.

Józef Chełmoński

Józef Chełmoński w Kuklówce, lata 90. XX w., fot. Archiwum Pałacu Radziejowice


Bibliografia:

Matuszczak T., Józef Chełmoński, Kraków 2003.
Masłowski M., Malarski żywot Józefa Chełmońskiego, Warszawa 2014.
Górska P., O Chełmońskim. Wspomnienia, Warszawa 1932.
Józef Chełmoński na fotografiach i we wspomnieniach, red. Z. Kucówna, Radziejowice 2014.

Michalina Peruga

» Michalina Peruga

Studentka historii sztuki na Uniwersytecie Warszawskim. Interesuje się malarstwem, historią ubioru oraz dziełami utraconymi przez Polskę w wyniku II wojny światowej. W sztuce fascynuje ją ikonografia, komizm, brzydota i obscena. Uwielbia malarstwo średniowieczne, sztukę włoskiego renesansu oraz symbolizm. Fascynuje ją faktura obrazu – dlatego wszystkie dzieła ogląda z nosem przy podobraziu (stresując tym pracowników muzeów).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *



ns-wspieram-post

Spodobał Ci się artykuł? Wesprzyj nas »