O czym chcesz poczytać?
  • Słowa kluczowe

  • Tematyka

  • Rodzaj

  • Artysta

Hotel Varsovie. Klątwa lutnisty



Rozdział III

Błoto i muzyka

Żona ma być tak wdzięczna, jak winna macica,
Bogobojna, wstydliwa, pilna robotnica;
Nieswarliwa, cierpliwa, trzeźwa, ochędożna,
Jednej myśli z małżonkiem, do tego nabożna;
Ozdobą męża swego, z którym wiernie ona
Potomstwo na świat puszcza, niczym nie zganiona.
Na żenięć rząd należy, a zwłaszcza domowy,
A nad nią zaś, jako pan, jest rozum mężowy.

BALTYZER Z KALISKIEGO POWIATU

Kwiecień Anno Domini 1616

W dniu, w którym panna Kalina Melcerówna pierwszy raz ujrzała Warszawę, miasto wzbudziło w niej złe przeczucia. Pomyślała, że dobrze zrobiła, mając przy sobie ukryty na szyi wisior, dający ochronę przed nieprzyjaznymi moca­mi. Zanim opuściła rodzinną Brodnicę i udała się w podróż na grzęznącym w błocie wozie, w towarzystwie poczciwe­ go i gadatliwego jezuity, zaopatrzyła się w amulety mające chronić ją przed złem, jakie spodziewała się napotkać w mieś­cie sejmowym.

Nigdy nie widziała człowieka, do którego pomimo jej sprzeciwu wysłała ją matka, chociaż formalnie był szwagrem Kaliny i mężem jej przyrodniej, dużo starszej siostry Anny Żmijowej, poczętej z pierwszego małżeństwa ojca.

Kiedy tylko do Brodnicy dotarła wieść o śmierci Anny w połogu, matka Kaliny z miejsca postanowiła wyswatać młodszą córkę z Laurentym, który jawił się jej jako świet­na partia. Melcerowa wiedziała, że Żmij był niezależnym od cechu królewskim muzykiem, z własnym domem w Starej Warszawie, mężczyzną w sile wieku (jak liczyła, dobiegał teraz trzydziestego ósmego roku życia), w dodatku ojcem trójki własnych dzieci, nie licząc syna z pierwszego małżeń­stwa Anny, który – jak powiadano – wyjechał do cudzo­ ziemskich krajów na nauki malarskiego rzemiosła.

Musiało się Żmijom dobrze powodzić! Trzeba było dzia­łać szybko, bo zapewne wiele chętnych panien już czekało, aby zająć się domem i dziećmi Żmija. Kalina miała niewielkie szanse, gdyż jej potencjalny posag był bardzo mały. Ale jako dziewiętnastoletnia zdrowa dziewczyna o zaokrąglonych kształtach i jasnych włosach, miała szansę zauroczyć szwagra.

Nie słuchając błagań pragnącej zostać w domu córki, jej matka, Urszula Melcerowa − od niedawna wdowa po och­ mistrzu brodnickiego zamku − z determinacją wprowadzała swój plan w życie. Problemy majątkowe, z jakimi borykała się po zgonie męża, zmuszały ją do szybkiego usunięcia cór­ ki z domu. Po tym, jak spłaciła wstydliwe długi osiemnasto­letniego syna, ukochanego Sebastiana, nie licząc niewielkie­ go folwarku w pobliżu brodnickiego zamku, ze spadku po ochmistrzu nic już nie zostało.

Ledwie pogrzebano córkę jej świętej pamięci małżonka i żonę Laurentego, zapobiegliwa wdowa zaczęła pisać do mu­zyka listy wyrażające współczucie, a także chęć odwiedzenia jego rodziny i biednych dziatek, którym przyjdzie wychowy­wać się bez matki. Uprosiła malarza, który wykonywał ma­lunki na sufitach komnat zamku przebudowywanego przez starościnę brodnicką, Annę Wazównę, siostrę rodzoną same­ go króla, o wykonanie portretu córki. Dzięki sowitej zapłacie malarz obiecał, że Kalina zostanie na nim ukazana bez pie­przyka nad ustami, a także z rozpuszczonymi blond włosami.

Cała intryga Melcerowej była dosyć ryzykownym posunię­ciem, z małymi szansami na powodzenie, bo przecież rzadko kiedy wdowiec, nie zważając na oskarżenia o kazirodztwo, brał za kolejną żonę siostrę zmarłej. Ale Urszula wierzy­ła w możliwości i urodę Kaliny, a także jej umiejętności warzenia mikstur miłosnych, które – gdyby dziewczyna tyl­ko chciała – zagwarantowałyby jej zainteresowanie muzyka. Posłała więc Laurentemu konterfekt Kaliny, nadmieniając, iż jest ona tak podobna do zmarłej siostry, iż jej wizerunek przypomni mu nieco ukochaną małżonkę.

Pocieszała córkę, że jeśli Laurenty znajdzie lepszą kandy­datkę z pokaźnym posagiem, Kalinie pomoże urządzić się w Warszawie jej starszy brat Baltazar. Taki wpływowy rajca Starego Miasta Warszawy powinien pomóc szukającej męża przyrodniej siostrze.

Kalina nie miała innego wyjścia, jak pożegnać ukochaną Brodnicę. Matka była nieprzejednana i zaczęła jej grozić od­ daniem do klasztoru. Z racji braku należytego posagu zakon, do którego Kalina mogła trafić, byłby zapewne ubogi i po­ łożony gdzieś na krańcach Rzeczypospolitej, z dala od ukochanych lasów i łąk, po których Melcerówna spacerowała w każdej wolnej chwili. Zbierała zioła, grzyby, suszyła kwia­ty. Nic, czego w życiu zaznała, nie mogło równać się z dara­mi, jakie ofiarowywała natura – matka Ziemia, bogini, którą Kalina w sekrecie czciła.

W trakcie wielogodzinnej, monotonnej podróży niewygod­nym, drewnianym wozem Kalinie dotrzymywał towarzystwa i − na prośbę matki − strzegł jej bezpieczeństwa pewien je­zuita, który po kilku tygodniach pobytu w Brodnicy wracał do Warszawy.

Ojciec Bonifacy miał wesołą naturę i wyraźnie lubił sku­piać na sobie uwagę. Milcząca i smutna współtowarzyszka podróży nie dawała się wciągnąć w rozmowę, więc jezuita sam zaczął opowieść o przyczynie swojego pobytu w Brod­nicy. Otóż jako jedyny spadkobierca swojego wuja, szlachci­ca herbu Bończa, Bonifacy odziedziczył liczne dobra i włości zmarłego, z czego otwarcie się cieszył, zamierzając przezna­czyć duże sumy na kolegium jezuickie, które wkrótce miało zostać otwarte w Warszawie.

Zniecierpliwiona opowieściami ojca Bonifacego, który z radością rozprawiał o wielkim szczęściu, jakim był nieocze­kiwany spadek, Kalina zapytała wprost, czy duchownemu przystoi tak otwarcie okazywać zadowolenie z powodu zgo­nu członka jego rodziny. Zdziwiony bezpośredniością dziew­ czyny, ojciec Bonifacy odparł, iż zgodnie z naukami jezuitów dozwolona jest radość po czyjejś śmierci, o ile jest się bene­ficjentem dużego spadku po takiej osobie. Spojrzał wnikli­wie na Kalinę, która nie kryła niesmaku, i przestrzegł ją przed okazywaniem hardego charakteru.
− Widzę, że waćpanna jesteś narowista i odważna. Ale niech waćpanna pamięta, że niewiasta, zwłaszcza taka, która czeka na kandydata na małżonka, musi być skromna i cnotliwa! Twoja czcigodna matka jest silną, prawą biało­ głową, nie wierzę, że nie wpoiła ci zasad, jakie obowiązu­ją wszystkie panny w zacnym towarzystwie! – Ojciec Boni­ facysapnął. Na jego okrągłej twarzy malowało się wielkie zaangażowanie. Widać było, że pouczanie innych było jego życiową misją. – Niech waćpanna Kalina nie zapomina, że białogłowa sama nigdy pierwsza nie zadaje pytań, jedynie odpowiada, a i to z oczami skromnie spuszczonymi w dół. Nie wpatruj się z podejrzliwością w mówiącego, bo nigdy żaden mężczyzna nie weźmie cię za żonę! – ciągnął ojciec Bonifacy.

Kalina słyszała już nieraz tego typu mądrości z ust matki. Sama jednak w duchu postanowiła, że nie nagnie się do wy­mogów, które czyniły z kobiety bezwolną, podporządkowa­ną woli mężczyzn.

Dziewczyna miała ułożony w głowie pewien plan doty­czący swojej przyszłości w Warszawie, którego koniecznym elementem wcale nie było poślubienie tego nieznanego Lau­rentego i zostanie macochą jego dzieci. Oczywiście swoich zamiarów nie zdradziła ani przed matką, ani przed nikim innym.

Teraz tylko westchnęła i nie zwracając uwagi na niesto­sowność swojego zachowania, odwróciła głowę od ciągle przemawiającego jezuity. Patrząc na mijane płaskie pola, gęste bory, gdzie na drzewach ukazywały się gdzieniegdzie pierwsze listki, rozmyślała o swoim losie. Miała jak najszyb­ciej wyjść za mąż – taka przyszłość była jej pisana. Czuła przy tym, że w dużej mierze tylko własną wolą i staraniami może doprowadzić do tego, iż jej życie zacznie zmierzać w oczeki­wanym kierunku.

Wiedziała, że życie klasztorne nie jest dla niej – zbytnio cieszyła się obcowaniem z naturą, przyziemnymi przyjem­nościami, a przecież w kościele co rusz słyszała, że jeśli ktoś kocha życie, nie jest w stanie prawdziwie kochać Chrystusa. Ona, jak widać, nie umiała. Nie mogła więc ofiarować swo­jego ziemskiego życia Bogu.

Marzył jej się kandydat na męża, dzięki któremu mogła­ by zostać w okolicach, w których się wychowała, wśród znanych jej dobrze borów i pól. Bujała w obłokach, myśląc o ziemi, o ogrodzie, o sadach, jakich stałaby się panią. Ale żaden z miejscowych panów nie był zainteresowany dziew­czyną bez posagu, z obciążeniem w postaci brata hultaja, którego znano w okolicy jako zabijakę, wiecznie pijanego awanturnika, potrafiącego przegrać w kości każdą kwotę pieniędzy.

Wiele osób, podobnie jak zakochana w nim bez pamięci matka, nie mogło uwierzyć, że ten cudownie zbudowany chłopiec o ciemnych lokach okalających twarz kupidyna jest w stanie poranić nożem miejscowego cyrulika, że potrafi porwać dziewczynę i żądać za nią pieniędzy, że jest zdolny do zbałamucenia karczmarki i porzucenia jej na pastwę losu w błogosławionym stanie. Kalina wiedziała, że dopóki żyje matka − ślepa na wszystkie niedostatki charakteru syna − dopóty poratuje Sebastiana z każdej niemal opresji, a on ni­ gdy się nie zmieni.

Musiała więc sama zająć się swoim losem. Jak wynikało z listów Laurentego, nieszczęśnik nie podejrzewał nawet, z jakimi intencjami jedzie do niego Kalina. Wedle powszech­nego obyczaju ożenek z siostrą żony był traktowany niemal jak kazirodztwo. Gdy sam król po utracie pierwszej żony Anny zdecydował się ożenić ponownie z siostrą zmarłej, Konstancją, dostojnicy kościelni wraz ze szlachtą grzmieli, że godzi to w dobry obyczaj i sprowadzi nieszczęścia na króla, jego dwór i Rzeczpospolitą. Gdyby Laurenty nie traktował szwagierki jako rodziny, nie zgodziłby się przecież, aby pan­ na na wydaniu przebywała pod jego dachem. Zapewne nie myślał nawet o żeniaczce, a już na pewno nie z Kaliną, bez względu na to, jak była urodziwa.

Z drugiej strony, jak przekonywała Kalinę matka, król nie ugiął się przed opinią kleru i możnych, wziął ślub z siostrą zmarłej i wiedzie od wielu lat szczęśliwe życie. Podobno tak odpowiada mu pożycie z Konstancją, że nie ma żadnej innej kobiety poza prawowitą żoną! Laurentego też można przeko­nać do żeniaczki, chociażby powołując się na casus samego króla. Jak instruowała ją matka, Kalina powinna stać się nie­ zastąpiona w domu lutnisty, gotować pyszne potrawy, umi­lać życie muzykowi oraz uzależnić od siebie jego dzieci. Musi doprowadzić do sytuacji, w której stanie się muzykowi nie­ zbędna. W odpowiednim momencie oświadczy, iż dłużej − jako panna na wydaniu − nie może już mieszkać w domu szwagra i przenosi się do brata, a wówczas Laurenty nie bę­dzie sobie już wyobrażał życia bez niej. Ożeni się z nią, byle tylko utrzymać ją przy sobie!

Mimo wpajanej przez matkę strategii Kalina jechała do Warszawy, wcale nie wiedząc, czy będzie chciała Laurentego za męża. W jej rękach był jej los i nie zamierzała wiązać go z kimś, kto nie byłby choć trochę bliski jej sercu. Oczywiście wszystkie mikstury i tajemne ich składniki, jakie ze sobą wioz­ła, będą jej w tym pomocne, ale zdawała sobie sprawę, iż nic się nie wydarzy, jeśli sama się o to nie postara.

Pierwszą i najważniejszą nauczycielką Kaliny była bab­ ka ze strony ojca, którą cała rodzina uważała za wariatkę i zamykała w oddalonej od głównych komnat izbie. Stara kobieta posiadała dar jasnowidzenia, rozumiała mowę roślin i zwierząt, znała tajniki ziół i substancji, ale ukrywała swoje umiejętności po tym, jak zaczęto uważać ją za wiedźmę. Kali­ na musiała wiele miesięcy zdobywać zaufanie babki, zanim ta pozwoliła się do siebie zbliżyć. Z czasem stara zielarka zdo­łała przekazać część swojej wiedzy wnuczce – jedynej osobie w domu, która wiedziała, że babka nie jest ani wariatką, ani wiedźmą.

Monotonna podróż do dalekiej Warszawy błotnistymi trak­tami na trzęsącym wozie ciągnęła się niemiłosiernie. Kalina zrobiłaby wszystko, aby choć przez moment odpocząć od nieustannych pytań wścibskiego jezuity. Kiedy ten usłyszał, że dziewczyna nigdy dotąd nie była w Warszawie, z nową energią zabrał się do snucia opowieści o mieście sejmowym. Zaczął przemawiać tonem wszechwiedzącego znawcy, który oświeca nieznającą świata, ciemną panienkę.

Z początku wyjaśnił, że miasto Warszawa − jako takie − nie istnieje. Na nadwiślańskiej skarpie od co najmniej trzystu lat ulokowane jest miasto Stara Warszawa, otoczone murami obronnymi i fosą, do którego wjechać można tylko kilkoma bramami, w tym najbardziej okazałą Bramą Krakowską od południa i Bramą Nowomiejską od północy. W obrębie mu­ rów znajduje się Rynek z ratuszem, otoczony wąskimi ulicz­kami, a także zamek dawnych książąt mazowieckich. Przez dobrych kilka lat król Zygmunt rozbudowywał zamek, tak aby spełniał oczekiwania monarchy i dworu, ale też służył potrzebom całego państwa. Jak mawiają złośliwi, król z rodu Wazów już całkowicie zadomowił się w Warszawie, bo stąd mu bliżej do rodzinnej Szwecji.

Pałac o barwie wiślanego piasku jest majestatyczny, tro­chę surowy. Zbudowany na planie pięciokąta, z dwóch ro­gów ma ozdobne wieżyczki, a we frontowym skrzydle nad budowlą wznosi się czworokątna wieża, zwieńczona banias­tym hełmem.
− A czy ojciec bywa czasem na Zamku? – zapytała Kalina.
− W rzeczy samej! Musi waćpanna wiedzieć, jaki prze­ pych i cuda król na zamku urządził. Każdy, kto przybywa z zagranicy i odwiedza siedzibę króla, zachwyca się podło­gami, kominkami z czarnych, chęcińskich marmurów, które król tak ukochał, orientalnymi kobiercami i arrasami, malo­widłami, rzeźbami i bogactwem tkanin, których najwymyśl­niejsze barwy spotkasz na Zamku! Wiedz, że najjaśniejszy pan bardzo sobie ceni mądrości i porady naszego zakonu, a przecież Piotr Skarga − nasz brat – we własnej osobie jest nauczycielem królewskich synów, wybitnym kaznodzieją i zaufanym doradcą króla. Tak więc i ja, skromny sługa boży, nieraz dostąpiłem zaszczytu zobaczenia na własne oczy kró­lewskiego majestatu.

Kalina puściła wodze fantazji i zaczęła rysować w myś­lach obrazy dworskiego życia, pary królewskiej, wykwintnie ubranych panien z fraucymeru i rozbrzmiewających muzy­ ką pięknych komnat zamkowych. Jezuita tymczasem ciągnął temat:

− Okolica wokół Zamku, Rynek, czyli najstarszy plac mia­sta, i otaczające go ulice to niemal cała Stara Warszawa. Są­ siaduje z nim miasto poza murami zwane Nową Warszawą, z własnym ratuszem i magistratem. A oprócz tych dwóch od­ dzielnych miast mamy jeszcze na przedmieściach odrębne miasteczka − jurydyki rządzone przez kościelnych możnych, z osobnymi władzami i własnym prawem.

Jezuita wciąż opowiadał o Warszawie, ale Kalina tonęła w swoich marzeniach i nie słuchała wykładu na temat spe­cyfiki sejmowego miasta. Nie dotarła do niej opowiedziana z polotem i ze swadą historia nadwiślańskiej osady rybackiej, którą – zgodnie z legendą – nazwano Warszawą od imion szlachetnego rybaka i jego żony, Warsa i Sawy, którzy urato­wali kiedyś księcia, zagubionego w trakcie polowania w pusz­ czy nad Wisłą. Książę w dowód wdzięczności na cześć swoich wybawicieli nazwał te ziemie Warszowe1.

Wraz z rozwojem rzecznego handlu zbożem osada stała się ważnym ośrodkiem gospodarczym i od momentu nada­nia jej na przełomie XIII i XIV wieku przywileju lokacyjne­ go nieustannie rośnie jej znaczenie jako ważnego portu nad Wisłą. Oczywiście daleko jej do handlowych potęg, jak San­ domierz czy Gdańsk, ale dzięki decyzji Zygmunta Augusta, iż to właśnie tutaj szlachta z terenu całej Rzeczypospolitej Obojga Narodów będzie się zjeżdżać na walne sejmy, mia­ sto zaczęło się szybko rozwijać. A od kiedy król Zygmunt III Waza zmuszony był znaleźć sobie inną siedzibę, bo naruszo­ny przez pożar Wawel wymagał długotrwałych remontów, Warszawa stała się miastem rezydencjonalnym, nie mniej ważnym niż taki Paryż!

Mija już pięć lat, od czasu gdy cały dwór króla, wszyst­kie najważniejsze urzędy państwowe przeniesiono do Sta­rej Warszawy. Po wielkim pożarze przed dziewięcioma laty, kiedy to większość kamienic wokół Rynku poszła z dymem, pobudowano zupełnie nowe, oparte na nowych założeniach murowane budynki. Na Zamku, rozbudowanym wedle założeń wzorowanych na rzymskich koncepcjach, nie tyl­ko mieszka król z rodziną i dworem, tu też obradują sej­my, odbywają się sądy. Do miasta ściągają cudzoziemcy, bo rozmiłowany w sztuce król sprowadza na dwór wybitnych architektów,­ malarzy, muzyków. Królowa Rakuska2 otoczo­na jest swoimi ziomkami, jej fraucymer to głównie zaufane dwórki przybyłe z rodzinnego kraju Konstancji, wielu więc jej rodaków związanych z habsburskim dworem osiedla się w Warszawie.

Każdy, kto cokolwiek znaczy w kraju, chce mieć tutaj re­prezentacyjną siedzibę. Magnaci i bogata szlachta, o ile nie wzywa ich wojna − a teraz, jak wiadomo, okazji do wojacz­ki nie brakuje − także poza sejmami bawią nad Wisłą. I tak Warszawa z każdym rokiem rośnie w siłę, ludności przybywa, aż miasto sięga daleko poza mury otaczające zamek i Starą Warszawę, nawet poza Nowe Miasto, rozlewa się na połu­dnie wzdłuż traktu czerskiego. Niedługo może i dojdzie do wsi Ujazdów, kto wie!

Dopiero gdy Kalina wyjęła ze swojego zawiniątka upie­czone poprzedniego dnia mięso kapłona i kilka pajd chleba, ojciec Bonifacy przerwał monolog i zaintrygowany zapa­chem wydzielanym przez jadło zaczął się o nie wypytywać. Kalina poczęstowała, rzecz jasna, jezuitę tłustym kogutem. Mężczyzna zaś, gdy tylko skosztował pieczystego, zaczął roz­pływać się w zachwytach.
− Toż to kagucik godny królewskiego stołu! – wołał, mlas­kając z rozkoszą. − Gdybyś, waćpanna, była mężczyzną, kto wie, mogłabyś zostać kuchmistrzem na wielkim dworze! − zachwycał się, a Kalina z pobłażliwym uśmiechem na twarzy spoglądała na mijane puste, jeszcze gdzieniegdzie pokryte śniegiem połacie mazowieckiej ziemi.

W wyobraźni budowała sobie wizerunek Laurentego. Nie miała żadnych informacji na temat jego obecnego wyglądu, z wyjątkiem relacji matki, która widziała go tylko raz, na ślu­bie pasierbicy. Był wówczas podobno ślicznym, małomów­nym chłopcem o dosyć krępej posturze i sięgających ramion złotych włosach. Słysząc o pięknym mężczyźnie, Kalina od razu pomyślała o swym bracie. Wolałaby kogoś mniej po­wabnego, ale stateczniejszego. Ludzie obdarzeni przez Boga pięknym obliczem i ponętnym ciałem byli z reguły próżni i zbyt wiele oczekiwali od świata.

Gdy po kilkunastu godzinach podróży wóz zatrzymał się u brzegu ponuro wyglądającej Wisły, Kalina ścisnęła w dło­niach swój amulet schowany pod okalającą jej szyję mało wytworną kryzą. Wisior z jasnozielonym bezoarem3 z od­ległych krain wydzielał dziwną woń, który miał ją chronić przed wszelkimi jadami i wyziewami zgniłego powietrza w mieście.

Korzystając z pomocnej ręki woźnicy, dziewczyna zeszła na ziemię, czując, jak but zatapia się w miękkim, śliskim mule.
− Panienka wyżej podniesie poły sukni − podpowiedział jej ojciec Bonifacy, który sam na tyle wysoko uniósł swój czarny habit, iż kobieta zdołała ujrzeć blade, owłosione nogi.
− Wiosenny czas gorszy niżli zima! Jak mróz ściskał zie­ mię, można było jako tako chodzić po ulicach, a tera wszyćko błoto zalewa, wszyćko… − odezwał się woźnica.
− Nie traćcie wiary. Idzie nowe! Już kra na Wiśle zaczęła się łamać − zauważył jezuita i wskazał ręką płynące z nurtem rzeki duże połacie lodu.
− Ale przecież mówiono mi, że do Warszawy idzie się mos­tem! – zauważyła Kalina, rozglądając się na prawo i lewo.
− Skąd, mostu żadnego na Wiśle już nie ma i prędko nie będzie! – Jezuita machnął ręką. – Owszem, mieliśmy tu prze­ piękny most jagielloński, wybudowany za Zygmunta Augu­sta, który chciał ułatwić dojazd szlachcie jadącej z Litwy na sejmy. Ale to już ponad dziesięć lat, jak połacie kry na ka­pryśnej Wiśle zniszczyły to wielkie człowiecze dzieło. Most runął w kilka minut! Ot, jak się kończą zmagania człowieka z żywiołem przyrody!
− Ojcze, musimy się więc przeprawić łodzią przez rzekę? Nie ma innego sposobu? – jęknęła Kalina, którą przerażała ta perspektywa. Od najmłodszych lat panicznie wprost bała się wody.

W to wczesnowiosenne popołudnie, blade i szkliste świat­ło słoneczne kładło się na budynkach, ustawionych gęsto obok siebie na dopiero zieleniącej się skarpie, widocznej na drugim brzegu rzeki. Strzeliste wieże błyszczały w słońcu, nadając widokowi pewien majestat.
− Warszawa wita panienkę w całej swej okazałości – rzekł do dziewczęcia z pokrzepiającym uśmiechem Bonifacy, tak­ że przypatrując się skupisku zabudowań, jakie prezentowało się przed nimi. − Widzi waćpanna tę wysoką, nieotynkowa­ną jeszcze wieżę w budowie? To właśnie będzie dzwonni­ ca mojego kościoła jezuitów! Jeszcze rok, dwa i cały będzie ukończony. Nie licząc wieży na zamku i wieży ratusza, nasza dzwonnica będzie najwyższą budowlą w mieście! – wyjaśnił wyraźnie dumny.

Kolejnym etapem podróży była przeprawa przez Wisłę, o tej porze roku dosyć trudna z uwagi na dryfujące na wo­dzie tafle kry. Ojciec Bonifacy poprowadził Kalinę w kierun­ku portu wiślanego i drewnianej przystani, gdzie na pod­ różnych czekało kilku przewoźników z wąskimi czółnami i łódkami, które były w stanie przepłynąć w tych warunkach rzekę.

Tragarze zabrali skromny dobytek kobiety, który stanowił jeden drewniany kufer, w nim zaś oprócz jej skarbu – samo­ dzielnie tworzonego od ponad dwóch lat zielnika − Kalina wiozła kilka drobnych podarków dla rodziny Żmijów, w tym nalewkę dla Laurentego, słój konfitur z leśnych owoców i na­szyjniki dla dziewczynek. Miała też dwa białe prześcieradła, piernat, poduszkę, dwie suknie wierzchnie, dwie pary poń­czoch, cztery płócienne wkładane pod suknię spodnią giezła, puzderko z precjozami: kilkoma ledwie ozdobnymi spinkami do włosów, grzebień i zdobione perłową macicą zwierciadło, modlitewnik, który należał kiedyś do nieżyjącego już, uko­chanego ojca. Nie było tego wiele. A najważniejszym przed­ miotem była zamykana na klucz szkatuła, w której Kalina trzymała swoje mikstury ziołowe i przeróżne składniki po­trzebne do ich przyrządzenia, jakich nie spodziewała się ku­ pić w mieście, jak sproszkowany szkielet nietoperza czy eks­ trakt z krwi borsuka.

Łódka, kołysząc się mocno, przybliżała się do widocznych u podnóża skarpy zabudowań z zielonkawych desek, domów rybaków, sądząc po sieciach, rozwieszonych na płotach do­mostw otoczonych niewielkimi ogródkami. W trakcie prze­ prawy Kalina była wdzięczna ojcu Bonifacemu za jego ga­dulstwo, bała się bowiem, że zaraz utonie, i nawet ten krótki pobyt na łódce sprawiał, iż czuła się bardzo niepewnie.
− Niech waćpanna spojrzy na kształt tej skarpy, podłuż­ ny, niespotykany. Toć to wzniesienie kiedyś zwano Żmijem, a wiesz, czym jest Żmij wedle legendy? – zapytał jezuita.
Kalina zaprzeczyła, potrząsając głową.
− Żmij to dobry smok w podaniach starych Słowian! Nie­ zwykłe, prawda? Ten dobrodziej, muzyk z kapeli królewskiej, do którego jedziesz, nosi nazwisko pochodzące od stwora, ale łaskawego!

Widząc, że panna siedzi nieruchomo, blada jak trup, je­zuita zabawiał Kalinę kolejnymi ciekawostkami.
− A wie waćpanna, jaki jest herb Starej Warszawy? Nie? Ta­ kie rzeczy znać to konieczność! Z tej wody, którą płyniemy na brzeg warszawski, przybyła ponoć syrena z mieczem w dłoni. To waleczne stworzenie! Od pasa w górę nagie to stworzenie, jak biblijna Ewa, zaś od pasa w dół smok. Taka właśnie sy­renka widnieje na pieczęci miejskiej oraz na herbie miasta.

Gdy dobili do brzegu i opuścili wreszcie niewielką łód­kę, Kalina poczuła ulgę. Zaczęła rozpierać ją radość. A więc ona, dziewczyna z Brodnicy, dotarła do wielkiego miasta, rezydencji króla! Ścisnęła w dłoniach wisior z bezoarem – teraz szczególnie potrzebowała, aby kamień oczyścił zgniłe powietrze, które wdychała. Cuchnęło tu zepsutymi rybami i zgniłymi warzywami.

Szła blisko przy boku ojca Bonifacego, co chwila robiąc unik, aby nie być potrąconą przez mijających ich tłum­ nie przechodniów. Dziad proszalny, śmierdzący okrutnie, w łachmanach wyciągnął ku niej niespodziewanie czarną od brudu dłoń, kierując błagalne jęki w stronę jezuity. Ten rzu­cił mężczyźnie szeląga.

Kalina spojrzała na drogę biegnącą w górę skarpy, którą w błocie po kostki brodzili ludzie. Wraz z ojcem Bonifacym minęli podle i biednie wyglądające chaty rybaków i kobiety robiące pranie u brzegu rzeki. Stąpali już nie tylko po roz­mokłej ziemi, ale też zwałach cuchnącego gnoju.
− Teraz ulicą Mostową, zwaną też Przewoźną, w górę nie­stety − westchnął jezuita, po czym zebrawszy materię – on habitu, ona sukni – podeszli do budynku z nagiej cegły. − Zobaczy panienka, niedługo magistrat będzie czyścił te uli­ ce, wywiozą błoto i nieczystości na Gnojną Górę, tak żeby szlachta przybyła na sejm zastała miasto uprzątnięte. Rychło zmieni się nasze miasto, bardzo się zmieni, i przez sześć albo i osiem tygodni zapanuje tu istne szaleństwo, ścisk będzie potworny, ludzi niezliczona ilość, gwar, hałas, kupcy prze­ różni się zjadą, nawet Żydzi, którym normalnie nie wolno w obrębie murów miejskich handlować. Będą komedianci, a i łobuzów i złodziei zjedzie się wielu! Zobaczy panienka, istna sodoma i gomora się szykuje! Najgorzej mi ten okres sejmu przetrzymać. Cóż, skoro trzeba posłusznie Panu Bogu służyć – mówił ksiądz, sapiąc potwornie.

Kalina słuchała przerażona. Już to, co usłyszała, nie wstą­piwszy jeszcze w obręb murów miasta, napawało ją zgrozą. Wskazała widniejącą w oddali dymiącą górę i zapytała, co to takiego.
− To Gnojna Góra, całkiem blisko mojego klasztoru i sa­mego zamku. Wielkie składowisko nieczystości, góra, którą od czasu do czasu trzeba uklepywać, aby nowe ładunki mog­ła przyjąć. Cuchnie niemożebnie – czujecie to przecie – ale jak mówią medycy, takie błoto i szlam ma też działanie zdro­wotne. Zawsze ilekroć waćpanna spojrzy na te zwały brudu, dostrzeże jakiegoś nieszczęśnika zakopanego po szyję w tych odpadkach. Podobno jeśli się ktoś odważy na taką kurację, korzonki i reumatyzm będzie miał od ręki wyleczone!

Kiedy się zbliżyli do starego budynku u podstawy wznie­sienia, okazało się, iż jest to na oścież otwarta, przesklepiona brama przejazdowa, z urządzonymi nad nią opustoszałymi o tej porze dnia strzelnicami.
− Widzi waćpanna? To właśnie jest dawna Brama Mosto­wa, zbudowana przez Annę Jagiellonkę, którą wchodziło się
i schodziło z mostu, o którym panience opowiadałem. Te­ raz to już tylko otwarte przejście – wyjaśnił ojciec Bonifacy.

Im bardziej zbliżali się do rysujących się przed nimi drew­nianych, wysokich, przytulonych jeden do drugiego domów i licznie do nich przylegających zabudowań gospodarskich, tym mocniej biło Kalinowe serce.
− Stąd już blisko na Krzywe Koło! – powiedział ojciec Bonifacy,­ ciężko dysząc po pokonaniu podejścia.

Kalina poczuła gwałtowny ból brzucha. Denerwowała się zbliżającą się chwilą, gdy stanie na progu domu Laurentego Żmija, swojego szwagra, którego nigdy nie widziała i który nie widział nigdy jej. Po tym, jak uprzejmie, aczkolwiek wy­mijająco odpisywał na listy i zawarte w nich aluzje Urszuli Melcerowej, która wychwalała córkę pod niebiosa, nieustan­nie podkreślając jej podobieństwo do zmarłej Anny Żmijo­ wej, Kalina nie spodziewała się entuzjastycznego przyjęcia. Wstydziła się tego, że jej niechciana obecność w tym mieście była wynikiem nachalnych działań pani matki, która z wielką, nieskrywaną wcale ulgą żegnała córkę, gdy wóz ruszył brod­nickim traktem ku dalekiej Warszawie.

Zapewne Kalina nie będzie tu mile widziana, a co więcej, cała ta przygoda skończy się tym, iż los zmusi ją do szukania pomocy u brata Baltazara, którego od wielu lat nie widziała na oczy. Zdawała sobie sprawę, iż do kogokolwiek w końcu trafi, znajdzie się wśród obcych i będzie zdana na ich łaskę.

Matka powiedziała jej wyraźnie, że ma pisać do niej listy, co najmniej dwa tygodniowo, ale cokolwiek by się działo, nie może już wrócić do Brodnicy.

Wzruszenie ściskało jej gardło, gdy przed oczami stawał obraz starego ojca. Wciąż czuła zapach jego brody, pamiętała to poczucie bezpieczeństwa, jakiejś niezwykłej ochrony, którą czuła, ilekroć był w pobliżu. Nie licząc chwil, które od dzieciństwa spędzała w lasach i na łąkach, najwspanialszy­ mi momentami jej niedługiego życia były ostatnie dwa lata, w trakcie których ojciec odnalazł w niej pojętną uczennicę i pozwolił pomagać sobie przy przyrządzaniu niezwykłych potraw, których sława sięgała aż poza Brodnicę.

Spokojny i dobroduszny był to człowiek, ale pracował po­ nad siły, łaknąc podziwu dla swojej sztuki kulinarnej. Niczym wielki czarodziej umiał przygotować jadło tak wyborne, tak zaskakujące i zadziwiające połączeniami smaków, iż nie usta­ wał w pracy, w której mógł ukazać swoje mistrzostwo. Kalina uważała, że zabił go pociąg do wina oraz uczty, które ojciec organizował, nie tylko dbając o smak oraz oryginalność dań, ale traktując te przyjęcia niczym widowisko ze specjalnym ceremoniałem, których był siłą sprawczą. Nieustanna pra­ca, trwające po dziesięć albo i więcej godzin biesiady, picie z gośćmi do rana, wszystko to sprawiło, iż ojciec w wieku sześćdziesięciu lat padł pewnego dnia na kuchennej podło­dze zamku brodnickiego i już nigdy nie powstał. Jego serce nie wytrzymało.

Z Mostowej Kalina wraz z zakonnikiem dotarła do drogi zwanej Fretą4, która – jak zaznaczył ojciec Bonifacy − łączyła Nowe Miasto ze Starą Warszawą. Przy okazji jezuita nie omieszkał wyjaśnić Melcerównie, iż osada powstała poza mu­ rami miejskimi i potężnym Barbakanem była zupełnie nieza­leżna od bogatszej, zamieszkanej przez stare rody Warszawy. Nowe Miasto miało własny ratusz, osobne władze miejskie, swoją parafię i znacznie różniło się od Starej Warszawy.
− Zobaczy waćpanna, na Nowym Mieście więcej jest prze­strzeni, ale prawie wszystkie budowle są byle jakie, drewnia­ne, dużo biedniejsi ludzie tam mieszkają. Na Rynku tańsze towary sprzedają, nie tak zbytkowne jak na Starym Rynku. Dominikanie swój kościół i klasztor budują tu blisko, będzie to kościół pod wezwaniem Świętego Jacka – mówiąc to, je­zuita wskazał ręką lewą stronę ulicy, gdzie zasłonięta ruszto­waniami widniała masywna budowla.

Do zamkniętej w obrębie murów obronnych Starej War­szawy wkroczyli przez zwodzoną Bramę Nowomiejską. Prze­ szli przez mostek i właściwy łuk bramy z podciągniętą ku górze kratą, po czym wkroczyli w wąską gardziel budowli. Pełniący straż halabardnicy rzucili „pochwalony” w stronę jezuity, a Kalinę przytrzymali, pytając o powód wkroczenia do miasta. Gdy ta tłumaczyła, iż przybywa z wizytą do ro­dziny, wartownik zaśmiał się dwuznacznie, ukazując czarne pieńki zębów, i rzucił:
− Każda małpa5, co ją tu Wisła przywlece, tak gada, a rych­ło wychodzi na to, że jej familia to jegomość Małodobry, co ją w Wieży przy Dunaju trzyma, i te chutliwce, co latają dla ulżenia taką chędożyć!

Ojciec Bonifacy obruszył się i ściągając groźnie brwi, za­ żądał przeprosin dla panienki, która została powierzona jego pieczy. Ani tusza, ani nalana czerwona twarz nie umniejszały jego dostojeństwa, gdy rzucał gniewne spojrzenia w stronę wartowników. Ci ukłonili się w stronę Kaliny i z poważnymi minami poprosili o wybaczenie.

Gdy jezuita wraz z Melcerówną wkroczyli w wąski dziedzi­niec Barbakanu, odprowadzały ich śmiechy halabardników, na które ojciec Bonifacy zareagował jedynie westchnieniem.

Kalina szła jak oszołomiona. Minęli z jezuitą przylepio­ne do grubego muru okalającego miasto drewniane chałupy, z okien których dobywał się zapach pieczonej cebuli i łoju wołowego. Smród licznych nieczystości wymieszanych z bło­tem oraz woń zalegających bruk stert śmieci mieszały się z duszącym zapachem palonego w piecach mieszkań drew­ na. Wąskie kamieniczki o szerokości dwóch, czasem trzech okien tworzyły z obu stron ciasnej ulicy szpaler ściśle przyle­gających domów. Wszechobecny tłok, tupot końskich kopyt i gwar na błotnistej ulicy oszałamiały Kalinę.
− Najtłustsze koguty, najlepsze kapłony! − krzyczała prze­ kupka.
− U mnie lepsze! Do mnie po kuraka, do mnie po gęś! − przekrzykiwała ją druga kobieta o bardziej donośnym głosie.
Co chwila jakiś żebrak albo błagająca o wsparcie białogło­wa wyciągali swe czarne od brudu ręce po jałmużnę. Nie­ustannie ktoś potrącał Kalinę albo na nią pokrzykiwał, by przepchnąć się szybciej w stronę, ku której zmierzał.
− Już zaraz wkraczamy na Rynek! − zawołał jezuita. Tego dnia Kalina nie dostrzegła nawet bogactwa różno­rodnych, kolorowych elewacji kamienic ciasno otaczających prostokąt Rynku, który pełen był ludzi tłoczących się mię­dzy straganami. Dzień powoli chylił się ku zachodowi. Prze­ kupki zwijały już swoje towary leżące na kramach. Liczba stłoczonych na tej niewielkiej przestrzeni ludzi wzbudzała w Kalinie niezrozumiały lęk. Ostry zapach dymu był nie mniej nieznośny niż mieszanina błota, gnoju i rozmaitych odpadków, w jakiej brodzili warszawianie.

W pewnym momencie wzrok oszołomionej Kaliny padł na stojącą w centralnym punkcie placu okazałą, choć niewielką budowlę o zdobionej elewacji i strzelistej wieży.
− To ratusz, tutaj twój czcigodny brat obraduje wraz z in­nymi rajcami! − wyjaśnił jej Bonifacy.
– Piękny budynek – szepnęła w odpowiedzi, przyglądając się płaskorzeźbom na elewacji.

Kalina rozejrzała się dookoła, wodząc wzrokiem po zdo­bionych, pomalowanych każda na inny kolor, bogato złoco­nych kamieniczkach. Jej uwagę zwróciły dziwnie szerokie, kute, dębowe drzwi domów − osadzone były w rzeźbionych portalach, nad którymi widniały rodowe godła, a w otwar­tych na oścież, szerokich oknach na poziomie parteru w pra­wie każdej kamienicy prowadzono handel. Dachy domów osłaniały attyki przypominające ozdobne grzebienie, z ku­lami i figurami na postumentach. Poza Brodnicą Kalina nie­ wiele na świecie widziała, ale ten epatujący bogactwem, za­ tłoczony Rynek, którego budowle zalewało rdzawe światło zachodzącego słońca, wydał się jej niezwykle nobliwy, wręcz olśniewający.
− Wszystko tutaj murowane, takie nowe… Aż oczy cie­szą te kolorowe domy. Zapewne mieszkają w nich majętni, zacni ludzie – powiedziała.
− O, tak! – zawołał jezuita. – Wszystkie prawie te kamie­ nice trzeba było odbudować, ucierpiały w czasie wielkiego pożaru przed dziewięcioma laty. Dlatego wszystko, co zo­baczysz w Warszawie, jest nowe, murowane – tak magistrat nakazał, aby umniejszyć ryzyko pożogi. Nowe są te kamie­ nice, zupełnie inaczej budowane niż kiedyś. Waćpanna widzi te ściany o tak rozmaitych barwach? Od góry do dołu, każda pokryta kaskadą złoceń, rzeźb, szkiełek i malunków. Każda inna, jedna piękniejsza od drugiej! Tutaj zamieszkuje patry­cjat, najlepsze rody Starej Warszawy! Widzi tu waćpanna ka­mienice członków zacnej i możnej rodziny Baryczków, tam i tam domy wspaniałych Gizów. To kupcy, głównie bogacący się na handlu zbożem, które skupują od szlachty z południa i spławiają w górę rzeki, do Gdańska, skąd nasze plony roz­prowadzane są po całej prawie Europie. Brat waćpanny, Bal­tazar, jest właścicielem pokaźnego spichlerza, a także rajcą miejskim i − z tego, co słyszałem – kupił sobie niedawno ka­mienicę przy Rynku, ale nie wiem dokładnie, która to może być – wyjaśniał ojciec Bonifacy, z wielkim entuzjazmem wy­machując rękoma i wskazując Kalinie wspomniane w trakcie tego wywodu domy. Ona jednak była zbyt oszołomiona, aby zapamiętać to wszystko.

Przechodzili właśnie obok kilku kramów z tkaninami. Przepych kolorów, wielość wzorów i faktur sprawiały, iż Kali­ nie zakręciło się w głowie od tego nadmiaru. Ojciec Bonifacy pociągnął ją za rękę ku wschodniej pierzei placu, gdzie na jednej z kamieniczek widniała tablica z napisem:

Liczyliśmy lat tysiąc i sześćset siedem, gdy czerwony płomień zniszczył domy. Sroga ta klęska ogniowa długo pamiętna będzie Królestwu i nam, nieszczęśliwym mieszczanom. Ponieważ jed­nak słodka jest ziemia ojczysta, słodkie miejsce, w którym sprzy­jają losy, słodka jest praca dla ojczyzny, przeto niech żyje Król Zygmunt III. Odbudowano od fundamentu R.P. 1610.

− Widzi waćpanna tę złoconą postać na samym szczycie wieży ratuszowej? To syrenka, postać z godła naszego miasta.

Dzięki temu, że światło odbija jej blask, widoczna jest z od­ dali i naprowadza jeźdźców do serca miasta – to mówiąc, jezuita wskazał ręką baniasty hełm wieńczący wieżę.

Kalina mocniej ścisnęła łokieć Bonifacego, przepraszając Boga w myślach za to, że z takim rozdrażnieniem traktowa­ła dotąd zakonnika. Gdyby nie jego pocieszająca obecność, czym prędzej uciekłaby z tego miejsca. Było tu tak ciasno, tak gwarno, że wydawało jej się, iż życie w mieście sejmo­wym musi być jakimś dopustem bożym. Łza zakręciła jej się w oku, gdy pomyślała, że zamieniła przestrzenie, pola i lasy pod błękitnym nieboskłonem na życie tutaj, wśród tłumu obcych jej ludzi, którzy wszystko, co tutaj robią, czy­ nią, mając na celu jedno: zdobycie pieniędzy, zaszczytów i łaski króla.
− Zobaczy waćpanna, co tu się będzie działo za kilkana­ście dni, kiedy szlachta ze swoimi licznymi orszakami zjedzie na sejm! W Starej i Nowej Warszawie przebywać będzie po dziesięć krotność ludzi co teraz! Oj, będzie się działo! Król gotów jest walczyć o szwedzką koronę i liczy na wsparcie sej­mu dla jego planów.
− Moja imaginacja nie jest w stanie podpowiedzieć mi na­ wet, jak to możliwe, aby więcej ludu tu się tłoczyło! – wes­tchnęła Kalina. Stanęła na moment zapatrzona w stronę jasnej­ wieży przykrytej gruszkowatym hełmem, ozdobionej widocznym z daleka zegarem o pozłacanej tarczy.
− Tam w dali widzisz panienko wieżę zygmuntowską zam­ ku! − rzucił ojciec Bonifacy.

Minęli rozwidlenie ulic i weszli w wąską, ciemną o tej porze uliczkę. Jezuita wyraźnie przyśpieszył kroku.
− Ja już jestem prawie na miejscu, tu zaraz jest mój klasztor i świątynia jezuitów, do której mam nadzieję, że przychodzić będziesz, panienko! – Ojciec Bonifacy wskazał widniejącą w dali strzelistą fasadę fary, obok której wznosiły się rusztowania drugiej świątyni. − Waćpanna patrzy, kościół już prawie gotowy! Architekt cudu prawdziwego dokonał, wpa­sowując taką bryłę w tak mały kwartał ziemi po spalonych kamienicach, jakie zakonowi dano za przyzwoleniem króla. Nie wszystkim braciom się podobało, że nasza świątynia stoi tuż obok kolegiaty Świętego Jana, ale bardzo chcieliśmy­ być w samym sercu miasta, gdzie najlepiej możemy walczyć z heretykami! Spójrz na wieżę dzwonnicy, ma być zaiste wielka!

Kiedy przyszło im się pożegnać, ojciec Bonifacy pobłogo­sławił Kalinę, ta przyklękła i ucałowała jego dłoń, czując szczere przywiązanie do gadatliwego jezuity po wielu spę­dzonych wspólnie w podróży godzinach. Obecnie był jedy­nym jej znanym, w dodatku prawdopodobnie jedynym przy­chylnym jej osobie mieszkańcem tego zupełnie obcego miasta. Obiecała zakonnikowi, iż będzie go często odwiedzać.
− Panno Kalino, ile liczycie wiosen?
− Dziewiętnaście.
− Ach, młoda, waćpanna, jesteś, ale już najwyższy czas, byś służyła Bogu jako żona i matka. Piękna jesteś z tymi włosami jak kłosy zboża, z tym warkoczem oplatającym twoją główkę. Zobaczysz, zaraz znajdzie się mąż dla ciebie i na włosach po­ jawi się czepiec. Pamiętaj jednak, dziecko, widać, że masz wy­jątkowy charakter, który w tym wielkim mieście łatwo­ może zostać zepsuty. Strzeż się! Niech Pan Bóg nad tobą czuwa, módl się gorąco do Przenajświętszej Panienki, bo tylko jej opieka uchroni cię przed pokusami miasta. Powiem ci jesz­ cze jedną rzecz, bo patrzysz na ludzi, jakbyś stawała do wal­ ki, z hardością, bez wstydliwości, która cechować powinna każdą przyzwoitą niewiastę. Oczy są zwierciad­łem ducha, a w twoich ciemnych źrenicach widać, jak wielką masz w so­bie siłę. Zastanów się, czy naprawdę każdy człek, już w pierw­szym momencie, gdy cię poznaje, powinien wiedzieć, jaką masz w sobie moc…

Ze łzami w oczach Kalina ucałowała rękę jezuity, nazywa­jąc go swoim dobrodziejem, i zgodnie z jego wskazówkami skierowała się w przeciwną stronę ku wąskiej uliczce zwanej Krzywe Koło.

Kierując się na północ, po przejściu kilku kroków, Kalina natrafiła na wskazany jej w opisie poczynionym przez Żmija wąski, dwupiętrowy budynek o zielonej fasadzie. To musiał być właśnie dom Pod Lutnią (o czym świadczył wykonany nad portalem wejściowym rysunek w kamieniu), o szero­kości trzech okien, murowany, o dachu zasłoniętym niedo­kończoną attyką.
− A więc przybyłam − szepnęła do siebie Kalina i zastu­kała kołatką w powierzchnię kutych drzwi. Czuła potworne zmęczenie, ale serce biło jej niemal tak głośno jak owa mo­siężna kołatka.

Przez dłuższą chwilę nikt nie otwierał. Zaniepokojona Kali­na zaczęła sobie przypominać opis lokalizacji domu przyrodniego brata Baltazara, gdy nagle wrota energicznie otworzyła kobieta w poplamionym fartuchu i prostym czep­cu, zasłaniającym starannie zaczesane do tyłu włosy. Na oko mogła mieć nie więcej niż trzydzieści lat. Czerstwa twarz zdradzała pochodzenie z niższego stanu. Zmierzyła Kalinę wzrokiem i bez słowa powitania zapytała opryskliwym, nie­ przyjemnym tonem:
− To waćpanny skrzynia do nas trafiła? Przed chwilą przy­ nieśli ją tragarze, nie chciałam przyjąć, bo nikt nie wie tu o żadnej wizycie siostry nieboszczki pani Żmijowej… Jaśnie pan jeszcze do domu nie zawitał, nic mi nie mówił, że ocze­kuje najazdu rodziny z prowincji!

Od pierwszych minut spotkania Kalina zmuszona zosta­ła do wyjaśnień. Przedstawiła się i spokojnie wytłumaczyła, dlaczego znalazła się w Warszawie. Najgrzeczniej jak potra­fiła, wyraziła zdziwienie faktem, iż wielmożny Laurenty nie otrzymał wieści o jej przybyciu, przesłanej przez jej matkę listem z Brodnicy.
− Wpuścicie mnie czy mam stać na bruku i czekać, aż cała ulica obejrzy mnie od stóp do głów? – zapytała z rozpaczą Kalina, widząc, jak w pobliskich oknach pojawiają się przy­patrujące się jej białogłowy.

Kobieta, która otworzyła drzwi – gospodyni domu Dona­ ta − z niechęcią wpuściła Kalinę do ciemnej sieni, w której przyjemnie pachniało strawą z mięsa i grochu. Rozległ się pisk kota, któremu niezdarna kobieta nadepnęła na ogon. Zwierzę czmychnęło, strącając stojące w kącie wiklinowe koszyki.
− Chodźcie za mną − rzuciła gospodyni, ruszając do przodu. Minęła zamknięte drzwi, przeszła kilka kroków ku drugim, które uchyliła, wpuszczając Kalinę do izby, w której panował ogromny gorąc. Była to sporych rozmiarów wąska kuchnia z oknem przesłoniętym − jak to było w powszechnym zwy­ czaju – zastępującą szybę błoną zwierzęcą. Okienko wycho­dziło na zagracone wewnętrzne podwórze, które oddzielało dom przedni, stojący przy ulicy Krzywe Koło od drewniane­ go, niższego domu tylnego przylegającego do murów miej­skich, gdzie znajdowała się stajnia.

Nie prosząc przybyłej o rozgoszczenie się, Donata zaczę­ła krzątać się przy wielkim kuchennym piecu, na którym pitrasiła strawę. Kalina stała na środku izby, rozglądając się po utrzymanej w porządku kuchni, po ścianach, na których zawieszone były cynowe naczynia, kociołki, wiązki ziół i war­ kocze czosnku. Widząc stół i krzesła, bez pytania usiadła na jednym z nich.
− Gdzie są dzieci mojej siostry? – zapytała.
− Przyjdzie dobrodziej Laurenty, to i dzieci waści się po­ każą − rzuciła opryskliwie Donata i obdarzyła Kalinę niena­wistnym spojrzeniem.


Fragment pochodzi z książki:

 

Sylwia Zientek

Hotel Varsovie. Klątwa lutnisty

Wydawnictwo W.A.B
Warszawa 2017


  1. W rzeczywistości nazwa miasta wywodzi się od wsi Warszowa – włas­ności rycerza Warsza Rawity.
  2. Austriacka.
  3. Bezoar – kamień jelitowy powstający w żołądku zwierzęcia z niestrawionych substancji, o silnym zapachu przypominającym piżmo. Od średniowiecza uważany za talizman o właściwościach leczniczych i magicznych.
  4. Dzisiaj ulica Freta łącząca Stare i Nowe Miasto.
  5. Prostytutka.


Portal NiezlaSztuka.net prowadzony jest przez Fundację Promocji Sztuki "Niezła Sztuka". Jeśli publikowane tu treści wydają Ci się inspirujące i chciałbyś/chciałabyś wesprzeć nas w tworzeniu miejsca w polskim internecie na temat sztuki, które nie ma reklam tu: www.niezlasztuka.net/wesprzyj-nas/ możesz przekazać nam darowiznę, nawet 1 zł ma dla nas ogromne znaczenie.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *



ns-wspieram-post

Spodobał Ci się artykuł? Wesprzyj nas »