O czym chcesz poczytać?
  • Słowa kluczowe

  • Tematyka

  • Rodzaj

  • Artysta

Wojna Witkacego, czyli kumboł w galifetach



Oficerskie gry i zabawy

Z bloga młodej polonistki zachwyconej powieścią Witkacego Pożegnanie jesieni dowiedziałem się niedawno, że „Stanisław Ignacy Witkiewicz słynie z niepodrabialnej maniery i tworzenia neologizmów”, a przykładem takiego neologizmu jest słowo „galifety” oznaczające, zdaniem blogerki, ni mniej, ni więcej tylko „portki”.

Słowo galifety trudno „wygóglować”, a jak mawia mój młodszy syn, czego nie ma w Google’u, to w ogóle nie istnieje. Ale galifety to nie neologizm i nie żadne tam portki, tylko spodnie podobne do bryczesów, rozszerzane od pasa, a zwężane poniżej kolan, by dawały się wy-godnie wpuszczać w buty oficerki. Mundurowe galifety nosili oficerowie piechoty lejbgwardii. Oczywiście nosił je też oficer Witkiewicz.

Stanislaw Ignacy Witkiewicz Portret wielokrotny, 1917, Muzeum Sztuki w Łodzi

Stanisław Ignacy Witkiewicz Portret wielokrotny 1917, Muzeum Sztuki w Łodzi

W jego dramacie Janulka, córka Fizdejki „galifety pepita i długie buty czerwonawego koloru” nosi właśnie Fizdejko, a szczegółowe autorskie didaskalia odtwarzają dość niezwykłą sytuację. W owych galifetach przechadza się on „po całej scenie na froncie, paląc długą na metr fajkę. Wkłada i zdejmuje okulary dość często i bez powodu; poprawia ogień w piecu, czasem zagląda w karty grającym. Ci ostatni mruczą niewyraśnie różne tajemnicze terminy kartowe, grając b. szybko (bridge, wint lub wynaleziona przez autora gra hazardowo-komercjonalna: KUMBOŁ). Trwa to tak długo, że publiczność – o ile takowa ma jaki temperament – powinna nareszcie zacząć się niecierpliwić. Na najlżejszy sygnał tego rodzaju rozlega się piekielny huk armatniego wystrzału i przez okno z lewej strony widać jaskrawy krwawy błysk”.

Gdyby postaciom z witkacowskich didaskaliów zamienić fantazyj-ne ubiory na mundurowe galifety i oficerskie kurtki, zobaczylibyśmy typową scenę z frontowego blindaża gdzieś pod Mołodecznem. W okopach na pierwszej linii i w rezerwie oficerowie namiętnie grywali w karty. Zabijano czas przy wielogodzinnych partiach brydża czy wista, nie zwracając najmniejszej uwagi na rozrywające się gdzieś w pobliżu szrapnele i pociski ciężkiej artylerii wroga ostrzeliwującej losowo rosyjskie pozycje.

W Janulce… gracze rozgrywają partię „gry hazardowo-komercjo-nalnej KUMBOŁ” wynalezionej przez samego autora. Niestety, Witkacy w żadnym miejscu jej nie opisał i nie wyjaśnił, na czym miałyby polegać jej reguły. W didaskaliach zainteresowanych „kumbołem” odsyła do przypisu: „Wyjaśnień co do tej ostatniej może udzielić sam autor lub jaki inny oficer lejbgwardii pawłowskiego pułku, z I batalionu”.

W żadnym z lejbgwardyjskich wspomnień na tajemniczego „kumboła” nie natrafiłem. Samo to słowo wydaje się tajemnicze. W osiemnastowiecznym inwentarzu pałacu biskupiego w Kielcach znajdujemy spis warzyw i jadalnych roślin rosnących w pałacowym warzywniku. Biskupi skryba oprócz znanych nam szparagów, jarmużu, karczochów i brokułów odnotował „kucmerkę, rok i kumboł”. Ogrodnicy pytani o te trzy ostatnie warzywa bezradnie rozkładają ręce.

Słowo „kumboł” pojawia się w językach ludów buriackich, ale jest mało prawdopodobne, aby wśród żołnierzy kompanii Witkiewicza znalazł się jakiś Buriat. We współczesnym młodzieżowym slangu związanym z grami komputerowymi odnalazłem tajemnicze określenie „wykonać łumboł-kumboł”, co zdaje się jest zbliżone do znaczenia „spuścić łomot”, ale świat Witkacego nie wydaje się kompatybilny ze światem gier komputerowych.

„Kumboł” pozostaje zatem zagadką. Natomiast określenie „gra hazardowo-komercjonalna” jest chyba dość jasne i możemy przyjąć, że oficerowie Pawłowskiego Pułku w „kumboła” grali na pieniądze. Regulaminowo gry hazardowe były w lejbgwardii zakazane, a za złamanie tego zakazu groziły dość surowe kary dyscyplinarne. Ale tak przed wojną, jak i tym bardziej w czasie wojny, oficerowie nie traktowali tego zakazu szczególnie poważnie, a przełożeni bynajmniej go nie egzekwowali. Wśród rosyjskich wojskowych na froncie szerzył się hazard w rozmaitej postaci, a witkacowski „kumboł” był być może jednym z lokalnych hazardowych wynalazków „loteryjno-karcianych”, jakich sporo mnożyło się w różnych pułkach.

Żałowianije – wojenny żołd – w lejbgwardii nie był skromny. Podstawa oficerskiego wynagrodzenia przez wiele dziesiątków lat po-zostawała niezmienna, a jej wysokość regulowała tabela rang ustanowiona jeszcze przez cara Piotra I. Zgodnie z nią pierwsza podstawowa gaża praporszczyka Witkiewicza wynosiła 50 rubli miesięcznie. Jej wysokość wzrastała wraz z nominacjami na kolejne stopnie oficerskie. Należał mu się też dodatek, który dzisiaj nazwalibyśmy socjalnym, w wysokości 10 rubli na poprawę jakości życia lejbgwardzisty w stosunku do zwykłych oficerów liniowych.

Oficerom służącym na froncie, w zależności od sprawowanej funkcji, przysługiwał dodatkowy bonus finansowy w postaci pieniężnego „polowego dodatku żywnościowego”. Dowódca roty z tego tytułu otrzymywał 200 rubli miesięcznie, a kompanijny młodszy oficer – 150 rubli. Jeden z młodych carskich oficerów czasu wojny wspominał:

W tamtym czasie to była suma znacząca. Wydawać pieniędzy na froncie nie było na co. Zdarzali się zajadli karciarze, grali – jak wtedy mówiono – w „szmen-de-fer” czy „blaszkę” i wygrywali lub przegrywali w jeden wieczór wielkie sumy. Na przykład, praporszczyk naszego pułku Bojko wygrał raz w jeden wieczór 600 rubli. Ale większość oficerów, byli to głównie młodzi nieżonaci ludzie, pochodzący z niezbyt zamożnych inteligenckich rodzin, więc wysyłali nadwyżki własnych pieniędzy swoim bliskim.

Zdarzało się, że karciane zobowiązania doprowadzały do tragedii. W lejbgwardyjskim Atamańskim Pułku Kawalerii zastrzelił się jeden z wyższych oficerów, który przegrał w karty jakąś ogromną kwotę pieniędzy i samobójstwo uznał za jedyne honorowe wyjście z sytuacji.

Pastele pułkownika Potockiego

Podobno podczas pobytu w Rosji Witkacy wykonał około 1500 prac rysunkowych i malarskich. W Rosji zaś spędził blisko cztery lata. Musiał zatem nie rozstawać się ze szkicownikiem i pracować niemal codziennie. W tym imponującym dorobku największą część stanowiły portrety.

Anna Żakiewicz, niezrównana znawczyni malarskiego dorastania Witkacego, zwróciła uwagę, że gdzieś około 1915 roku jego twórczość uległa niemal całkowitej zmianie:

Artysta odkrywa nową technikę, pastel, którym zaczyna uzupełniać i wzbogacać swoje wykonywane dotąd węglem kompozycje i portrety. Z czasem pa-stel zdominuje twórczość Witkacego całkowicie, a po 1925 roku staje się praktycznie jego jedynym narzędziem pracy. Nie jest zupełnie jasne, co spowodowało tę zmianę i dlaczego doszło do niej tak późno.

Szukając źródeł tej zmiany, Żakiewicz zwróciła uwagę na Kazimierza Stabrowskiego, przypuszczając, że ten wybitny pastelista stał się dla Witkacego bezpośrednim wzorem. Wystawę kompozycji Stabrowskiego można było oglądać w Petersburgu przez cały listopad 1915 roku.

Witkacy widział ją z pewnością, zwłaszcza że na łamach tej gazety („Echo Polskie” – przyp. aut.) omawiał ją między innymi jego przyjaciel i mentor z czasów młodości, Tadeusz Miciński. Jest więc możliwe, że pastele Stabrowskiego stały się inspiracją do spróbowania swoich sił w tej efektownej, choć niełatwej technice.

Z dokumentów wojskowych jednak jednoznacznie wynika, że w okresie od czerwca 1915 roku do lipca 1916 roku oficer Witkiewicz nie korzystał z urlopów i zwolnień lekarskich, nie był również wysyłany w podróże służbowe.

Możliwe, że w jakimś momencie swego pobytu w Rosji przeczytał recenzję Tadeusza Micińskiego z wystawy pasteli Stabrowskiego. Jest natomiast absolutnie niemożliwe, by mógł ją osobiście obejrzeć, bo go wówczas w Petersburgu nie było. Podwołoczyska, gdzie stacjonował zimą ze swoim pułkiem, od stolicy imperium rosyjskiego dzieliła odległość ponad 1500 kilometrów. Pokonanie jej drogami żelaznymi w warunkach wojennych musiałoby zająć co najmniej kilka dni, a wybranie się w taką podróż bez dokumentu wystawionego przez sztab pułku byłoby szaleństwem równoznacznym z dezercją.

Ustalenie, że Witkacy nie mógł w listopadzie 1915 roku oglądać wy-stawy Stabrowskiego w Petersburgu, pozostawia otwarte pytanie o to, co zainspirowało artystę, że gdzieś na przełomie lat 1915 i 1916 „zaczął w końcu używać pasteli”, która to technika – jak podkreśla Anna Żakiewicz – jest „trudna, ale tańsza i o wiele mniej kłopotliwa praktycznie oraz znacznie mniej czasochłonna niż malarstwo olejne, a dająca nieporównanie większe możliwości ekspresji niż używany dotąd przez artystę węgiel”.

Wydaje się oczywiste, że przebywając od czerwca 1915 roku w warunkach polowych – w obozie letnim w Krasnom Siole pod Petersburgiem, w okopach i ziemiankach pod Mołodecznem czy wiejskich kwaterach rozsianych wokół Podwołoczysk – Witkacy nie miał warunków do uprawiania malarstwa olejnego. Dowództwo pułku oczekiwało od niego, że będzie oficerem sprawnie dowodzącym żołnierzami swojej kompanii, a nie bezużytecznym w wojennych warunkach artystą spędzającym całe godziny przy sztalugach.

Można natomiast uznać za prawdziwy „cud św. Witkacego” fakt, że w swoim pułku trafił on na pułkownika Potockiego. Z wielu powodów to ważna postać dla wojskowej biografii Witkacego. Andriej Potocki był zawodowym oficerem lejbgwardii, absolwentem Pawłowskiej Szkoły Wojskowej – tej samej, w której kurs praporszczyków ukończył Witka-cy – i stuprocentowym pawłowcem, czyli oficerem, którego cała kariera zawodowa związana była z macierzystym pułkiem. Cieszył się opinią znakomitego oficera o wybitnych predyspozycjach sztabowych i dowódczych. Zaledwie kilka lat starszy od Witkacego, w warunkach wojennych awansował bardzo szybko i był jednym z najmłodszych pułkowników w całej lejbgwardii.

Oprócz wielu czysto wojskowych przymiotów Andriej Potocki miał jeszcze jeden szczególny dar – był utalentowanym rysownikiem. W okresie poprzedzającym wybuch Wielkiej Wojny sportretował większość swoich pułkowych kolegów, a część z tych barwnych konterfektów zdobiła ściany klubu oficerskiego, zasłużenie utrwalając jego sławę jako utalentowanego portrecisty. Co zaś nas interesuje najbardziej – Potocki nie sięgał po pędzle. Używał pastelowych kredek.

Pułkownik kochał rysować i ze szkicownikiem nie rozstawał się na-wet na froncie. Podobnie jak Witkacy. Jeśli zatem w 1915 roku Witkacy porzucił węgiel i sięgnął po pastele, to mam przypuszczenie graniczące z pewnością, że bezpośrednim wzorem dla niego był właśnie pułkownik Potocki. To oczywiste, że spotkanie tych dwóch ludzi w jednym pułku musiało zaowocować relacjami bliskimi i szczególnymi. Warto zwrócić uwagę, że to pułkownik Potocki, w połowie 1917 roku, wystawił wniosek o nadanie porucznikowi Witkiewiczowi Orderu św. Anny, opatrując go niezwykle pozytywną opinią służbową.

Kukułka w okopach

Jan Gondowicz w zabawnym, choć pozostającym w nieco szorstkiej przyjaźni z faktami, szkicu Rewolwer Witkacego oprócz klasycznie niemądrego stwierdzenia, że „lejbgwardziści dali Witkacemu zasmakować narkotyków”, przypomina wspomnieniowy okruch Rafała Malczewskiego. To jemu miał Witkacy opowiadać o oficerze pułku, który „co rano wychodził na wierzch okopów i przykładał pistolet bębenkowy do skroni. Przedtem oczywiście na chybił trafił przesuwał bębenek, po czym następował trzask kurka i nic. Oficer wracał do rowów i codziennych zajęć. Tak trwało całe tygodnie. Aż raz kurek klapnął i oficer stoczył się z krwawiącą dziurą w głowie”.

Ten – jak pisze Gondowicz – „znany obraz dekadenckich igraszek” to tak zwana gra w „kukułkę”, znana pod rozmaitymi nazwami nie tylko w carskiej Rosji. „Kukułka” pojawia się także we wspomnieniach Rytarda. Jak do wielu innych opowieści relacjonowanych przez rozmaite osoby za (lub rzekomo za) Witkacym, tak i do tej podejść trze-ba raczej ostrożnie.

Witkacy przebywał na froncie do połowy roku 1916 roku. Armia rosyjska, wprawdzie mocno poturbowana przegranymi kampaniami, była jednak jeszcze daleka od demoralizacji. Samobójstwa oficerów, choć się zdarzały, nie były jakimś znaczącym zjawiskiem. Akta dyscyplinarne liniowego Pawłowskiego Pułku z tego okresu zawierają spory zestaw informacji o tak zwanych sprawach dyscyplinarnych czy rozmaitych ciężkich przypadkach nadzwyczajnych, ale nie ma wśród nich ani jednego przypadku oficerskiego samobójstwa.

Frontowe okopy i polowe obozy na zapleczu frontu to nie było też miejsce, gdzie nagminnie rozpowszechniały się wówczas jakieś narkotyczne eksperymenty. Przynajmniej nie ma na ten temat żadnych wzmianek, choćby we wspomnieniach generała żandarmerii Aleksandra Spirydowicza, który – jak rasowy funkcjonariusz wojskowej policji – skrupulatnie odnotowywał wszelkie negatywne i mroczne wydarzenia.

Jeżeli już narkotyki pojawiały się na scenie, to była to morfina aplikowana przez siostry miłosierdzia w pułkowym lazarecie wyjącym z bólu żołnierzom poszarpanym odłamkami szrapneli.

„Dekadenckie igraszki”, takie jak „kukułka” czy narkotyczne se-anse, zaistniały w większym natężeniu po rewolucji lutowej 1917 roku, która w błyskawicznym tempie skutkowała rozkładem armii, demoralizacją żołnierzy oraz całkowitym zagubieniem, utratą tożsamości i esprit de corps przez kadrę oficerską.

Apogeum dekadenckiego wyobcowania i samobójczej straceńczej determinacji byłych carskich oficerów i lejbgwardzistów to okres bolszewickiej rewolucji i wojny domowej w Rosji. Ale to inna historia, w której Witkacy praktycznie już nie uczestniczył.


Fragmenty pochodzą z książki:

wojna-witkacego-okladkaKrzysztof Dubiński

Wojna Witkacego, czyli kumboł w galifetach

Wydawnictwo ISKRY
Warszawa 2015

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *



ns-wspieram-post

Spodobał Ci się artykuł? Wesprzyj nas »